Katarzyna Aust

SPOLSZCZAĆ CZY NIE?



   Blisko pięć lat temu świat polskich czytelników J.R.R.Tolkiena podzielił się na dwa nieomal wrogie obozy. Stało się tak za sprawą ukazania się nowego przekładu Władcy Pierścieni, przekładu dokonanego przez J. Łozińskiego. Różni się on od uznawanego za "klasyczny", blisko pół wieku liczącego sobie przekładu M. Skibniewskiej przede wszystkim stosunkiem do nazw własnych. O ile Skibniewska większość z nich zachowała w oryginale, tłumacząc tylko przydomki i niewielką część nazw miejscowych, to Łoziński spolszczył tak wiele angielskich imion i nazw, jak to było dlań możliwe.
   Techniki zastosowane przez oboje tłumaczy znalazły swych zwolenników, i w ten sposób Władca pierścieni stał się kolejnym przedmiotem sporu: czy należy lokalizować realia dzieła literackiego? Możemy odpowiedzieć: nie, czytelnik musi mieć świadomość, że za pośrednictwem przekładu obcuje z wytworem innego kręgu kultury, i tego faktu zacierać nie wolno. Ale jest i druga odpowiedź: tak, należy maksymalnie przybliżyć dzieło czytelnikowi, aby mógł obcować z przekładem w taki sam sposób, w jaki czytelnik, w tym przypadku angielski, obcował z oryginałem.
   Warto zaznaczyć, że w przekładzie literackim właściwie nigdy nie mamy do czynienia z jedną z tych postaw w czystej postaci: w pierwszym wypadku otrzymalibyśmy przekład filologiczny z kolumną przypisów obszerniejszą od samego tekstu, w drugim zaś... Na to pytanie postaram się odpowiedzieć za chwilę. Z reguły możemy mówić tylko o zdecydowanej przewadze elementów jednej lub drugiej postawy.
   Wiemy, że sam Tolkien stanowczo sprzeciwiał się lokalizacji nazw we Władcy pierścieni. Takie zalecenia dał Marii Skibniewskiej, ostro krytykował zmiany nazw w przekładzie holenderskim - nie tylko ich wykonanie, ale w ogóle koncepcję. J. Łoziński pozwolił sobie na niejaką dowolność zapewniając, że "korzystał obficie z sugestii Mistrza sformułowanych pod adresem tłumaczy, aczkolwiek wtedy, gdy istniały jedynie przekłady The Lord of the Rings na szwedzki i holenderski". Sugestie te bowiem, pospołu z dotyczącymi polskiego przekładu, zalecają co następuje: "Preferuję tak mało tłumaczeń lub zmian jakichkolwiek nazw, jak to możliwe. Tak, jak spostrzegła [M. Skibniewska], jest to angielska książka, i nie należy tępić jej angielskości. To, że hobbici mówią w istocie własnym starodawnym językiem, jest oczywiście pseudohistorycznym uwiarygodnieniem, które czyni niezbędnym natura opowiadania".
   Rzecz jasna, autor nie musi być jedyną osobą kompetentną w kwestii czy to oceny jego dzieł, czy też właściwej metody ich tłumaczenia. Co prawda w tym przypadku autor jest zarazem filologiem i poliglotą, lecz na razie pozostawmy tę kwestię na uboczu, i skupmy się na samym dziele. Bowiem motywacja J. Łozińskiego jest całkowicie zasadna. Chce on mianowicie "umożliwić to, co J.R.R.Tolkien umożliwił czytelnikowi anglojęzycznemu: podróż po świecie Śródziemia, która pokazać ma, że nawet kiedy moja Włość spokojna, baczyć trzeba na pozornie dalekie Zło".
   Idzie tu o zachowanie opozycji: swojskość Shire/Włości, wobec obcości krain, po których podróżować będą bohaterowie. W oryginale, dla angielskiego czytelnika, jest ona oczywista. Spolszczenie nazw wywodzących się z Shire i ogólnie z Common Speech/Wspólnej Mowy ma uczynić ją wyraźną dla czytelnika polskiego, tak, aby Władca Pierścieni mógł funkcjonować w Polsce na takich zasadach, na jakich The Lord of the Rings funkcjonuje w Anglii.
