Michał Bardel

BYŁEM HOBBITEM


Prawdziwy mit domaga się powrotów. Czas mitu przyciąga tych, do których mit przemawia. Nie ma chyba lepszego argumentu za tym, iż powiodło się Tolkienowskie pragnienie mitokreacji, jak to, że część czytelników, miast zadowolić się lekturą, stworzyła swego rodzaju misterium, rytuał wejścia w illud tempus powieści.
   Moje tytułowe wyznanie, poczynione z pewnym wewnętrznym drżeniem, nie ma w sobie ani odrobiny przesady. Przez wszystkie lata szkoły średniej świat zrodzony w wyobraźni genialnego pisarza był moim drugim domem, miejscem głębokiego zakorzenienia intelektualnego i zarazem wspaniałej, niepowtarzalnej zabawy. Sprawy Śródziemia były, znów bez wielkiej przesady, równie doniosłe co sprawy rzeczywistego świata.
   I nie była to po prostu zabawa w Indian, choć z pewnością towarzyszył nam jakiś blask karnawału, gdy pochylaliśmy się nad mapami, rękopisami traktatów historycznych i przekładami tekstów spisanych w języku elfów. Bo tak naprawdę, obok zabawy, strojów, górskich wypraw w rejony naszego świata, które dzięki swojej dziewiczości mogły być i były uroczymi zakątkami Shire czy Gondoru, to była przede wszystkim praca, nieraz żmudna, nieraz wyczerpująca, wymagająca wcześniejszych studiów i przygotowań. Praca, której efekt miał być właściwie tylko jeden: nie pozwolić na to, by dzieje pięknego świata stworzonego na kartach Władcy Pierścieni i Silmarillionu zamknęły się na ostatniej stronie dzieł Tolkiena, by opowieść się skończyła, by intencjonalna rzeczywistość ożywiona naszą lekturą i wyobraźnią, umarła, przestała istnieć tylko dlatego, że umarł jej twórca i nic już nigdy do niej nie doda. Więc wpisaliśmy się pewnego dnia w ten mityczny świat Tolkiena, jako jego mieszkańcy, istoty z krwi i kości, hobbici, krasnoludowie, elfowie posiadający swoją genealogię, swój dom, swoich przyjaciół i - co najważniejsze - swoje badania nad historią, geografią, kulturą i językami tego świata. Wpisaliśmy się w nową erę Śródziemia, o której Tolkien nie zdążył napisać i postanowiliśmy zrobić to za niego, tak jak umieliśmy, nie poprzez powieść, nie poprzez baśń, ale poprzez rozprawy naukowe. W ciągu kilku lat powstało w ten sposób przeszło pięćset stron apokryfów, wśród nich traktaty o krasnoludach niedurinowych, o wielkiej wędrówce hobbitów, o wieloletniej okupacji Gondoru, o zamachu pałacowym w odrodzonym Arnorze, o poszukiwaniach legendarnej Meneltarmy, o kulcie Powierników Pierścienia i o kobietach krasnoludzkich i wiele wiele innych, które docierały w kolejnych numerach czasopisma "Vingilote" do kilkudziesięciu polskich czytelników.
    Nie było wówczas czasu ani chyba specjalnej potrzeby, by zadać sobie pytanie o motywy tego, co robiliśmy. Dlaczego akurat ta książka, Władca Pierścieni wraz tzw. Legendarium (Silmarillion, Niedokończone opowieści i dwanaście kolejnych tomów Historii Śródziemia) wciągnęła nas tak dosłownie, wchłonęła w swój wyimaginowany świat bez reszty. Dzisiaj, kiedy możemy spojrzeć na naszą młodzieńczą fascynację z dystansu, warto chyba do tego pytania powrócić.
    Na czym zatem polegał ten czar baśni Tolkiena? Dlaczego, choć z wypiekami na twarzy pochłanialiśmy w tym samym czasie Dostojewskiego i Lema, Marqueza i Eco, Sapkowskiego i Bunscha, żadne z ich dzieł nie zdołało nas "wciągnąć" bez reszty? Dlaczego tylko przy Władcy..., na ostatniej stronie, zadrżała nam rękami i zrodził się w duszy sprzeciw: to nie może być koniec, ta historia musi trwać dalej? Czy zwyczajnie dlatego, że otrzymaliśmy od Tolkiena świat naszych dziecięcych snów, gdzie spotykają się ze sobą rycerze, królewny, czarodzieje i potwory, uczeni i smoki? Ale takich światów literatura fantasy dostarcza nam aż nazbyt wiele! Może więc powodem jest tutaj tak niezwykle spójna, konsekwetna wizja świata, tak gruntownie przemyślanego i opisanego, że zawodowi geografowie mogli bez trudu opracować precyzyjne jego atlasy, a filologowie - słowniki i podręczniki języków elfickich? Może Śródziemie, może cała Tolkienowska Arda, w jakiś niezwykły sposób domaga się realności, narzuca nam się ze swoim istnieniem? Na czym polega ta dziwna siła dzieł Tolkiena?
