Urszula Lip

DEMONY WYOBRAŹNI
szkic o retoryce współczesnej kultury popularnej [1]



   Nawet bowiem narracja w ostatnim stadium pocieszycielskiej degradacji dysponuje pewnymi racjami i mechanizmami,i jeśli nie stanowi już problemu sama dla siebie, to my właśnie powinniśmy dostrzec w niej problem.
Umberto Eco[2]
   U podstaw prawdziwej twórczej fantazji leży bowiem ostra świadomość tego, że świat jest taki,jaki nam się jawi, a więc rozpoznanie faktów, choć niekoniecznie uznanie ich władzy. [...]
   Gdyby ludzie nie potrafili odróżnić człowieka od żaby, nigdy nie powstałyby opowieści o żabich królach.
J.R.R. Tolkien[3]

Zmierzch Galaktyki Gutenberga

   W świecie zdominowanym przez przekaz audiowizualny słowo pisane zdaje się schodzić na drugi plan. Jest to naturalna konsekwencja rozwoju kulturalnego i naukowo-technicznego i z tym musimy się pogodzić, zwłaszcza że komputer i telewizja sprzyjają tworzeniu globalnego uniwersum w o wiele większym stopniu niż książka. Pogodzić, to nie znaczy zaakceptować w pełni. Obraz nigdy nie zastąpi słowa, choć jego atrakcyjność jest duża ze względu na łatwość, z jaką obraz jest odbierany. Słowo za to otwiera nam nieograniczone możliwości interpretacyjne, co dawno temu zauważył G. Bechalard[4], ale aby te możliwości dostrzec, trzeba trochę wysilić umysł i wyobraźnię, na co leniwemu człowiekowi XXI wieku nie starcza ani czasu, ani ochoty.
   Zarówno przekaz słowny, jak i audiowizualny mogą tworzyć fikcyjny świat.
   Ktoś może zauważyć, że świat, w którym żyjemy, też jest pełen niezwykłości, a najbardziej nawet nieprawdopodobne, mrożące krew w żyłach opowieści są tylko bladym cieniem rzeczywistych wydarzeń. To, co serwuje życie, przeraża czasem daleko bardziej niż najstraszliwszy horror. Jednak pomimo wszechobecnej racjonalizacji świat fikcji, w którym dobro i zło nie są abstrakcyjnymi pojęciami, a bohaterowie, przypominający nas samych lub tych, którymi chcielibyśmy się stać, przeżywają ekscytujące przygody, cieszy się nadal dużą popularnością. Fenomen tzw. kultury popularnej jest tu chyba dostatecznym przykładem.
   W pełnej niespodzianek historii sztuki zawsze istniał podział na sztukę wysoką i niską. W dzisiejszych czasach, zdominowanych przez homogeniczną kulturę przeznaczoną dla mas i dominacji wszechobecnego komunikatu, opozycja ta jest szczególnie wyraźnie zarysowana. W odróżnieniu od wieków poprzednich, ostanie dwieście lat odznacza się tym, iż właśnie masa, Gassetowski tłum[5], ma ogromny wpływ na rozwój sztuki i wszystkich dziedzin pokrewnych. Doszło do tego, że książka, film czy muzyka nie muszą nieść ze sobą jakichś szczególnie wartościowych treści, nie muszą nawet być tworami stricte artystycznymi, a mogą odnieść fenomenalny sukces komercyjny i stać się dziełami kultowym. Należy z takimi dziełami liczyć, choć niekoniecznie je promować.
   Zrodzona z takiej postawy kultura popularna, przynosząca ogromne dochody wydawcom, wytwórniom filmowym, płytowym i telewizyjnym, zachwiała odwieczną równowagą między sztuką wysoką a niską, ponieważ zmieniła swą funkcję: to, co było pierwotnie na marginesie - sowizdrzalskie popisy jarmarczno-karnawałowego humoru, awanturniczo-przygodowe romanse i mroczne intrygi snute w gotyckich zamkach - teraz stoi w centrum. I choć rozmaite autorytety sprzeciwiają się nawet temu, żeby tę wszechobecną, ekspansywną i ciągle się rozwijającą kulturę czynić obiektem poważnych badań naukowych, ta kultura jest jednym z najważniejszych elementów składających się na ogół zbiorowego życia społecznego, czy to się komuś podoba, czy nie.
   Nie należy twierdzić, że kultura popularna jest zjawiskiem pozytywnym w całym tego słowa znaczeniu. Niesie na pewno ze sobą pewne niebezpieczeństwa, szczególnie gdy poszerza lub znosi granice norm obyczajowych, a ludzie nie dostrzegają manipulacji, którym są poddawani. Z drugiej jednak strony kultura popularna ma na celu przede wszystkim rozrywkę, i jeśli spełnia wszystkie oczekiwania, jakie się w niej pokłada, a jednocześnie ma się świadomość tego, co ta kultura sobą reprezentuje, może stać się miłym sposobem spędzania wolnego czasu. Często bezproduktywnym, owszem, ale przyjemnym. Często zaś przynoszącym efekty w postaci swoistego katharsis.
   Nie można lekceważyć zjawiska, któremu ulega w mniejszym lub większym stopniu znaczny procent społeczeństwa we wszystkich niemal krajach świata.
   Dlaczego kultura popularna, na wszystkich swoich poziomach, ma szczególny wpływ na ludzi, wpływ, jakiego nie mają inne dziedziny sztuki? I w końcu pytanie najważniejsze: jak intensywne jest to oddziaływanie, w jaki sposób wpływa na postrzeganie świata i jakie mechanizmy je uruchamiają?
   Niniejszy szkic ma na celu próbę odpowiedzi na te pytania.