   Oczywiście takie postępowanie nie byłoby możliwe - a przynajmniej byłoby oczywistym błędem - w odniesieniu do powieści realistycznej, ukazującej historyczną Anglię w jakiejkolwiek epoce z jej dziejów. Świat The Lord of the Rings nie jest jednak światem historycznym. Chwileczkę, czy rzeczywiście? Wszak sam Tolkien mówi o swym legendarium jako o "mitologii dla Anglii" - nie Europy, nie Północy, w żadnym razie nie "nowoczesnego świata". W "Zaginionych opowieściach" każe angielskiemu żeglarzowi imieniem Aelfwine odnaleźć Tol Eresseę, Samotną Wyspę u wrót Valinoru.
   Ukazani w The Lord of the Rings Rohirrimowie nie tylko obyczajami i wyglądem odpowiadają Saksonom z wczesnośredniowiecznej Anglii. Oni przede wszystkim mówią nie zmodyfikowanym, czystej postaci językiem staroangielskim! W ten sposób angielskojęzyczni, i bardzo w swych obyczajach podobni do Anglików hobbici napotykają kulturę bliską swojej, a zarazem archaiczną - taką, jaką mógłby ujrzeć Anglik z czasów nieodległych od naszych, rzucony o jakieś dziesięć wieków wstecz. W momencie, w którym westron zostaje zastąpiony polszczyzną, efekt zestawienia tych właśnie dwóch języków oczywiście znika.
   Należy zresztą zauważyć, że nawet przy zachowaniu angielskiego nazewnictwa będzie on znacznie osłabiony - choć w przekładzie M.Skibniewskiej większość imion i nazw pozostawiono w oryginalnej postaci, to język, w jakim rozmawiają bohaterowie i prowadzona jest narracja, jest już językiem polskim. Dlatego w żadnym z dwóch przekładów nie zostaje zachowany obraz, gdy na słowa Gimlego: "Give me your name, horse-master" dowódca oddziału Rohirrimów odpowiada "I am named Eomer".
   Nie tylko w kraju Rohirrimów zresztą możemy usłyszeć archaiczną angielszczyznę - i szerzej, dawne języki germańskie, bardzo bliskie anglosaskiemu, niedalekie współczesnemu angielskiemu - a odległe od polszczyzny. Pochodzące z nich nazwy i imiona pojawiają się wszędzie, gdzie używa się westronu. Fornost to we Wspólnej Mowie Norbury (czyli Northburg). M. Skibniewska, nie tłumacząc archaicznej nazwy, wtrąca bezpośrednio po niej wyjaśnienie: Północny Gród. Archaiczność jest tu oczywiście czytelna tylko dla tego odbiorcy, który jest w stanie zauważyć ją w nazwie oryginalnej (choćby przez analogię np. do Canterbury). Łoziński, rezygnując z Norbury, pozostawia tylko Północny Gród - nazwę niczym nie różniącą się od współczesnych bohaterom.
   W okolicach Bree napotykany z kolei nazwy z rdzeniami celtyckimi - Archet, Chetwood, samo Bree. Nazwy to obce samemu językowi angielskiemu, ale nieobce Anglii - pochodzące z czasów sprzed inwazji saksońskiej. Po zmianie Chetwood - tego lasu-lasu, jakiegoś lasu do kwadratu - na Las Czet' (pisany fonetycznie) otrzymujemy zlepek z pewnością nie bardziej czytelny dla polskiego odbiorcy, niż było Chetwood (tu nawet przy pozostawieniu nie tłumaczonego członu - wood z kontekstu wiadomo, że chodzi o las). Nazwa ta zresztą jest nieprzetłumaczalna, przynajmniej w ścisły sposób - polszczyzna w swej historii nie zaznała takiego nałożenia się różnych grup etnicznych i ich języków, jak Anglia.
   Gandalf, "elf różdżki" albo "laski" to z kolei imię skandynawskie, językowi staroangielskiemu bardzo bliskie, i co za tym idzie, nieodległe także od angielskiego-westronu, a więc mające inny wydźwięk, niż elficki Mithrandir - bardziej swojskie, znajome. Różnica ta jednak znika, gdy westron staje się polszczyzną. W Shire imię Gandalfa było znajome - we Włości brzmi równie obco, jak Mithrandir.
   Nie jest to zresztą jedyna taka niekonsekwencja w tłumaczeniu J. Łozińskiego - raczej jeden z przykładów bardzo licznego tu gatunku.
