Protokół ze spotkania
Sekcji do Badań Kultury i Literatury Popularnej
Polskiego Towarzystwa Retorycznego
13.02.2002 r.


Dyskusja na temat filmu i książki Harry Potter i kamień filozoficzny


Spotkanie odbyło się w środę 13.02.2002 r. na Wydziale Polonistyki. Rozpoczęło się o godzinie 1700. W spotkaniu tym, oprócz członków Sekcji Badania Literatury i Kultury Popularnej Polskiego Towarzystwa Retorycznego, uczestniczyli studenci IV i V roku polonistyki i innych wydziałów. Spotkanie rozpoczął prof. dr hab. J.Z. Lichański zaznaczając, że film pt. Harry Potter i kamień filozoficzny wywołał pewne emocje w prasie fachowej - były to albo recenzje bardzo ogólnikowe, albo - jak w wypadku opublikowanej na łamach "Polityki" rozmowy między Zygmuntem Kałużyńskim a Tomaszem Raczkiem - ujawniające nieznajomość tematu. W polskiej prasie nie ukazała się bowiem żadna rozsądna publikacja na temat ekranizacji Harry'ego Pottera, poza tymi, które zawierały błędy, np. mylono książkę z filmem i film z książką; nie do końca wiedziano, co jest przedmiotem książki. Następnie prof. dr hab. J.Z. Lichański oddał głos mgr Agnieszce Kruszyńskiej.


mgr Agnieszka Kruszyńska: Zeszłym razem sugerowałyśmy, żeby odejść od tego tekstu, gdyż dyskusja może zejść znowu na wiadome tematy, tzn. magii i okultyzmu, ale w końcu doszłyśmy do wniosku, że jednak trzeba będzie poruszyć te kwestie. Chciałybyśmy zatem zaproponować, żeby nie zaczynać dyskusji od tego, co budzi największe emocje, tzn. od wpływu Harry'ego..., czy to w wydaniu tekstu, czy to w wydaniu filmowym, na dzieci, które pod wpływem lektury lub filmu mogą dokonywać różnych satanistycznych obrzędów, ale żebyśmy zaczęli jednak od tekstu. W takim wypadku plan dyskusji brzmiałby: 1) Harry Potter jako tekst wieloźródłowy, 2) przetwarzanie motywów oraz w jaki sposób funkcjonują one w tym tekście, 3) analiza i przetwarzanie motywów w Harry'm Potterze a przetwarzanie motywów w Shreku, 4) rozważania o odbiorze tego kontrowersyjnego tekstu, czyli co jest pojmowane jako magia, a czym jest magia w tekście.
W tym miejscu mgr Agnieszka Kruszyńska rozdała zgromadzonym streszczenie najważniejszych uwag o magii z książki Gabriela Amortha Wyznania egzorcysty [G. Amorth, Wyznania egzorcysty, Edycja Św. Pawła, książka wydana za zezwoleniem Kurii Metropolitarnej w Częstochowie nr 511 z dnia 23 maja 1997 r. Na tę publikację powołuje się ks. J. Posadzki w swoim artykule pt. Wiedźmin czyli wyobraźnia zawłaszczona (patrz: Protokół z posiedzenie SBLiKP z 19.12.2001 r.)]. Następnie odczytała artykuł nieznanego autora Dziesięć powodów, dla których J.R.R. Tolkien powinien być zakazany (podpis przypisujący to dzieło ks. Rydzykowi jest oczywistym żartem internetowym). Po chwili burzliwej debaty nad poczuciem humoru Polaków, dyskutanci wrócili do pierwotnego tematu.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Kwestia wieloźródłowości Harry'ego Pottera jest bardzo interesująca. Od razu odpowiedzmy sobie na pytanie, do jakiego stopnia pewne rzeczy, które są związane z powieścią, "wypadają" w filmie, tzn. nie są uwzględnione i spłycają film. Może jednak w filmie udało się je podkreślić? To jest szalenie istotne. Film odegra olbrzymią rolę, więc musimy o tym pamiętać.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Kiedy zastanawiałyśmy się nad źródłami Harry'ego Pottera - jest to zresztą uwzględnione w naszym referacie [A. Kruszyńska, U. Lip, Fenomen Harry'ego Pottera, referat wygłoszony na sesji naukowej 9.05.2001 r.] - doszłyśmy do wniosku, że ten tekst to taka "tkanka", bardzo spójna ze zwykłą literaturą dla młodzieży, z literaturą, która jest bardzo współczesna. Książka jest napisana współczesnym językiem, z typowym dla młodzieży poczuciem humoru, młodzieży będącej mniej więcej w wieku bohaterów. Ale jednocześnie w "tkankę" takiej zwykłej powieści powplatane są masowo niemalże motywy z różnych źródeł. Przede wszystkim: mitologie: grecka - pojawienie się centaurów, imię profesor MacGonagall, Minewra, cerber-Puszek, motyw zaczarowania muzyką harfy, sowa, feniks, smok; mitologia słowiańska - skrzaty, wilkołaki, wampiry; mitologia skandynawska - trolle. Czasem trudno wskazać właściwe źródło, np. okazało się, że jednorożec występuje też w mitologii chińskiej. Przykłady można mnożyć. Faktem jest, że każdy czytelnik, nawet dziecko (sprawdziłam to na lekcji polskiego), rozpoznaje te motywy. Poza tym istnieje jeszcze źródło, które nasunęło się kilku osobom: Władca Pierścieni J.R.R. Tolkiena. Proszę zauważyć, że postać Dumbladore'a jest skonstruowana podobnie jak postać Gandalfa: obaj czarodzieje wyglądają jak staruszkowie, którzy są dobrotliwi i dysponują jakąś wiedzą i mocą magiczną, ale nie wiadomo, jak się mogą nimi posłużyć. Okazuje się, że kiedy sytuacja tego wymaga, dysponują ogromną siłą, często nieprzewidywalną. Co do Gandalfa, wiemy o nim wszystko, bo cykl jest zakończony; co do Dumbladore'a - nie wiadomo, czego się spodziewać, choć trochę się to wyjaśnia w czwartej części cyklu. Poza tym dementorzy przypominają w konstrukcji Czarnych Jeźdźców: kaptur i brak twarzy, porażanie kontaktem i samym oddechem; także motyw wielkich mówiących pająków wiąże Harry'ego Pottera z książkami J.R.R. Tolkiena. Mamy także motywy średniowieczne i tutaj przykładów jest mnóstwo: feniks, jednorożec, przetworzony motyw błędnego rycerza (autobus i groteskowy rycerz sir Cadogan na obrazie), tarcze i miecze, kamień filozoficzny, eliksiry, chemia, zamek. Oczywiście niektóre z tych motywów mają bardzo mocne ugruntowanie w kulturze średniowiecza i można dokładnie wskazać, jak funkcjonują, czy i jak są przetworzone; niektóre są tylko ornamentami, np. zamek czy menzurki. Motywy więc będą ornamentami albo nośnikami znaczenia, albo jedno i drugie. Ale właśnie ornamentyka sprawia, że tekst się dobrze czyta; jest bardzo sugestywny, jeśli chodzi o budzenie wyobraźni. Tekst ten ma także źródła w baśniach: latające miotły, ożywienie przestrzeni (nawet samochód dziczeje), czarownice, olbrzymy, trolle, magiczne atrybuty typu różczka, tiary, zaklęcia, peleryny, przemiany bohaterów, a także wszelkiego rodzaju kompensacja. Mamy tutaj także myślenie archetypiczne, choć jest to trochę niezręczne sformułowanie, jeśli mówimy o źródłach. Myślenie archetypiczne nie jest typowe tylko dla świata Harry'ego Pottera; jest to cząstka wspólna całej literatury: matka broniąca swojego dziecka, rzucająca zaklęcie opiekuńcze; strach, który przybiera formę tego, czego najbardziej się boimy, np. bogin; sprawcza funkcja słowa: wszelkiego rodzaju zaklęcia albo nazywanie kogoś lub czegoś, oznaczające jednocześnie przywoływanie; szukanie opiekuna: patronus albo Syriusz jako opiekun; rzutowanie pragnień na cały świat baśni; żerowanie na duszy innej osoby; krew ofiary potrzebna do specyficznego zaklęcia itp. Wiele takich motywów występuje w książkach J.K. Rowling i one są powplatane w fabułę bardzo zręcznie. Jest to tekst dobry i ciekawy, ale nie jest szczególnie wybitny, na tyle jednak zręcznie napisany, że motywy z bardzo różnych źródeł funkcjonują bardzo dobrze i nie można odmówić tej książce wartości. Inną sprawą jest, jak te źródła funkcjonują i jak są przetwarzane.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Właśnie, jak one zostały przetworzone w filmie? Czy film część z nich wydobył, czy też zgubił?