W cieniu panteonu

   Od czasów, gdy romantyzm ze swym kultem jednostki zniósł normatywizm jako kategorię tworzenia dzieła sztuki, wprowadzając subiektywizm i nowatorski sposób widzenia świata, oryginalność stała się jednym z wyznaczników wartości wytworu myśli ludzkiej. W przeciągu ostatniego pięćdziesięciolecia proces posunął się dalej: kultura masowa ze swoją homogeniczną treścią stała się normą, a to, co kiedyś uchodziłoby za odstępstwo od kanonu, teraz kanonem się stało. W powodzi podobnych do siebie jak dwie krople wody elementów błyska czasem szlachetny kruszec: inne spojrzenie na ten sam temat. Jednak coraz trudniej odróżnić złoto od tombaku, gdyż kryterium oryginalności nie jest jedynym. Dzieło może być przecież oryginalne, a jednocześnie zupełnie pozbawione wartości artystycznych, jak np. pomysły współczesnej "artystki" Katarzyny Kozyry. Sztuka nie może bowiem istnieć bez wartości, wbrew temu, co dyktują współczesne teorie estetyki[6].
   Paradoksalnie kultura popularna bazuje na jasnym, prostym i zrozumiałym dla wszystkich systemie wartości. Kontemplator nie musi się zastanawiać nad tekstem, obrazem czy muzyką ani rozszyfrowywać metafor, bo wszystko ma podane na tacy. Inną sprawą jest, że często mamy do czynienia tylko z jednostronnym widzeniem świata, z wykrzywianiem rzeczywistość, pokazywaniem tej rzeczywistości jako wyidealizowanej albo wręcz przeciwnie - okrutnej i bezlitosnej.
   Kiedyś gusta kształtował kanon. Teraz moda kształtuje gusta.
   To, dlaczego ludzie gustują w literaturze popularnej, jak się wydaje, zależy od wielu czynników. Wśród nich można wymienić jeden, może nie najważniejszy, przyciągający ludzi do księgarń, sklepów muzycznych czy kina, czyli związana z komercją moda. Nie można lekceważyć wpływu reklamy, i to nie tylko tej medialnej. Jeśli znajomy poleca książkę, mówiąc, że jest świetna, to czytelnik za wszelką cenę chce uchodzić za osobę "na poziomie" i czyta albo udaje, że czytał. Nawet jeśli utwór nie bardzo mu się podoba, nic nie powie. Przeciętny człowiek bowiem nie zawsze potrafi uzasadnić, dlaczego dana książka czy film mu się nie podobały. Poza tym zawsze lepiej stanąć w pozycji człowieka należącego do zwolenników, niż do opozycji. Tak jest np. z książkami bardzo popularnego w Polsce pisarza Williama Whartona albo, jeśliby się odwołać do literatury wysokiej, Salmana Rushdie'go.