   Decyduje się on bowiem na spolszczenie imion własnych, lecz nie przeprowadza go z pełną konsekwencją. Ze względu na brak odpowiedników dla angielskich imion lub nieumiejętność ich znalezienia, tłumacz miesza imiona polskie i angielskie, a nawet tworzy ich hybrydy. Przykładem może być Hamfast Gamgee, spolszczony jako Hamfast Gaduła, lub Rory Brandybuck/ Rory Gorzaleń.
   Kolejnym rozwiązaniem zastosowanym przez J. Łozińskiego jest zastępowanie imion i nazw angielskich poprzez wyrazy jego własnej konstrukcji, mniej lub bardziej oparte na gramatyce historycznej, a często głównie na skojarzeniach fonetycznych. Przykłady to: Baggins przetłumaczony jako Bagosz, Brandybuck jako Gorzaleń, Rivendell jako Tajar. (Notabene w tym ostatnim interpretacja jest dość swobodna, bowiem riven dell to raczej "oddzielona" niż "utajona" dolina - bądź jar.) Taka technika niesie jednak ze sobą niebezpieczeństwo, iż fonetyczne skojarzenia pozostaną skojarzeniami tłumacza i nikogo więcej.
   Maria Skibniewska, jeśli już decyduje się na spolszczenia imion własnych, to tłumaczy je w sposób opisowy, z konieczności otrzymując imiona dłuższe i mniej zwarte, niż oryginał i przekład Łozińskiego, ale bardziej, niż w tym ostatnim, precyzyjne. I tak Goldberry u niej stanie się Złotą Jagodą, gdy u Jerzego Łozińskiego - Złotanką.
   Warto zaznaczyć, że w jednym punkcie to Skibniewska idzie w spolszczaniu dalej: mianowicie imiona żeńskie, niezależnie do tego, czy pochodzą z języków ludzi, czy elfów, otrzymują u niej końcówkę -a. Natomiast Łoziński ogranicza jej użycie do imion "ludzkich". Prowadzi to zresztą do sytuacji, gdy to samo imię występuje w dwóch różnych postaciach, zależnie od tego, gdzie zostanie użyte.
   Przypomnę tu raz jeszcze, że przekłady te dzieli blisko pół wieku. Przez ten czas zdążyła ulec zmianie konwencja dotycząca imion żeńskich. O ile we wczesnych latach pięćdziesiątych dodanie końcówki -a było rzeczą naturalną, teraz bardziej naturalną jest pozostawienie imion zakończonych spółgłoska w niezmienionej postaci.
   Mówiąc o lokalizacji, można odnieść się przede wszystkim do imion i nazw własnych. Ale tzw. koloryt lokalny to nie tylko one. To również najszerzej pojęta kultura - obyczaje, dzieła sztuki, materialne i niematerialne wytwory cywilizacji, z jakimi obcują bohaterowie dzieła literackiego. Inne książki stoją na półkach w dziecinnym pokoju w Warszawie, inne w Londynie, inne będą zabawy Jasia i Johnniego (posłużyłam się takim przykładem, bo to literatura dla dzieci bywa najczęściej lokalizowana w przekładzie).
   Jak już wspomniałam, nie można mówić o świecie Władcy Pierścieni w oderwaniu od angielskiej kultury i angielskich realiów - choć oczywiście nie na poziomie ścisłych faktów historycznych, czy geografii realnych miejsc. Słowa pieśni "Where now the horse and the rider", które wypowiada Aragorn jako własne tłumaczenie z języka Rohirrimów, to rzeczywiście przetłumaczony na współczesną angielszczyzną istniejący utwór staroangielski. Jednak wobec takiego nawiązania polski tłumacz może tylko stanąć bezradny. Jego przekład, nawet najlepszy, zawsze będzie tekstem autonomicznym, nie odsyłającym czytelnika do utworu już istniejącego.
   Liczniejsze są w The Lord of the Rings utwory autorstwa samego J.R.R.Tolkiena. Ale i względem mich nie sposób mówić o przypadkowości. Tolkien bowiem używa także średniowiecznych form literackich, takich jak lay czy wiersz aliteracyjny. Niezależnie od obszernych utworów zbudowanych według ich reguł, a nie wchodzących w skład The Lord of the Rings, umieszcza krótsze takie utwory wewnątrz powieści. Przykładem wiersza aliteracyjnego, opartego na powtarzalności głosek i na rytmie jest proroctwo Malbeth:


Over the land there lies a long shadow
Westward reaching wings of darkness.
The tower trembles; to the tombs of kings
Doom approaches: the Dead awaken'
For the hour is come for the oathbreakers;
At the Stone of Erech they shall stand again
And hear there a horn in the hills ringing.
Whose the horn shall be? Who shall call them
From the grey twilight, the forgotten people?
The heir of him to whom the oath they swore.
From the North shall he come, need shall drive him:
He shall pass the Door to the Paths of the Dead.



    Oba polskie przekłady tego wiersza, wierne pod względem treści, są po prostu wierszami - nośnikami informacji, i niczym więcej. To samo dotyczy innych poetyckich utworów, i w żadnym razie nie powinno być traktowane jako słabość tłumaczeń, lecz jako skutek braku dla nich odpowiedników w literaturze staropolskiej. W czasach, w których Anglicy mają już The Canterbury Tales, my nie mamy jeszcze nawet Dialogu mistrza Polikarpa ze Śmiercią - a i ten nie na wiele by się tu nadał. Jaka jest tego konsekwencja? Aby nie zawieszać literackich nawiązań w próżni, polski tłumacz może odwołać się do literatury epok późniejszych.
    Jak wskazuje J. Z. Lichański, w przekładzie wiersza o spotkaniu Berena i Luthien Jerzy Łoziński tak właśnie zmienia epokę. Oryginał nawiązuje do literatury średniowiecznej. Układ zdań i dobór słów jest prosty, struktura powtarzalna, poszczególne człony bardzo często łączone równorzędnie. Oddanie tego przez polski średniowieczny wiersz zdaniowo-rymowy byłoby dla współczesnego odbiorcy wręcz nieznośne.
    Włodzimierz Lewik, tłumacz tego wiersza współpracujący z M. Skibniewską, próbuje maksymalnie zbliżyć się do oryginału, rezygnując z nawiązań do form literackich istniejących w polszczyźnie, czy to w przeszłości, czy dziś. J.Łoziński tymczasem konstruuje utwór zbliżony do ballady romantycznej.
    Dodać można, że podobnie postępuje wobec pieśni o Nimrodel. Dla mnie najbardziej reprezentatywnym przykładem będzie tu wiersz o wyruszeniu Theodena na pomoc Gondorowi.


From dark Dunharrow in the dim morning
With thane and captain rode Thengel's son:
To Edoras he came, the ancient halls
Of the Mark-wardens mist-enshrouded;
golden timbers in gloom mantled.
Farewell he bade to his free people
hearth and hihg-seat, and the hallowed places
where long he had feasted ere the ligt faded.
Forth rode the king, fear behind him,
fate before him, Fealty kept he;
oaths he had taken, and fulfilled them.
Forthrode Theoden. Five nights and days
East and onward rode the Eorlingas
Through Folde and Fenmarch and the Firienwood,
Six thousands spears to Sunlending,
Mundburg the mighty under Mindolluin,
Sea-kings' city in the South-kingdom
Foe-beleaguered, fire-encircled.
Doom drove them on. Darkness took them.
Horse and horseman; hoofbeats afar
Sank into silence: so the song tell us.



    Dokonany dla tłumaczenia Skibniewskiej przez Tadeusza Olszańskiego przekład tego tekstu oddaje aliteracje oryginału, przenosząc dawną angielską formę literacką do polskiego przekładu.