Anika Radzka: Problem z pierwszą częścią polega na tym, że większość naprawdę ciekawych rzeczy zaczyna się po pierwszym tomie.

prof. dr hab. J.Z.Lichański: Pozostańmy zatem przy pierwszym tomie.

Tomasz Dylewski: Bardzo dobrych scen w filmie nie brakuje. Poza tym film ukazuje dosyć dobrze zabawę w czary, bo nauka magii bardziej przypomina zabawę.

prof. dr. hab. J.Z. Lichański: Przeczytałem gdzieś taką uwagę, że świetni aktorzy szekspirowscy nie mają co grać. Powiem szczerze, że tej uwagi nie rozumiem.

Tomasz Dylewski: Gdyby ten film był robiony w Ameryce, prawdopodobnie stałby się kolejnym kiczem. Właśnie dlatego, że został zrobiony przez Brytyjczyków i grali w nim doświadczeni aktorzy, można było zobaczyć, że te postaci żyją: profesor Dumbladore, MacGonagoll, Hootch... Wszystkie te postaci są grane przez specjalistów, którzy mają duży dorobek, dlatego są żywe, oddziałują na wyobraźnię.

Anika Radzka: W filmie zabrakło bardzo dużo faktów dotyczących postaci profesora Snape'a. Nie podobało mi się, że na końcu, kiedy dzieci przechodzą do komnaty z kamieniem filozoficznym, nie zostało podkreślone, że każdy z profesorów przygotował jedną próbę. Właśnie dlatego Snape, niestety, jest pokazany w pierwszej części bardzo jednostronnie, co nie ma miejsca w książce. Nie ma próby, którą Snape przygotował, czyli wychodzi na to, że nie bronił kamienia filozoficznego.

Radosław Nowaczewski: Ale w filmie nie jest dokładnie powiedziane, kto przygotowuje wszystkie pułapki.

Tomasz Dylewski: W filmie Hagrid mówi, że to niemożliwe, aby Snape chciał się dostać do lochu, bo uczestniczył w przygotowywaniu zaklęć. Jest powiedziane wyraźnie, że robi to kilku profesorów.

Radosław Nowaczewski: Powiedziane jest tylko, że zwierciadło przygotował Dumbladore.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Wszyscy, na szczęście, oglądaliśmy wersję z napisami, w związku z tym zwracam uwagę, że w wypadku prof. Snape'a - w ogóle wszystkich aktorów - szaloną rolę odgrywa zróżnicowanie językowe.

Kinga Baur: A propos zróżnicowania językowego: miałam okazję jeszcze raz obejrzeć ten film z dubbingiem i sam głos profesora Snape'a jest dość wiernie odtworzony, ale jednak nie daje takiego efektu, jaki jest w oryginale. Pozostałe postaci są bardzo "polskie". Nie polecam.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Czyli, jak rozumiem, źródła nie zginęły, aczkolwiek nie wszystkie zostały dobrze wydobyte. Natomiast nie wiem, czy państwo potrafilibyście zidentyfikować źródła filmowe. To jest bardzo trudne pytanie i pewnie nawet adepci sztuki filmowej mieliby z tym kłopoty. Zachwycano się tą słynną sceną w lesie. W czym ona ma pierwowzór? Jeśli państwo nie widzieliście filmu, to jest niemożliwe, żebyście przypomnieli sobie, więc od razu mówię: Niebelungi Fritza Langa. W tamtym filmie Zygfryd jedzie przez las, ale to dokładnie ta sama scena i została ona tak samo rozegrana. Jest to więc ukłon w stronę Fritza Langa, nie wiadomo, czy świadomy, czy nieświadomy. Ale film chyba nie zgubił żadnych ważnych źródeł. Jak wygląda Londyn magiczny?