   Jeśli przenieść tę sytuację na grunt socjologii w ogóle, to może wspomnieć kwestię, jaka zaistniała w czasie homilii Ojca Świętego podczas jego ostatniej pielgrzymki do Polski. Milionowe tłumy wiwatowały i klaskały co drugie słowo Jana Pawła II, ale kiedy dziennikarze pytali o treść tych homilii i refleksje, prawie nikt nie wiedział, o czym stanowiły. Wniosek nasuwa się jeden, ale za to śmiały: duża część społeczeństwa nie zastanawia się nad tym, co czyta, widzi lub słyszy; nie weryfikuje informacji. Zwłaszcza czytanie czy oglądanie pewnych programów telewizyjnych nie jest dla nich przyjemnością samą w sobie, ale formą akceptacji, czymś, co należy robić, bo robią to inni, bo jest to modne. A jeśli dochodzi do tego problem nierozróżniania fikcji od rzeczywistości, to sprawa zaczyna robić się poważna.
   Za doskonały przykład totalnego pomieszania fikcji z rzeczywistością może posłużyć fenomen książki J.K. Rowling Harry Potter. Abstrahując już od walorów artystycznych, których Harry ma ani mniej, ani więcej niż, przykładowo, Wiedźmin A. Sapkowskiego, książka ta wywołała burzę zarówno wśród zaniepokojonych rodziców, jak również krytyków literackich, socjologów literatury, psychologów dziecięcych, a nawet księży. Nietrudno zauważyć, że sytuacja ta przypomina szaleństwo, jakie ogarnęło środowiska krytyki literackiej w pierwszej połowie XIX w. po wydaniu "dziwacznych" Ballad i romansów A. Mickiewicza[7]; jest to zresztą sytuacja, jaka powtarza się niemal w każdej epoce. Wtedy również oskarżano koła postępowe o naruszenie obyczajów, psucie i demoralizację młodzieży, o brak szacunku dla przeszłości, religii i autorytetów. Jeśli chodzi o Harry'ego, to należy tu jeszcze dodać szalenie kontrowersyjną kwestie magii, którą bohaterowie książek próbują zagłębić i okiełzać.
   Jeśli się zastanowić nad tym problemem głębiej, to okazuje się, że jeśli przyjmiemy fikcyjność opowieści J. K. Rowling (oczywiste jest, że musimy ją przyjąć), to dyskusja o szkodliwości książki staje się bezprzedmiotowa. Zarzucając bowiem książce zły wpływ na młode umysły, zasugerowano jednocześnie przenikanie świata fikcji do świata realnego, tymczasem świat Harry'ego jest bytem autonomicznym i zamkniętym, jak każda opowieść.
   Istnieje wszakże pewne niebezpieczeństwo i nie można temu zaprzeczać, gdyż jest poważne, ale należy już bardziej do sfery socjologii kultury, socjotechniki i psychologii, niż retoryki. O szkodliwości kultury popularnej (a także każdej fikcji w ogóle) można mówić jedynie wtedy, gdy ktoś zaczyna wierzyć, że rzeczywistość książkowa czy filmowa jest prawdziwym światem.