    Nie potrafię dać tutaj pewnych odpowiedzi. Ale mam głębokie przekonanie, że w tym właśnie miejscu dotykamy najgłębszej tajemnicy popularności Władcy Pierścieni - fantastyczny świat Tolkiena jest światem prawdziwym. Nie tak jak prawdziwy jest świat otaczających nas przedmiotów fizycznych. Raczej jak Platońska idea, jak archetyp, jak mit. To nic, że nie wierzymy w krasnoludy, to nic, że nie widujemy elfów. Starożytny Grek też nie oddałby głowy za wszystko, co o jego bogach opowiadał Homer. Niemniej Homerowe eposy były prawdziwe, bo były archai greckiego życia.
    Pójdźmy zatem tym śladem. Prawdziwy mit domaga się powrotów. Czas mitu przyciąga tych, do których mit przemawia. Nie ma chyba lepszego argumentu za tym, że powiodło się Tolkienowskie pragnienie mitokreacji, jak to, że część czytelników, miast zadowolić się lekturą, stworzyła swego rodzaju misterium, rytuał wejścia w illud tempus powieści. Teatralność naszych poczynań nie była tu zatem przypadkowa. Nie wystarczało nam pisanie "z wnętrza" Tolkienowskiego świata. Nie siadaliśmy do komputerów udając hobbitów na piśmie. Siadaliśmy z gęsimi piórami w opuszczonej bacówce i tylko tam, przy świetle świec i z fajką w ustach mogliśmy dopisywać coś do prawdziwego mitu. Ta teatralność była konieczna, była częścią tego świeckiego misterium, dla którego scenariuszem był mit Śródziemia, ten spisany przez Tolkiena i ten przez nas rozwinięty. Misterium pozbawione sacrum okazało się możliwe, choć wielu, szczególnie osobom duchowym, trudno było ten fakt przyjąć do wiadomości (stąd zapewne, bo przecież nie z czytelniczej ignoracji, rodziły się podejrzenia, że krakowscy wielbiciele Tolkiena to coś pomiędzy masonami a satanistami).
    Skąd jednak ów Tolkienowski mit czerpie swą prawdziwość, tego jeszcze nie udało się pokazać. To bodaj najtrudniejsze pytanie. Tu znów odważę się na śladowe tylko domysły. Pierwszy z nich opiera się na ściśle archetypicznym ukształtowaniu Tolkienowskiej rzeczywistości. Ktokolwiek zdecyduje się wziąć udział w rzeczonym misterium, musi wskazać w nim swoje miejsce. Pamiętam jak niemal wszyscy miotaliśmy się nie mogąc podjąć decyzji, która dla niewtajemniczonych obserwatorów (możemy tu chyba swobodnie użyć słowa "profani") wydawać by się mogła śmiesznie nieistotna: być hobbitem, być elfem, być krasnoludem, być człowiekiem? Gdyby chodziło tylko o zabawę, rzecz faktycznie nie miałaby większego znaczenia. Miłośnicy gier fabularnych zmieniają postaci z dnia na dzień. Ale za naszą decyzją kryło się coś więcej: każda z ras stworzonych przez Tolkiena prezentuje bowiem odmienne właściwości, odmienny tryb życia, a przede wszystkim odmienne ideały. Kiedy człowiek przebiera się za kogoś dla zabawy (np. grając w gry komputerowe) wówczas zazwyczaj wybiera sobie postaci o cechach charakterologicznych odmiennych od własnych, po to by sprawdzić się w roli pirata, żołnierza, kierowcy rajdowego. Ale rzeczywiste uczestniczenie w micie Tolkienowskim wymagało czegoś zgoła innego: po pierwszych próbach i wahaniach decydowaliśmy się na tworzenie postaci nam najbliższych. Po latach, kiedy przyglądam się moim przyjaciołom z tamtych czasów, widzę że dokonali wówczas wyborów trafnych. Stworzone przez Tolkiena rasy pozwalały nam odkryć samych siebie. Przeglądaliśmy się w jego świecie jak w zwierciadle. Utożsamiając się z tym wyidealizowanymi archetypami osobowości, z elfem, hobbitem czy krasnoludem, odnajdywaliśmy swoje miejsce w ponadczasowej mitologicznej strukturze. Tak jak Platońska idea trójkąta pozwala nam zrozumieć "realne" trójkąty, z którymi mamy na co dzień do czynienia. Dziś już wiem to, czego nie mogłem zrozumieć dawniej: dlaczego ktoś, kogo fascynowała kultura i historia plemion krasnoludzkich, kto wiedział o nich wszystko i spisał dziesiątki stron krasnoludzkich apokryfów, decydował się pomimo wszystko na bycie hobbitem i nigdy nie zmienił swojej decyzji. Współistnienie w naszych umysłach obu tych światów, tego realnego (szkoła, matura) i tego wyobrażonego, dało nam niezwykłą, szalenie pouczającą szansę, by spojrzeć na rzeczywistość z owego idealnego, ogólnego punktu widzenia, dostępnego bodaj tylko matematykom i filozofom. Pozwoliło nam dokonywać zdumiewających