Anika Radzka: Łatwiej jest analizować książkę, kiedy człowiek sobie wszystko sam wyobraża, natomiast kiedy już to się widzi na ekranie... Ta wizja książki jest dobrze i ciekawie zrealizowana - ale przesłania jakiekolwiek przesłanie. Jest to przede wszystkim wielka wizja scenograficzna: z rozmachem zrobiony Howgard, Harry... Niestety, uważam, że ten chłopiec nie potrafił wcale zagrać strachu. To zepsuło w wielu miejscach efekt.

mgr Urszula Lip: Przede wszystkim w tym magicznym Londynie nie ma atmosfery tajemniczości. W książce jest to ulica tajemnicza, pełna jakichś zagadkowych sklepików z dziwnymi przedmiotami - to wszystko znikło.

Kinga Kwaterska: Tak, zepsuto także scenę z różdżką. Ona nie miała być śmieszna, miała to być scena symboliczna: Harry wszystkie różdżki już zużył i dopiero ostatnia okazała się odpowiednia.

mgr Agnieszka Szurek: W scenach z Hogwartu zauważyłam pewien niedostatek fantazji. Mianowicie: dlaczego uczniowie noszą angielskie mundurki pod szatami? To było okropne, powinni nosić normalne czarne szaty. Pojawiać się w normalnych ubraniach? Jakim prawem? Tam przecież cały czas uczniowie chodzili w długich szatach. Muszę powiedzieć, że to mi bardzo zepsuło odbiór.

Anika Radzka: Szaty, właśnie. Wiadomo, jaki jest stereotyp druida: stary mag w szatach. Kłania się Asterix.

mgr Urszula Lip: Z tego, co pamiętam z artykułów, jest to pomysł pani Rowling.

Anika Radzka: Ona w każdym razie pracowała przy filmie, mówiła aktorom, co się będzie z nimi działo w dalszych częściach, żeby mogli się lepiej wcielić w rolę, więc wszystkie pomysły zostały z nią skonsultowane.

Tomasz Dylewski: A propos mundurków. W dzisiejszym artykule Zbigniew Kałużyński napisał, że szkoła w Howgarcie to taki angielski lub amerykański college, szkoła z internatem, że to nie ma żadnego odniesienia [do naszej rzeczywistości - przypis U.L.] itd. Chodzi o to, że tak jak w książce, tak i filmie, mamy podział na domy - to ma znaczenie dla kogoś, kto jest w tej specyfice, czyli specyfice brytyjskich szkół. Dla nich to jest odniesienie, dla nas nie.

Anika Radzka: Wracając do magii: najpierw spodobało mi się takie uporządkowanie: lekcja numerologii, eliksirów.. Ale z drugiej strony magia straciła przez to cały urok. W filmie w ogóle nie jest wytłumaczone, dlaczego czarodzieje są czarodziejami, i nie ma tego, co w fantasy jest prawie zawsze obecne: że za magię trzeba w jakiś sposób zapłacić. Może to się wyjaśni później.

mgr Urszula Lip: To jest problem określenia statusu magii w świecie Harry'ego Pottera. Jak dotąd charakter magii nie został w książce wyjaśniony.

Radosław Nowaczewski: Ja uważam, że został. Ceną magii w Harry'm Potterze jest postać Voldemorta. To, że czarodzieje potrafią używać magii - ceną za to jest pojawienie się postaci, która tej magii używa, żeby czynić zło.

mgr Urszula Lip: Wyjaśnione jest, że magia jest tylko jedna. Można ją używać na dwa sposoby: czyniąc dobro lub czyniąc zło. Natomiast gdy ktoś przekroczy pewne granice, to może rzeczywiście za to zapłacić. Nie wyjaśnia to jednak w żaden sposób źródeł magii.

Tomasz Dylewski: Teraz zagłębiamy się w problematykę magii, a mnie się wydaje, że tu chodzi o to, że - nie chcę się wypowiadać za autorkę - Howgart jest elitarną szkołą magii, tu dziecko uczy się magii. I to jest główna kwintesencja - nie szukajmy źródeł magii czy ceny magii.

Anika Radzka: Ale to jest bardzo ważne, jeśli mówimy o utworach podobnych do fantasy.

Tomasz Dylewski: Dobrze, ale nie zapominajmy, że Harry Potter nie jest typową fantasy. Jest to książka przede wszystkim dla dzieci, jest nią na pewno pierwszy tom. Książka "dorośleje" wraz z czytelnikiem.

mgr Urszula Lip: Zgadza się, narracja jest prowadzona z punktu widzenia Harry'ego. Widzimy świat oczami Harry'ego i im on jest starszy, tym jego problemy stają się większe.

Kinga Kwaterska: A więc jest to książka dla dzieci. To właśnie dziecko ulega takiemu rozwojowi.

Hubert Zienkiewicz: Zaczynasz czytać i dorastasz razem z książką.

Tomasz Dylewski: Wracając do problemu magii, która jest związana z dorastaniem - wystarczy spojrzeć na jej złożoność. W pierwszym tomie mamy praktycznie trzy czary: otwierający drzwi, czar światła i czar lewitacji. W czwartym tomie tych czarów pojawia się coraz więcej. Ten świat dorośleje, zostaje rozbudowany.

Anika Radzka: W czwartym tomie okazuje się, że jest więcej szkół i nagle świat się rozszerza - z Anglii i Hogwartu na całą Europę. I to już kieruje Harry'ego Pottera w stronę utworów fantasy, gdzie ten świat jest rozbudowany.

mgr Urszula Lip: I dlatego tak ważne jest dotarcie do źródeł magii, bo w zależności od tego, jakie one są, tak jest zbudowany świat Harry'ego.

Hubert Zienkiewicz: Nie mogę się z tym zgodzić. Istnieje wiele książek fantasy, w których jest bardzo wyeksponowana bardzo potężna magia, czarodzieje "biją" wszystkich dookoła, bo po prostu mają moc, bo się z nią urodzili. Tak jest właśnie w Harry'm Potterze - rodzisz się z mocą magiczną, albo nie - to kwestia przypadku.

mgr Urszula Lip: Bardzo dobrze, ale to nie wyjaśnia mechanizmów działania magii. Chodzi o wytłumaczenie mechanizmów działania magii, o prawo, o sferę sacrum.

Anika Radzka: Wytłumaczmy sobie jedno: patrzymy z punktu widzenia dobrego utworu fantasy, w którym powinno być wyjaśnione, dlaczego magia istnieje, dlaczego ktoś jej może używać i jaką cenę za to płaci.

