Tatry
Rozwijają się szlaków złotopłowe wstęgi,
pośród traw falujących szept się niesie słaby.
Znad przełęczy kaskadą płyną nieba pręgi
i spadają w zmrużone, jasne oczy stawów...
Wzrastają górskie szczyty w nieba sanktuaria,
wiatru zaśpiew się niesie po sklepieniach echem...
Potem cisza aż dzwoni - wtem kopuła z nagła
drży i snop iskier pada rozedrganym szeptem.
Złoty szum niknie głucho w jedwabnych kotlinach
gdzie mrok przędzie wilgotne, szarosine sieci.
Świt podrywa stąd tylko trzepot ptaków skalnych
gdy ciepłą dłoń przesuwa po uśpionym grzbiecie.
Góry nie mają końca... Gdzieś na horyzoncie
ciemna zieleń przechodzi w mórz spienione fale.
Chmur rydwany w snopach promieni gorących
płyną rozbitym szykiem wciąż dalej i dalej...