eksperymentów myślowych - kto nie wierzy, niech spróbuje "napisać" od początku dzieje filozofii nieistniejącego świata, niech zmierzy się z wysłowieniem podstawowych idei naszego myślenia w świecie, gdzie zamiast greką posługiwać się trzeba językami elfów. Czym ma być filozofia, zrodzona przecież na gruncie europejskim z właściwej człowiekowi tęsknoty za nieśmiertelnością, w świecie, w którym to śmierć jest darem, a wieczność przekleństwem? Czym ma być wiedza, poznanie, owo wyzwolenie z kajdan, w świecie, w którym rzadko co prawda, ale wciąż jeszcze spotkać można elfów - tych, którzy nigdy nie zeszli do Platońskiej jaskini? Czym zastąpić takie kategorie jak ogląd, naoczność, jasność i wyraźność w metafizyce krasnoludów, którzy przez tysiące lat tworzyli kulturę w półmroku podziemnych kopalni, z dala od światła słonecznego, w oparciu o słuch i dotyk? Wreszcie, jeśli filozofia, rzecz biorąc po Tischnerowsku, ma być odpowiedzią na ludzkie biedy, to biedy mieszkańców Śródziemia są zupełnie innej natury.
    Drugi z moich domysłów na temat przyczyn owej tajemniczej prawdziwości Tolkienowskiego mitu, a zarazem powodów, dla których mit kryje w sobie moc przyciągania silniejszą od jakiejkolwiek innej kreacji literackiej, dotyczy fenomenalnej konstrukcji fabularnej Władcy Pierścieni. Tolkien nie rzuca czytelnika na głęboką wodę baśniowości, nie każe mu od pierwszej strony - jak czyni to wielu mniej udolnych pisarzy fantasy - obcować z rzeczywistością magiczną. Wchodzimy w głąb Tolkienowskiego mitu powoli, stopniowo, wraz z grupą hobbitów wyruszając z Shire, krainy która jest nam zdecydowanie najbliższa, najbardziej dostępna, najbardziej zrozumiała. Tu nie ma rycerzy, magów, księżniczek i smoków. Tu żyją zwykli, nieco mniejsi tylko ludzie, którzy nade wszystko ukochali święty spokój, idylliczny krajobraz wsi, zimne piwo i towarzystwo wypróbowanych przyjaciół. To z tego świata wyruszamy dalej, wraz z hobbitami ocieramy się z wolna o elfów, wraz z hobbitami smakujemy nieco innego, groźniejszego świata dużych ludzi w Bree, i do Rivendell wchodzimy już oswojeni, już przygotowani na niecodzienność Śródziemia.
    Czy jednak delektując się zwolna Tolkienowskim światem, ulegając jego pokusom, z czasem przyjmując owo podwójne obywatelstwo, nie narażaliśmy się zbytnio na niebezpieczeństwo utracenia pod nogami gruntu rzeczywistego świata? Wielokrotnie stawiałem sobie to pytanie i ze szczerością, która mnie samego rozbraja, przyznaję, że nie potrafię znaleźć tu żadnej dobrej teoretycznej odpowiedzi. Bo praktyczna odpowiedź jest prosta i oczywista: byliśmy hobbitami, przestaliśmy nimi być, wyszliśmy na ludzi, a spostrzeżenia, odkrycia i intelektualne doświadczenia, które wynieśliśmy z przygody, jaką nam podarował Tolkien, są dla nas absolutnie bezcenne.
    I jeszcze jedna, chyba ważna, sprawa. Nie było wówczas pięknie wydanych atlasów, bestiariuszy, podręczników do nauki języków elifickich. I nie było filmu Jacksona. Hobbickie norki i ogródki, wieże Minas Tirith, stepy Rohanu - to wszystko było wówczas nasze, istniało w naszej wyobraźni. Można było godzinami dyskutować o kształcie elfich uszu, krasnoludzkich brodach i owłosionych stopach hobbitów. Mieliśmy świat niemal na własność. Imponująca hollywoodzka superprodukcja w dużej mierze zamknęła tamtą epokę. Cieszymy się filmem inaczej niż siedzący obok nas widzowie, oglądamy go tak, jak ktoś, kto po latach powraca do krainy swojej młodości, kto zagląda do każdego zakątka sprawdzając, czy wszystko zostało po staremu. I tylko my, i nikt inny, widzimy w drewianym dworze w Edoras stoły, za którymi usadziliśmy swego czasu dostojników podczas Pierwszej Rady Wszechras, tylko my spoglądamy z rozrzewnieniem na wschodni gościniec w Shire ("Tam, za rogiem, skręca się do Igielniczki!") i na bibliotekę w Minas Tirith, do której nieraz przecież zaglądaliśmy.
   

© Michał Bardel


Michał Bardel, ur. 1976, sekretarz redakcji "Znaku", wykładowca filozofii w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie i w Collegium Civitas w Warszawie. Wydał: Mocna jak śmierć. Zagadnienie miłości w antropologii filozoficznej Franza Rosenzweiga (2001).


wróć do spisu artykułów