Tomasz Dylewski: W książce mamy wszystko wytłumaczone, bo tak naprawdę chodzi o to, że świat Harry'ego Pottera nie jest jednym światem, to dwa światy.

mgr Urszula Lip: Nie, świat mugoli i świat magii to ten sam świat.

Kinga Kwaterska: Jeśli chodzi o magię, to nie ma co na ten temat dyskutować, bo nie mamy dalszych części cyklu. Być może to wyjaśnienie pojawi się w następnych częściach. Patrząc z punktu widzenia dziecka - ono tak naprawdę wcale się nie zastanawia, jakie są źródła.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Skoro tak stawiamy pytanie, to zauważmy, że w świecie Mistrza są pierścienie, są czarodzieje, a poza tym Gandalf mówi, że magia wymaga, po pierwsze, czasu do utrwalenia, poza tym zawsze można ją złamać siłą. Czyli magia jest pewnego rodzaju iluzją. Natomiast kiedy dochodzi do walki z Balrogiem - nawiasem mówiąc ta scena z filmu może się przyśnić - Gandalf ujawnia pewną możliwość - magia działa tutaj w sensie fizycznym, ale tylko w pewnych momentach. Dochodzi tutaj kwestia wymiarów - usunięcia jakichś ich części. Jeżeli są to istoty, które są w stanie rozwinąć więcej wymiarów - to magia może działać. Będzie wtedy magią z naszego punktu widzenia, natomiast z tamtego punktu widzenia jest to użycie pewnej możliwości.

Hubert Zienkiewicz: Jeśli chodzi o stopień umagicznienia tego świata, w Harry'm Potterze świat jest "silny" magicznie, wszyscy rzucają zaklęcia, natomiast świat mugoli jest odcięty od tego, narażony czasem na jakieś nieprzewidziane konsekwencje w związku z użyciem zaklęć. U J.R.R. Tolkiena magów jest bardzo niewielu, pięciu, jest Sauron, są Upiory Pierścienia, Galadriela, Elrond - nie ma tak naprawdę wielu magów, jeśli chodzi o postaci pierwszoplanowe. Gandalf i Sauron są właściwie najpotężniejszymi magami - i to wszystko.

Tomasz Dylewski: U Tolkiena nie jest to magia typowa w świecie fantasy, to magia z nadania bogów, o czym świadczy fakt, że najpotężniejszym przedmiotem magicznym jest Jedyny Pierścień, stworzony przez najbardziej złą postać.

Radosław Nowaczewski: U Tolkiena magia jest właściwie magią woli, każdy pojedynek magów czy innych istot, jest tak naprawdę pojedynkiem woli. Bardzo wyraźnie to widać w momencie, w którym przez pieśń otwiera się twierdza. To też widać w samych pierścieniach - pierścienie zostały stworzone po to, by w jakiś sposób dostarczyć wolę władającego Pierścieniem Saurona do różnych odbiorców, którzy mają pomniejsze pierścienie. Fantasy potem rozwija tę magię. U Tolkiena jest ona jeszcze bardzo "delikatna". Tam istnieje hierarchia istot - ich potęgi się ścierają, ale to nie jest starcie materialne, ale bardziej na płaszczyźnie umysłów. Natomiast w Harry'm Potterze autorka nie mogła tak postąpić, ponieważ dzieci mogłyby tego nie zrozumieć i nie byłoby to efektowne. Magia w Harry'm jest bardzo doraźna, bardzo efektowna. Ona ma być nastrojona na błysk, na efekt, na coś, co można dostrzec, zobaczyć.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Czy nie zauważyliście, że w filmie udało się osiągnąć jedną rzecz, zwłaszcza w wydaniu profesor Hootch: magia jest czymś naturalnym - zupełnie coś takiego, jak skakanie przez kozła?

Kinga Kwaterska: To jest właśnie dziwne - uczeń musi się magii nauczyć.

mgr Urszula Lip: Magii się nie uczymy, uczymy się techniki posługiwania się magią.

Artur Żukowski: Magia jest naturalna jak powietrze. Ona istnieje i już.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Wielokrotnie w całym tekście magia pojawia się twierdzenie, że magia jest pierwsza i naturalna w tym świecie, chociażby wtedy, gdy pan Wesley mówi: Ileż ci mugole się namęczą, żeby tylko uniknąć magii. Sposób operowania kategorią magii w Harry'm Potterze jest też - do pewnego stopnia - elementem przetworzenia motywu. Do pewnego stopnia - bo magia jest wrodzona i naturalna, natomiast na pułapie tego, że zostaje podzielona na przedmioty, że się jej uczymy, że są zajęcia z eliksirów i to wszystko jest "wtłoczone" w rygory szkoły, która jest znana młodzieży - to jest elementem przetworzenia tej kategorii, istnieje magia przetworzona, która staje się ornamentem. To, że się uczymy latać na miotłach, to element magii przetworzony w sposób żartobliwy, groteskowy. Przetworzenia też mogą być różne, od żartobliwych aż po drwiące, ironiczne. Sowa jest atrybutem mądrości, natomiast jeżeli widzimy obrażoną sowę, która nie chce gdzieś polecieć, bo nie dostała swoich ziarenek, to jest to motyw przetworzony w sposób żartobliwy. Także to, co straszne, zostaje oswojona.

Anika Radzka: Zostaje jedna rzecz straszna i nieprzyjemna: Irytek. Motyw poltergeista, złośliwego ducha, który nie może zaznać spokoju. To jest, oprócz Voldemorta, jedyna negatywna postać, jeśli chodzi o magię i podobne zjawiska.