Big Brother Thruman Show

   Niedawno zadałam sobie pytanie, dlaczego tak wielu ludzi - od nastolatków do osób w podeszłym wieku - wierzy bezkrytycznie w to, co zobaczy na ekranie telewizora. Pretekstem stał się zamieszczony w jakiejś "kobiecej" gazecie wywiad z Zygmuntem Kęstowiczem, czyli Stanisławem z serialu "Klan", cierpiącym na chorobę Alzheimera ojcem rodziny Lubiczów. Starszy pan z rozrzewnieniem mówił o wielbicielach, którzy poznają go na ulicy, przystają i współczująco pytają: "Jak się pan czuje, panie Stanisławie?". Pamiętam także sytuację, gdy w tymże serialu wnuczek pana Stanisława, Michał, został tak pobity przez niecnych szalikowców, że stracił władzę w nogach i stał się inwalidą. Natychmiast rozdzwoniły się telefony w studiu, a telewizja została zalana korespondencją od wielbicieli serialu. Wszyscy jak jeden mąż gorąco współczuli biednemu maturzyście, deklarując pomoc finansową lub załatwienie odpowiedniego wózka.
   To niezwykłe zjawisko socjologiczne musi wywołać chwilę zadumy. Wprawdzie ja sama mam zwyczaj tak dokładniej "wchodzić" w rzeczywistość książki, którą czytam, albo filmu, który oglądam z zainteresowaniem, że z trudem docierają do mnie sygnały z zewnątrz, a bohaterów oceniam tak, jakbym oceniła żywych ludzi (tzw. zawieszenie niewiary jest warunkiem "przeżycia" książki czy filmu), ale jeszcze nie zdarzyło mi się, bym uwierzyła, że np. Artur Barciś z serialu "Miodowe lata" naprawdę pracuje jako pracownik kanałowy, a jego kolega, Cezary Żak, z zawodu jest tramwajarzem. Przeciwnie, nieraz zdarzało mi się płakać rzewnymi łzami (a tak, nic wstydliwego!) nad jakąś książką czy filmem, żałując, że nasz świat taki jak w tym filmie czy książce, nie jest i nigdy nie będzie. Wydawało mi się, że w dobie powszechnego "odmitologizowania" i racjonalizacji wszystkich prawie sfer życia, trudno jest zatracić kontakt z rzeczywistością, bo ta rzeczywistość sama o sobie przypomina (np. gdy trzeba wypełnić zeznanie podatkowe).
   Neverland. Kraj nigdy. Kraina marzeń. Każdy do niej tęskni, ale niektórzy są jej spragnieni tak bardzo, że dokonują projekcji tego, co zobaczyli bądź przeczytali, do świata realnego. Jest to na pewno pewien rodzaj eskapizmu, zwłaszcza dla tych, których życie, w ich mniemaniu, nie przedstawia żadnej wartości, jest monotonne, nudne i smutne, i - co gorsza - nie ma nadziei na poprawę tego życia. Być może nie każdy sobie ów skomplikowany mechanizm eskapistyczny uświadamia w pełni, ale on istnieje w każdym z nas.
    Eskapizm w wypadku nieuświadomionego i nierozróżniającego świata fikcyjnego od świata realnego odbiorcy idzie w parze z tym, co już wcześniej zasygnalizowałam, a mianowicie z nieumiejętnością weryfikacji informacji i - co za tym idzie - bezkrytyczną wiarą w to, co się zobaczy na ekranie lub przeczyta w gazecie. Ludzie są przyzwyczajeni do czarnej skrzyneczki jak do narkotyku: w domu może nie być pralki, lodówki czy tapczanu, ale musi być telewizor. "Wiadomości" o 1930 i "Teleexpress" w TV1 są traktowane jak wyrocznia, choć w obu dość często zdarzają się pomyłki, które bywają prostowane dopiero po kilku tygodniach, a ich obiektywizm też jest sprawą dyskusyjną. Niewielu ludziom przyjedzie do głowy, aby dla porównania obejrzeć wiadomości Polsatowe, TVN czy choćby "Panoramę" w dwójce, nie mówiąc już o zagranicznych stacjach informacyjnych, takich jak BBC, Deutsche Welle czy CNN (znajomość języków obcych w narodzie jest znikoma). Zresztą ludzie nie widzą potrzeby weryfikacji wiadomości, co wynika z jednej strony z bezmyślnej wiary w media, a z drugiej ze zwykłego lenistwa.