Z mroku Dunharrow o mglistym poranku
Z wodzami swymi wyruszył syn Thengla
Wprost ku prastarym pałacom Edoras
Marchii monarchów, we mgle teraz skrytym;
Złote ich dachy zmierzchu przykrył ciężar.
Tam król swój naród pożegnał swobodny,
Salę tronową, miejsca uświęcone,
W których świętował, nim światło przygasło.
Ruszył Theoden. Trwogę miał za sobą,
Los miał przed sobą. Swych przysiąg dotrzymał,
Sojuszy dawnych miał wiernie dopełnić.
Król ruszył w pole. Przez pięć dni i nocy
Na wschód dążyły wojska Eorlingów
Przez Bruzdę, Fenmarch i przez lasy Firien;
Lanc sześć tysięcy gnało ku Sunlending,
Mundburga grodu pod Mindolluiną,
Pięknej stolicy Królestwa Południa
W pierścieniu ognia, w pętli oblężenia.
Los ich prowadził. Ciemność pochłonęła
Konie i jeźdźców. Kopyt głos daleki
Zatonął w ciszy. Tak pieśń nam powiada.
Jerzy Łoziński i tu wchodzi w konwencję ballady romantycznej;
Ze Skalnego Gniazda o szarym poranku
Wyruszył syn Thengla w otoczeniu wodzów,
W Edoras chcąc stanąć, raz jeszcze zobaczyć
Pradawne komnaty nad Marchią władyków
I dotknąć złoceń poczerniałych w smutku.
"Żegnajcie" powiedział do swych domowników,
"Żegnajcie" powtórzył wszystkim kątom starym,
tronowi zdobnemu i sali biesiadnej,
a potem znowu dosiadł on wierzchowca
i na spotkanie losu swego ruszył, trwogę
zostawiwszy z tyłu, los mając przed sobą.
On, co złożonych przysiąg dochował najwierniej.
Jechał więc Theoden niezłomnie pięć nocy
I dni pięć, na wschód prowadząc Eorlingów.
Przez Fałd pagórki, przez Fenmark, sześć tysięcy
Rycerzy wkroczyło do Sunlending, pomoc
By nieść Mundburgowi pod Mindolluiną,
Królewskiemu miastu, co Gondorem włada,
a przez wrogów okrutnych było oblężone.
Drogę ich ręka losu wyznaczała,
A ciemność połykała jeźdźców i rumaki,
Głusząc odgłos kopyt. Tyle mówią pieśni.