mgr Urszula Lip: Irytek żyje w Hogwarcie, więc należy do jego ornamentyki. Nie może być zły tak jak Voldemort. Przecież boi się Dumbladore'a i Krwawego Barona.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: A więc mimo wszystko tutaj jedna rzecz wypłynęła i tego nie rozstrzygniemy: zagadnienie generalnego źródła magii. Autorka, Szkotka, założyła, że świat pierwotny jest magiczny. W czwartym tomie dowiadujemy się o tym, że Ministerstwo Magii najwięcej czasu poświęca na maskowanie świata magii przed światem mugoli: w czasie finału quddicha należy ukryć sto tysięcy ludzi itd. itp. Tu jest coś dziwnego. Pierwotność magii. Może dlatego, że to się wiąże z Celtami? To jednak jest mitologia wysp brytyjskich, my o tym zapominamy. Jest wszakże jeden problem: w magii celtyckiej, która jest fundamentem tej magii, my mamy od początku różne imiona, opisane różne zjawiska, które dla Anglików są i naturalne, i zarazem inaczej się nazywają. Natomiast jeśli państwo dzisiaj użyjecie tych samych nazw, które nadal funkcjonują, to magii nie będzie. Naturalnym środowiskiem magicznym jest jednak środowisko mitologii celtyckiej, mitologii Wysp Brytyjskich. Dla nas jest to trudne do zrozumienia, bo nie mamy od lat żadnej dobrej antologii baśni słowiańskiej czy polskiej w stylu wyśmiewanego przez samego J.R.R. Tolkiena. Klechty polskie Leśmiana nie budują nam świata. Voldemort jest straszny, ale z drugiej strony tacy ludzie jak Hagrid tamten świat jakoś utrzymują.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Pewna trudność polega na tym, że nie mamy następnych tomów. Voldemort zaczyna obrastać w jakąś potęgę, której źródeł nie do końca rozumiem. Mam wrażenie, że czytelnik wie, że bardzo wiele osób stoi po stronie Voldemorta. Natomiast dziwnym się wydaje, że nie widzi tego geniusz magiczny Dumbladore. Przekładając to na język współczesny: Dumblador żyje w skorumpowanym świcie i nie może działać tak, jakby chciał. Jest otoczony ludźmi, którzy nie chcą podjąć pewnych działań. I to jest dla mnie trochę niezrozumiałe. Bo Voldermort zaczyna mieć tutaj siłę nie wiadomo skąd płynącą.

mgr Urszula Lip: Tak. Przypomnijcie sobie tę scenę, w której Harry wraca wraz z ciałem Cedrika do Hogwartu, a tam okazuje się, że nikt spośród wysokich urzędników Ministerstwa Magii mu nie wierzy. To jest dziwne, bo przecież teraz zginął uczeń, to już nie zabawa...

prof. dr hab. J.Z. Lichański: W wydawanej w Polsce w tej chwili serii [...], w ostatnim tomie [...] robi aluzję, trochę makabryczną, w związku ze zdarzeniem w Oklahoma City. Dołącza mianowicie wyjaśnienie, że kiedy pisał swoją książkę, nawet nie przyszło mu do głowy, że może zjawić się jakiś szaleniec, który może wykorzystać ten pomysł. U Webera jest dokładnie opisana taka sytuacja, jak się powtórzyła w Oklahoma City. W Harry'm Potterze jest to samo: pisarka nie chce wchodzić w relacje do rzeczywistości, ale zarazem pokazuje pewien problem; J.R.R. Tolkien pokazuje to na pierwszych stronach Silmarilionu: Melkor był najpotężniejszy, ale od razu zaczął wplatać swoje nuty i od razu złamał melodię. I natychmiast inni zaczęli śpiewać na jego nutę. To jest wizja grzechu, którą buduje Tolkien. U J.R. Rowling może być to samo. W świetle wydarzeń w czwartym tomie można podejrzewać, że przypuszczalnie Knot jest jednym z agentów.

Tomasz Dylewski: W książce jest napisane, że Knot nic nie umie, boi się i nic nie umie zrobić.

mgr Urszula Lip: Więc okazuje się, że trzy czwarte dorosłych czarodziejów to zwolennicy Voldemorta?

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Przepraszam za wtrącenie, ale jak Państwo wymówicie nazwisko Luciusa Malfoy'a? "malfoj" czy "malfua"? A co znaczy "mal foi"? Proszę pamiętać, że mamy do czynienia z Anglią, a co jest zmorą dzieci angielskich? Historia wojen Dwóch Róż, bo tego nie można zapamiętać. Tam chodzi o rywalizację między dynastią Plantagenetów, która rządziła i we Francji, i w Anglii, a językiem obowiązkowym na dworze angielskim był język francuski. W związku z tym Lucius jest "mal foi", a więc "źle czyniący". Nie "malfoj", bo to nic nie znaczy po angielsku. Musimy to czytać po francusku.

mgr Urszula Lip: A więc mamy błąd ortograficzny w tym nazwisku.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Zgoda, ale proszę zauważyć, że gdybyśmy tak na to patrzyli, to cała łacina użyta w Harry'm Potterze jest z piekła rodem.

mgr Urszula Lip: Ale w takim razie synek Malfoy'a jest także we wszystko zamieszany.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Oczywiście. Już samo imię "Draco" kojarzy się z małym smokiem.

Radosław Nowaczewski: Wrócę jeszcze do źródeł magii. Myślę, że w dalszych częściach Harry'ego Pottera to zostanie w jakiś sposób wyjaśnione. Wnioskuję to z tego, że magia się rozwija. Na początku dziecko nie szuka źródeł, później zaczął dociekać, gdzie jest źródło. Mamy w czwartej części scenę, w której Harry walczy z Voldemortem i moc zaczyna przepływać między różczkami - to już jest zaczątek definicji. Różczki są w jakiś sposób związane z ludźmi.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Przepraszam za wtrącenie, ale w takim razie co tkwi w imieniu Voldemorta? "mort" - śmierć i "vol" - ? "Vol" jako "lot" niczego nam nie wyjaśni... Ale skąd ta cząstka "de"?

Kinga Kwaterska: "de" jako dodatek przed nazwiskiem. "de" czyli "z".

mgr Agnieszka Kruszyńska: Tak, on jest przecież reprezentantem starego rodu.

mgr Anieszka Szurek: Wracając do magii: mamy dwa interesujące sygnały. Pierwszy: czarodzieje są bardzo długowieczni. Nikogo to nie dziwi, że Dumbladore napisał swoją pracę naukową w 1945 roku. Harry urodził się ok. 1990 roku, a więc Dumbledor musi mieć swoje lata. Ciekawe, jakie tu będzie wyjaśnienie. A poza tym drugie: dlaczego Harry został umieszczony na Privet Drive, gdzie teoretycznie był bardziej narażony na atak Voldemorta? W czwartej części jest jakiś sygnał, że on tam był chroniony, więc - być może - w świecie mugoli też się pokaże jakaś magia.

Anika Radzka: Te dwa światy się przenikają. Mugole żyją w magicznym świecie, ale magii nie widzą, czarodzieje ją ukrywają.

Radosław Nowaczewski: Nie wiem, czy się nie mylę, ale wydawało mi się zawsze, że to, że Harry był bezpieczny, wynikało z mocy miłości jego matki.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Nie, raczej z "mugolowatości" jego opiekunów.