   Jak zresztą można mówić o prawdziwości czy nieprawdziwości informacji, skoro takie programy, jak Big Brother czy Dwa światy, gdzie rodaków można oglądać 24 godziny na dobę, a także różnorakie filmy z cyklu reality TV, lansują wizję wszechobecności kamer telewizyjnych, które pokazują wszystko na żywo, a tym samym sugerują nam prawdziwość świata, który oglądamy. W programach występują zwykli ludzie, wybrani w castingu, ich rozmowy są szczere na tyle, na ile stworzona sztucznie sytuacja pozwala, ich reakcje na niespodziewane stresy nie są udawane. Sympatia lub niechęć do nich uwidaczniają się, kiedy przychodzi czas na selekcję, którą wierna publiczność przeprowadza telefonicznie. Do tego dodajmy jeszcze rozmaite tok-szoły w rodzaju Wybacz mi czy Rozmowy w toku, które prócz mało przekonującej psychoanalizy na ekranie nie dają niczego w zamian, albo porażające swą sztucznością teleturnieje, np. Randka w ciemno, to mamy kompletną listę zjawisk kultury popularnej, które nie niosą w sobie żadnych wartości.
   Autentyzm jest nam potrzebny dla akceptacji zjawisk[8]. Pragnienie autentyczności towarzyszy nam na co dzień, ale wolimy nie zagłębiać się za bardzo w detale, zupełnie jak telewidzowie ze znakomitego filmu Thruman Show, którzy kibicują bohaterowi w jego rozpaczliwej próbie uwolnienia się z luksusowego więzienia, ale którzy po szczęśliwym zakończeniu jego perypetii z westchnieniem wycierają łzę z oka i przełączają telewizor na inny kanał, zupełnie nie rozumiejąc tego, że to oni są winni nieszczęścia Thrumana.
   Tego rodzaju programy, które z założenia fałszują rzeczywistość, sugerując coś wręcz przeciwnego, są szkodliwym zjawiskiem społecznym, ponieważ żerują na najniższych instynktach ludzkich: z jednej strony "podglądactwa", z drugiej swoistego "masochizmu emocjonalnego". Ale także, co najważniejsze, fałszują rzeczywistość stwarzając pozory prawdy.
   Ktoś może zauważyć, że obraz, narzucający telewidzowi określoną interpretację jakiegoś zjawiska, jest znaczniej trudniej zweryfikować, niż dane podane przez inne środki masowego przekazu. Wydaje się, nie zaprzeczając powyższemu, że problem tkwi gdzie indziej, niż tylko w nośniku informacji. Warto bowiem wspomnieć nie takie odległe znowu czasy radia. Amerykanie do dziś pamiętają, jaki exodus wywołała audycja Orsona Wellesa Wojna światów z 1938 r., kiedy to w inwazję przybyszy z Marsa uwierzyło tysiące słuchaczy stacji radiowej. Film Luca Bessona Wielki Błękit spowodował masę wypadków na basenach i w wannach, gdyż młodzi ludzie chcieli pobić rekord przebywania pod wodą - jak bohater opowieści. Sięgając pamięcią jeszcze dalej: w początkach dziewiętnastego wieku Cesarstwem Niemieckim wstrząsnęła seria samobójstw młodych ludzi ubranych w żółte kamizelki i niebieskie fraki - był to efekt utożsamienia się z tytułową postacią z poematu J.W. Goethego Cierpienia młodego Wertera. Przykłady można mnożyć. W każdej zresztą epoce można znaleźć bulwersujące, a zarazem "kultowe" dzieła, które były przedmiotem ataków ze strony autorytetów. W czasach wszechobecnego komunikatu nie ma od tej reguły wyjątku.
   Faktem jest jednak, powtórzę raz jeszcze, że paradoksalnie ze wszystkich dziedzin kultury popularnej, to właśnie książka niesie ze sobą najmniejsze niebezpieczeństwo, choć przecież jednocześnie otwiera nieograniczone możliwości interpretacyjne.