    W miejsce prostej, zawierajęcej tylko to, co niezbędne narracji wczesnośredniowiecznego wiersza z oryginału, zachowanej przez Olszańskiego pospołu z aliteracyjną formą, Łoziński daje rozbudowany opis. Ciemność wręcz "połyka" jeźdźców, wrogowie stają się "okrutnymi", Theoden jedzie "niezłomnie" i dochowuje przysiąg "najwierniej". Zauważmy, że w wierszu średniowiecznym wszystkie te określenia są całkowicie redundantne. Wrogowie - słudzy Saurona - są ze swej istoty okrutni, i nie trzeba o tym wspominać, aby wiedzieć (jeśli bowiem nie byliśmy sami pod Minas Tirith, to i tak musieliśmy słyszeć o wojnie z Sauronem z pieśni i wierszy innych, niż ten). Theoden nie musi jechać "niezłomnie" i dochowywać przysiąg "najwierniej". Albo jedzie, i spełnia przysięgę - albo nie jedzie i ją łamie. Albo jest niezłomny i wierny - albo jest tchórzem i zdrajcą i nie zasługuje na pieśń w ogóle. Nikt nie ułoży pieśni o Grimie Gadzim Języku.
    Bowiem łatwo jest rzec, iż Tolkien buduje obraz Śródziemia na wzór średniowieczny. Jednakże średniowiecze to nie tylko miecze i proporce, zamki i wojny. To także cały obraz świata, w którego elementem - ważnym, acz nie jedynym - są te prawa, które czynią człowieka rycerzem, i jeszcze te, które obowiązują każdego, nie tylko rycerza. Pozytywni bohaterowie Władcy Pierścieni nawet nie mówiąc o regułach, o wierności i honorze, strzegą tycz wszystkich wartości. Gwarantem ich jest zaś nie tylko osobiste sumienie bohatera: istnieje jeszcze "inna moc", stojąca ponad światem i działającymi w nim osobami. Nawet jeśli wróg postępuje wobec nas w sposób niegodny, nie uprawnia nas to do odpłacania mu tym samym. Prawa są niewzruszone, wyższe od nas, i przez nas nie mogą zostać zmienione. To średniowieczny obraz świata, idealny Model, według określenia C.S.Lewisa.
    Wartości, do jakich później przyjdzie odwołać się romantyzmowi, są już odmienne. Zamiłowanie do gotyckich zamczysk, starych legend, fantastyczności to cechy zbyt powierzchowne, by mówić o tożsamości czy choćby jakimś głębszym powinowactwie ze średniowiecznym Modelem. Tymczasem "romantyzujący" przekład nieuchronnie odeśle nas, Polaków, już nawet nie do Macphersona, lecz raczej młodego Mickiewicza czy wręcz do Deotymy.
    Nie tylko "teksty w tekście" mogą odesłać czytelnika na błędne tropy. Tak samo mogą funkcjonować nawet pojedyncze słowa. Gdy angielski wyraz "lord" czy "master" zastąpiony zostanie przez "mości" czy "mopanku", jak to czyni Łoziński (Skibniewska preferuje "pan"), miast dość neutralnego czasowo, choć kojarzonego raczej z przeszłością wyrazu otrzymujemy pojęcie jednoznacznie odsyłające nas do wieku XVII, i to w pierwszym rzędzie postrzeganego przez pryzmat Sienkiewiczowskiej Trylogii.
    Inny jeszcze tłumacz Tolkiena, Radosław Kot, w Upadku Gondolinu każe Turgonowi wołać przed śmiercią "Wielka jest wiktoria Noldolich!" (Great is the victory of the Noldoli!"). Latynizm, całkowicie zresztą nieuzasadniony, budzi tu skojarzenia typu: wiktoria wiedeńska, szable w dłoń, mości panowie - skojarzenia, nie trzeba dodawać, całkiem fałszywe. Zwroty: mości panie, mości Frodo, mopanku działają niestety w ten sam sposób.
    Warto może dodać, że Tolkien, wypowiadając się o tłumaczeniu Beowulfa, stanowczo sprzeciwia się zastosowaniu w celach archaizacyjnych wyrazów z czasów np. Szekspira - a więc takich, które odsyłają odbiorcę w przeszłość, ale nie we właściwą epokę.
    Sam też unika zarówno wyrazów obcych, jak i archaizmów leksykalnych. Tam, gdzie chce osiągnąć efekt "dawności" języka, osiąga go dzięki składni i formom gramatycznym, które można znaleźć (z uwzględnieniem zmian w grafii) i u Chaucera, i jeszcze w wieku XVII, zaś trudno przypisać do konkretnej epoki. Zresztą wypowiadając się o sztuce przekładu, zaleca raczej unikanie wyrazów nieodpowiednich, zbyt nowoczesnych czy nieadekwatnych do treści, niż wynajdywanie pojedynczych słów - ozdobników, i do tej reguły sam się stosuje.
    Teraz przestaje być dziwnym, czemu Tolkien wzbraniał tłumaczom lokalizowania przekładów. Nigdy nie będziemy dowiem mieć do czynienia z dwiema kulturami rozwijającymi się tak samo (Tolkien zapewne zganiłby słowo: rozwijającymi, i zastąpił je przez: zmieniającymi), w takim samym porządku i czasie, wśród takich samych wpływów i warunków. A tylko w takich okolicznościach czytelnik zlokalizowanego przekładu mógłby wynieść z obcowania z nim to samo, co czytelnik oryginału - z obcowania z tymże oryginałem. W każdym innym przypadku - czyli de facto zawsze - otrzymujemy trawestację, melanż przekładu i interpretacji. Nieuchronnie coś zostanie zgubione, coś też może zostać dodane. Przekład doskonały jest abstrakcją, ideałem, do którego przekład rzeczywisty może tylko dążyć.
    Tłumacz oczywiście może zdecydować się na swobodną parafrazę - jest to jego prawem, i było niemal regułą jeszcze w wieku XIX. Jednak w wypadku, o którym mówiłam, intencją tłumaczy było, jak się zdaje, przybliżenie czytelnikowi dzieła oryginalnego. Przyjęli tu wybitnie odmienne strategie: przekład Marii Skibniewskiej nie pozwala nam zapomnieć, że jest przekładem; gdy Jerzego Łozińskiego - usiłuje konstruować świat autonomiczny. Świat taki jednak nie zaistnieje - nie w oparciu o "Władcę Pierścieni" , i nie na obszarze języka i kultury Polski. Tłumacz po prostu nie będzie w stanie znaleźć ekwiwalentu dla tego, co wykreował - a raczej subkreował autor.
    Wybór, jaki nam pozostaje, jest tak naprawdę wyborem między pozostawieniem niedopowiedzeń w miejscu tego, czego nie potrafimy wyrazić - a wstawianiem tam tego, co wyrazić potrafimy. Niestety w tym drugim przypadku wątpliwe jest, aby udało się nam powiedzieć akurat to, co powiedzieć chciał autor.

© Katarzyna Aust

Tekst został wygłoszony jako referat na konferencji poświęconej literaturze fantastycznej w Warszawie w maju 2001 roku.




wróć do spisu artykułów