Tomasz Dylewski: Ale z drugiej strony czarodzieje przyprawiają ogon Dudley'owi bez problemów.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: To żadna sztuka. Do Dudley'a dotrze jakaś wada typu: żarłoczność czy głupota. I w tym momencie magia go "dopada". Natomiast rodzice Dudley'a są chronieni, bo oni nie uznają istnienia magii. Po prostu jej nie ma. Bardzo dobre, klasyczne "odsuwanie".

Kinga Kwaterska: Mnie zaskoczyło to, że tak naprawdę Harry jest jedyną osobą, która dziwi się temu, co się dzieje w świecie magicznym. Nie ma żadnego problemu Hermiona, która przecież też jest dzieckiem mugoli. Ona była dumna, że dostała się do Hogwartu, rodzice byli dumni z listu, ona natychmiast kupiła sobie jakieś książki... To, że przeczytała te książki, nie tłumaczy, że świetnie się czuje w świecie magicznym. Ani rodzice, ani ona nie są zdziwieni, zdziwiony jest tylko Harry.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: To bardzo dobre pytanie. Chyba istnieje jedno źródło: kto w średniowiecznej mitologicznej tradycji europejskiej jest tym bardzo zdziwionym, od którego w pewnym momencie wszystko będzie zależało? To ojciec sir Galahada, Persifal. Dziwna zbieżność: chłopiec, który jest wychowywany w odosobnieniu, trzymany przez matkę jak najdalej i w pewnym momencie musi zostać rycerzem. Nie wiem, do jakiego stopnia J.K. Rowling pamięta o tym, ale to jest dokładnie ta sama sytuacja: zarówno Harry, jak i Pasifal są bez przerwy zdziwieni.

Anika Radzka: Tu jest także inna rzecz: bardzo często w fantasy występuje postać, która wprowadza do świata czytelnika, nie mającego pojęcia o świecie. Dzięki temu wszystkie dzieci identyfikują się z Harry'm - w ten sposób, oprócz Parsifala, mamy klasyczną postać wprowadzającą.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Z tym że jeśli chodzi o źródło, z bohaterów chłopięcych akurat nic mi się nie kojarzy. Dziewczynki, tak: u Barnett, u Montgomery...

mgr Agnieszka Kruszyńska: Rzeczywiście, Parsifal jest to jedyna postać, która w świecie arturiańskim jest zagubiona, która musi szukać. Jedyny rycerz - podobnie jak błędny - który szuka i który, jak na bohatera i rycerza tej epoki, przeżywa rozterki nie pasujące do konwencji średniowiecznej.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Przed nami jeszcze przetwarzanie motywów w Shreku i w Harry'm Potterze. Wygląda na to, że w Shreku mamy czystą zabawę. Czy aby na pewno?

Anika Radzka: To pierwsze, co przychodzi na myśl: Harry Potter jest bardziej poważny, natomiast w Shreku mamy konwencję z przymrużeniem oka.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Zwłaszcza że, przepraszam - muszę to powiedzieć - Shrek siedzi w wychodku i czyta bajkę o królewnie. W pewnym momencie wrzeszczy: "Ale kicz!" A potem królewna wjeżdża mu na stół, a o mówi: "Precz z tym!"

Kinga Kwaterska: Najbardziej charakterystyczne "zderzenie" naszej kultury z konwencją baśni jest wtedy, gdy lord Farquad ma wybrać kandydatkę na żonę.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Gra konwencjami z kultury współczesnej z mediów.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: W tym sensie Shrek przegrywa, bo tam jest rzecz prosta, natomiast jak jest z Harry'm Potterem?

mgr Agnieszka Kruszyńska: Trzy najbardziej wyraźne sposoby przetwarzania to te, o których wcześniej mówiłam: drwina (ironia, humor) albo oswojenie (atrybut czarownic - miotła, sprowadzona do rangi narzędzia sportowego; smok, który staje się obiektem badań czarodziejów) i zachowanie znaczenia (jednorożec, centaur, feniks, harfa); motywy działają tak, jakby działały w innych tekstach, a porządkują ten świat. W Shreku to jest gierką, budowaniem świata z klocków, które są żartem.

Kinga Kwaterska: A poza tym w Shreku to jest bardzo widoczne: kawa na ławę.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Tak, ale czy to zderzenie konwencji nie polega na dosłowności w Shreku? Nagle baśń przenosimy w naszą rzeczywistość i stosujemy dosłownie.

Anika Radzka: W baśni mamy jasno określone role: wiemy, kto jest dobry, a kto zły. A w Shreku okazuje się, że mamy królewnę, która wcale nie jest taka śliczna i wspaniała.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Jednak w Harry'm Potterze przetwarzanie tych motywów jest serio. Nawet jeśli są lekko kpiarskie, to jednak są serio. Shrek jest mimo wszystko żartem. Jeśli nie znamy konwencji, to film jest głupi, nie rozumiemy go. Natomiast w Harrym Potterze musimy znać te motywy. Bo te motywy, o których wspomniała pani Agnieszka Kruszyńska, motywy baśniowe, grają jakąś funkcję w powieści. Powieść można traktować różnie, film jest jednak znacznie bardziej dosłowny.

Kinga Kwaterska: To jest to, o czym mówiliśmy wcześniej: wiara, że magia istnieje, pierwotna i pierwsza.

Anika Radzka: To nie jest wiara, to raczej przekonanie, że magia istnieje i dlatego tak ważne jest zachowanie bohaterów, ich brak zdziwienia, przekonanie, że to jest normalny stan rzeczy.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: I tutaj możemy mieć odpowiedź na pytanie, dlaczego parę osób się zdenerwowało. Dopóki wierzymy, że tak naprawdę baśnie to takie ble ble, takie niewiadomoco, to jest dobrze, ale jeśli założymy przez moment, że to jest jednak prawda, a to, że tego nie widzimy, to jest kwestia pewnych syngularności, które są postrzegalne...