W Krainie Marzeń

   Zwróćmy teraz uwagę na literaturę popularną[9].
   Świadomym odbiorcom tej literatury przyjemność sprawia odnajdywanie znajomych konwencji i schematów w całości dzieła lub sposób opowiedzenia historii: prosty i jasny, albo wręcz przeciwnie: skomplikowany, zawikłany. Można też się zastanowić, co dla odbiorcy nie stanowi czynnik najważniejszy: stylistyka właściwa dla danego autora, tematyka, konstrukcja fabuły, postaci, narratora etc. Możliwości można mnożyć. Niebezpieczeństwo jest jedno, chociaż znikome: zamknięcie się tylko w jednym gatunku literackim, np. ktoś czyta tylko horrory albo książki tylko jednego autora[10]. Jednak już tak bywa, że jeśli ktoś w ogóle zaczyna czytać, nie poprzestaje na jednym gatunku ani na jednym autorze.
   Dlatego zarzuty przeciwników literatury popularnej są bezzasadne. Jeśli któryś z krytyków czy badaczy literatury uparcie twierdzi, że czytuje wyłącznie dzieła Dostojewskiego na przemian z pismami filozoficznymi Nietzsche'go, składając ponadto żarliwe deklaracje, iż nigdy nawet nie wziął do ręki komercyjnego "śmiecia" w rodzaju, dajmy na to, książek Danielle Steell, można uznać go albo za wyjątkowego snoba, albo za "książkowego masochistę". Nie ma nic złego w tym, że ktoś czytuje Danielle Steell, Stephena Kinga czy Roberta Ludluma. Nie ma nic złego również w tym, że ktoś nie czytuje Danielle Steel, Stephena Kinga czy Roberta Ludluma. Złe jest odmawianie kulturze popularnej jakiejkolwiek wartości tylko dlatego, że w powszechnym mniemaniu jest to literatura konwencjonalna, homogeniczna i infantylna, daleka od życia codziennego, a tym samym szkodliwa. A już niewybaczalnym błędem jest deprecjonowanie wartości takiej literatury, nie przeczytawszy choćby jednej pozycji do niej przynależnej. Świadomy odbiór literatury popularnej (tak jak kultury popularnej w ogóle) dusi w zarodku wszelkie niebezpieczeństwa "złego wpływu" i daje dużą przyjemność w rozpoznawaniu znajomych konwencji i znaczeń. Często także może wywołać khatarsis, oczyścić ze "złych" emocji, uspokoić. Warunkiem jest jednak świadomość fikcyjności.
   Zastanówmy się przez chwilę nad pytaniem, dlaczego niektórzy badacze uważają, że książka może przynieść szkodę temu, kto ją czyta. W tym celu posłużmy się prostym przykładem.
   Zielonoskóry Atreju z Niekończącej się opowieści M. Endego musi znaleźć ludzkie dziecko gdzieś poza granicami Fantazjany i w tym celu udaje się w pełną niebezpieczeństw podróż. Po wielu tygodniach wędrówki w towarzystwie Smoka Szczęścia Falkora, uciekając przed wszechogarniającą jego świat Nicością, musi w końcu uznać prosty fakt: kraina wyobraźni nie ma granic.
   I to jest, wydaje się, główny powód zaniepokojenia tych, którzy dopatrują się w kulturze popularnej, przede wszystkim w dziele literackim czy filmowym, złego wpływu na ludzi. Można bowiem nauczyć człowieka, żeby posługiwał się pięknym językiem, można nauczyć go dobrego wychowania i zasad etycznych, które rządzą cywilizowanym światem, ale nie można kontrolować jego myśli ani jego wyobraźni. Wyobraźnia zaś przejawia się najbardziej w literackim dziele sztuki, zarówno jeśli chodzi o autora dzieła, jak i odbiorcę. Autor może kreować osobny, autoteliczny, niezależny od realnego świat i w ten sposób stać się wolnym w niewoli, jaką stwarza członkostwo w społeczeństwie; odbiorca może on w ten świat uciec. Doskonale obrazuję tę sytuację fragment rozmowy Haruna z Khattam-Shudem, Księciem Ciemności i Nienawistnikiem Mowy, który chce zniszczyć Ocean Strug Opowieści:

- Ale czemu właściwie nienawidzisz opowieści? - spytał Harun, nie panując już nad zdumieniem. - Przecież tak przyjemnie ich się słucha...
- Świat nie istnieje dla niczyjej przyjemności - odparł Khattam-Shud. - Świat istnieje po to, żeby nim Władać.
- Który świat? - zdołał spytać Harun.
- Twój, mój i każdy inny - padła odpowiedź. - Wszystkie istnieją po to, żeby nimi Władano. Tymczasem w każdej opowiastce, w każdej Strudze Oceanu kryje się osobny świat, baśniowa rzeczywistość, a ja nie mam nad nią żadnej Władzy[11].