Kinga Kwaterska: Rzeczywiście, czytelnik fantasy czy fantastyki musi zawiesić niewiarę.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Ale to jest coś bardziej potężniejszego.

mgr Urszula Lip: O tym właśnie mówi Salman Rushdie. Pisarz ten z własnego doświadczenia wie, czym może skończyć się utożsamianie fikcji z rzeczywistością. On uważa - co widać np. w Harunie i Morzu Opowieści, książce, która jest wielkim traktatem o wolności słowa - że ludzie boją się opowieści dlatego, że powieść zakłada od razu nieprawdę i przez to tworzy autonomiczny, niezależny od realnego, świat, nad którym nie ma nikt władzy.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: W Harrym Potterze jest w gruncie rzeczy ta sama historia. Śmieszność Dursley'ów tkwi nie w tym, jak oni są opisani, czy w tym, jaki jest Dudley albo ciotka Marcy, ale w niebezpieczeństwie autentycznym, które tkwi nie w wierze albo zawieszeniu niewiary, tylko w przekonaniu, że istnieje magia. Nie używa się magii w świecie mugoli. Rzecz polega nie tyle na tym, żeby się nie ujawnić, tylko że to z jakiegoś powodu jest niebezpieczne. Musi istnieć coś, co może spowodować pewne - nie wiem jak to nazwać - naruszenie czegoś. Kwestia, że mugole zobaczą czary, nie ma żadnego znaczenia. W trzech tomach to maskowanie jest ciągle śmieszne - ale w czwartym takie wymazywanie pamięci przestaje być zabawne. To świat, nad którym nie ma się władzy. To świat, w którym zawodzą pewne prawidłowości fizyczne, tam działają jakieś inne prawa.

Kinga Kwaterska: Coś w tym jest, ponieważ Terry Pratchett w jednej ze swoich książek pisze o powieściach: opowiadania rządzą się swoimi prawami. Jeśli opowiadanie się zacznie, to musi potoczyć się dalej, bo ono samo z siebie tego wymaga i nikt nie może go zatrzymać. Opowieści trwają.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Proszę zauważyć, że w opowiadaniu Drzewo i liść istnieje taka sama sytuacja: w tym fragmencie, który mówi o Darze. Nigel wyraźni mówi: [...]. Zwracam uwagę na to sformułowanie, które musiało wypaść z polskiego tłumaczenia. Dzieło, które jest tworzone, jeśli jest dziełem sztuki, będzie stworzone. Tolkien wyraźnie o tym mówi, że dzieło i wynik - to nie tylko sztuka, ale dzieło jako skończony twór. Rushdie też wyrasta z tej tradycji, ona jest głębsza... Moim zdaniem ona się bierze i z tradycji celtyckiej, ale jest także starsza i raczej pochodzi ze Wschodu.

Tomasz Dylewski: Ja bym się uparł, że to występuje w Rygwedzie - dzieło, które powoduje, że świat jest taki, jaki jest. Potem mamy Ramajanę, która też jest podstawą wedd.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Zostawmy tę kwestię, bo to wykracza poza temat naszej dyskusji. Wróćmy do przetwarzania motywów: w Harry'm Potterze są one pokazane bardzo serio, ale najdziwniejszą rzeczą, która w filmie troszkę została zatarta, jest różnica między tymi dwoma światami. Film musiał to zatrzeć - siłą rzeczy trzeba było pokazać Hogwart, bo on jest ciekawy. Wielu chwaliło scenę meczu w quddicha, która, według mnie, była jedną z najgorszych.

Anika Radzka: A propos Snape'a: nie mogę odżałować, że w bardzo ważnej sceny, właśnie na meczu quddicha - kiedy Hermiona wchodziła na trybunę, potyka się tak, że najpierw profesor Quirell się przewrócił - w filmie nie było! Jest za to scena, jak Hermina podpala Snape'owi płaszcz.

Hubert Zienkiewicz: Tak, ale mimo wszystko jej działanie nieświadomie niszczy Quirellowi czar.

Anika Radzka: W książce bardzo sprytnie J.K.Rowling wykorzystuje motyw zaskoczenia, tak jak to robił Conan-Doyle. Najpierw pokazywał jakąś scenę, a czytelnik na to nie zwracał uwagi. Potem trzeba było wrócić do tej sceny i okazywało się, że jednak ten element rzeczywiście tam był!

mgr Urszula Lip: Autorka wykorzystuje konstrukcję kryminału: najmniej podejrzany okazuje się winnym.

Anika Radzka: Aczkolwiek skoro tak robi w pierwszym tomie, to począwszy od drugiego zaczynamy orientować się w tej konwencji. W czwartym tomie wiedziałam, że ta osoba, na którą kieruję podejrzenia, jest winna. Tam autorka jeszcze bardziej skomplikowała fabułę i zrobiła to naprawdę bardzo sprytnie.

mgr Urszula Lip: A mnie nie satysfakcjonuje zakończenie czwartego tomu. Uważam, że autorka zastosowała deus ex machina, kiedy sprawcą okazuje się syn Croucha. Najpierw ten syn nie żyje a potem okazuje się, że żyje - coś w rodzaju zabili go i uciekł.

mgr Agnieszka Szurek: Ja myślę podobnie. W ostatniej chwili okazuje się, że przez całą książkę profesor Moody był fałszywy, podczas gdy rady, których udzielał, były bardzo słuszne: nieustanna czujność, lekcje obrony przed czarną magią... Należy zachować to, co mówił, ale okazuje się, że jest fałszywy. Coś tu nie gra.

Anika Radzka: Ale dlaczego nie można byłoby tej postaci potraktować jako tej, która tak bała się Voldemorta, że naprawdę zrobiłaby wszystko w jej imieniu, ale z drugiej strony nie chcę Harry'emu zrobić krzywdy? Dlaczego traktujemy te postaci jako czarno-białe?

Tomasz Dylewski: Jeśli chodzi o prof. Moody'ego, to gdy syn Croucha wcielił się w niego, musiał się trzymać postaci, którą grał. Dlatego cały czas oskarżał, dlatego też zamienił Draco w tchórzofredkę.

mgr Agnieszka Szurek: Ale to przekraczało konwencję, skoro osiągnięto wrażenie szczerości - Moody szczerze się troszczył o Harry'ego, a potem się okazało, że to było fałszywe.

Tomasz Dylewski: Troszczy się o Harry'ego, bo chodzi o to, by Harry dostał się do Voldemorta.

mgr Agnieszka Szurek: Troszczył się także w tym sensie, że uczulał go w zakresie obrony przed czarną magią.

Kinga Kwaterska: Mnie uderzyło to, że Moody w taki straszny sposób potraktował Draco.