   Władza, o której mówi Rushdie ustami Khattam-Shuda, może dotyczyć każdego rodzaju zniewolenia, ale przede wszystkim cenzury. Wszelka cenzura bowiem prowadzić musi do braku tolerancji, a brak tolerancji może prowadzić do fanatyzmu, który w imię zasad zapomina o samym człowieku. Dlatego Rushdie, choć sam należy do pisarzy uprawiających literaturę wysoką i elitarną, opowiada się za kulturą popularną, jeśli tylko daje ludziom przyjemność. Wolność Słowa jest najpotężniejszą z Mocy[12].
   Wyobraźnia. Eskapizm. Powody ucieczki mogą być różne: smutne, monotonne życie, brak oparcia w rodzinie, problemy uczuciowe itd.[13] Ale mogą też być to powody zgoła zupełnie inne: chęć przeżycia ekscytującej przygody, chociażby w wyobraźni, pragnienie poznawania nowych opowieści, słabość do świata przedstawionego w dziele, czyli uwielbienie "klimatu" danego dzieła, szukanie odpowiednich wzorców etycznych, których nie sposób znaleźć w otaczającej nas rzeczywistości, rozmiłowanie w określonego typu konwencji, motywach, toposach itp. W każdym z tych wypadków czytelnik ma większą lub mniejszą świadomość fikcyjności czytanego (oglądanego, słuchanego) dzieła sztuki, przejawiającą się chociażby w tym, że zdaje on sobie sprawę z własnego położenia względem tegoż dzieła.
   Jak powiada J.R.R. Tolkien, u podstaw prawdziwie twórczej fantazji leży ostre rozpoznanie faktów, choć niekoniecznie uznanie ich władzy. Gdyby nie to, że odróżniamy świat wyobrażony albo idealny, jak kto woli, od realnego, nie moglibyśmy tworzyć fikcji. Jeśli zrozumiemy i zaakceptujemy ten prosty fakt, sprawa szkodliwości czy pożytku dzieła literackiego należącego do kultury popularnej przestaje mieć znaczenie. Wiedzę o świecie zdobywamy przecież nie tylko z książek czy filmów, ale także z pomocą środków masowego przekazu oraz ludzi wokół nas, wyciągamy również wnioski na podstawie zdarzeń losowych, jakie były naszym udziałem. Książki, filmy czy muzyka są tylko swego rodzaju uzupełnieniem długiego i żmudnego procesu poznawania świata, który tak naprawdę nigdy się nie kończy.

© Urszula Lip, Warszawa 31 stycznia 2002 r.


[1] Termin "kultura popularna" używam tu zamiennie z terminem "kultura masowa" wg Słownika Literatury Popularnej pod red. T. Żabskiego, Wrocław 1997, s. 195-200.
[2] U. Eco, Superman w literaturze masowej, przeł. Joanna Ugniewska, Warszawa 1996, s. 28.
[3] J. R. R. Tolkien, O baśniach, [w:] Potwory i krytycy, przeł. T. A. Olszański, Poznań 2000, str. 187.
[4] G. Bachelard, Dialektyka otwarcia i zamknięcia, [w:] Teoria badań literackich za granicą, t. 1 cz. 1 pod red. H. Markiewicza, Warszawa 1976.
[5] Zob. Ortega y Gasset, Bunt mas,
[6] Np. postmodernizm. Wyrażam tu oczywiście własną opinię.
[7] O szkodliwości "zbójeckich" książek pisał Kazimierz Brodziński
[9] Oczywiście do literatury popularnej możemy tu włączyć takie elementy jak komiks i gry RPG.
[10] Ten ostatni zarzut postawiono wobec książek J.K. Rowling o Harry'm Potterze. Wydaje mi się jednak, że lepiej przeczytać w życiu dwie kiepskie książki niż żadną. Poza tym chociażby kilkadziesiąt dzieci, zachęconych Harrym Potterem, weźmie się do czytania w ogóle, to jest to już duży sukces.
[11] S. Rushdie, Harun i Morze Opowieści,
[12] Rozważania na ten temat wykraczają poza zagadnienie zawarte w niniejszym szkicu. Więcej o tej kwestii zob.
[13] Zaznaczam, że mówię w tej chwili o zwykłych, przeciętnych ludziach, a nie o jednostkach cierpiących na poważne zaburzenia psychiczne. Sposób percepcji dzieł literackich tych osób i wpływ na nie rozmaitych treści zawartych w dziełach jest przedmiotem badań z dziedziny psychologii i psychiatrii, a nie teorii literatury.




wróć do spisu artykułów