Tomasz Dylewski: Potraktowanie Draco wynika z tego, że syn Croucha czuł się jako jedynym prawdziwym zwolennikiem Volemorta. A Lucius Malfoy był zdrajcą.

mgr Urszula Lip: Mnie nurtuje jeszcze jedna sprawa. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego J.K. Rowling uśmierciła Cedrika? Czyżby chciała podkreślić, że Voldemort jest tak potworny i nieludzki, że mówi: ten mi niepotrzebny, zabij go?

Radosław Nowaczewski: Właśnie dlatego wszyscy tak się Voldemorta bali. Że tak po prostu zabijał. Voldemort mówi: jeśli osiągniemy władzę, będziemy mordować.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: To jest bardzo proste. Trzeba bowiem coś wiedzieć na temat czarnej magii. W wypadku czarnej magii podstawowy problem tkwi w tym, że żeby rozpocząć rytuał, trzeba zabijać. W miarę możliwości niewinne osoby. Voldemort jest tą postacią, która jest pozbawiona wszelkiego rodzaju wartościowań. Czarny mag nie ma wątpliwości, jeśli chodzi o aksjologię. Tu już się przekracza granicę i nie ma o czym mówić. Tak jest w wypadku Saurona i Morgotha - Tolkien budując te obie postaci pokazuje je jako te, które są pozbawione wszelkich uczuć moralnych i które popełniają coraz straszliwsze czyny.

Tomasz Dylewski: Istnieją i działają tylko z jednej przyczyny: dla władzy.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Oczywiście i nic innego się nie liczy.

Tomasz Dylewski: Śmierć Cedrika może mieć jedno znaczenie: tworzy nowy wątek wyrzutów sumienia Harry'ego. To może być kanwą dalszych części.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Tak, ponieważ formalnie Harry ponosi odpowiedzialność za to, co się stało.

Tomasz Dylewski: Gdyby nie namawiał Cedrika, Cedrik nie chwyciłby tego pucharu razem z nim.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: To po pierwsze. Po drugie: gdyby zjawił się sam Cedrik z pucharem, to przypuszczalnie zostałby przeniesiony z powrotem przez Voldemorta, bo zabicie Cedrika nic mu nie da. Ponieważ polecieli obaj, Cedrik i Harry - zabił niepotrzebnego. Voldemort działa całkowicie racjonalnie.

Tomasz Dylewski: Zresztą czwarty tom nabiera dużo znaczeń psychologicznych. Jest tam wyjaśnienie, dlaczego minister Knot zachował się tak, jak się zachował. Prosty mechanizm w psychologii analitycznej: racjonalizacja. Ten pan ma to, co chciał: władzę. Dla niego powrót Voldemorta i oddanie części władzy jest nie do przyjęcia. To jest mechanizm samoobrony.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Na koniec spróbujmy coś generalnie powiedzieć o samej ekranizacji. Zanim obejrzymy Władcę Pierścieni, powiem dwie rzeczy: jako ekranizacja książki Tolkiena jest to coś najgorszego, co Peter Jackson mógłby wymyślić. Natomiast jako film jest świetny i powinien zgarnąć wszystkie Oscary. Co w wypadku Harry'ego Pottera? Czy to jest ekranizacja, czy jest to film na motywach?

Anika Radzka: Moim zdaniem, dużo więcej wynikałoby z książki. Film starał się przedstawić plastyczną wersję tego, co się działo w książce, ale nie oddał tej atmosfery do końca. Tym bardziej że książka daje dużo większą możliwość wyobrażenia sobie wszystkiego.

Kinga Kwaterska: Tak, ponieważ adaptacja będzie zawsze jakąś wizją. Nie przedstawią przecież czterech wersji ulicy Pokątnej dla tych, którzy sobie ją różnie wyobrażali.

Hubert Zienkiewicz: Skoro J.K.Rowling współpracowała przy filmie, to było jej wyobrażenie.

Anika Radzka: Mam wrażenie, że to było robione "pod linijkę", że nie było tam fantazji.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Scena przy zwierciadle, kiedy pojawia się Voldemort, z Harry'm w płonącym kręgu, robi duże wrażenie.

Kinga Kwaterska: Mnie się bardzo podobała scena gry w szachy, kiedy figury się ruszały - tam była fantazja.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Scena przy lustrze, kiedy Dumledore tłumaczy Harry'emu, żeby nie korzystał ze zwierciadła - wydaje mi się, że to była "duża" scena, jak w dobrej sztuce teatralnej, gdzie wielki aktor ma swój monolog.

mgr Agnieszka Szurek: Ja mimo wszystko zgodzę się ze stwierdzeniem, że wielcy aktorzy szekspirowscy nie mieli co tutaj grać. Miałam wrażenie, że nie ma w filmie żadnej wybitnej postaci, że one mają za mało do powiedzenia. Tam się prawie nic nie działo, ten film był nudny. Profesor Dumbledore był fatalny. To, co najbardziej zaszkodziło w moich oczach filmowi, to to, że było to streszczenie akcji, nie było atmosfery, była akcja, która, szczerze mówiąc, nie jest bardzo porywająca w pierwszym tomie Harry'ego. Tam porywające jest co innego - ta cała otoczka: lekcje, uczty, Irytek - cała atmosfera szkoły, której w filmie nie było.

prof. dr hab. J.Z. Lichański:Otóż to, atmosfera szkoły. Czy gdyby skrócić mecz quiddicha o połowę albo o trzy czwarte, a pokazać pozornie nudne sekwencje dotyczącej szkoły albo zachowania Irytka, nie wyszłoby to filmowi na dobre?

Kinga Kwaterska: Mnie bardzo brakowało scen lekcji, których były trzy czy cztery, ale przedstawiono tylko ich fragmenty. Tego brakuje.

Anika Radzka: Bardzo mi się nie podobało przedstawienie profesora Snape'a jako złej postaci, np. uśmiecha się do Draco Mafloy'a, ale nie jest przy tym pokazane, że jest dobrym nauczycielem.

Hubert Zienkiewicz: Snape jest bardzo dobrze pokazany jako osoba.

mgr Urszula Lip: Ale to wynika tylko i wyłącznie ze sposobu gry Alana Rickmana, a nie ze scenariusza.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Ale Snape mimo wszystko ma coś do zagrania. Dumbladore ma fatalną sytuację, bo musi mówić - bardzo ładnie wygłasza ten tekst, ale do zagrania ma niewiele, z tym bym się częściowo zgodził. On tylko pojawia się obok Harry'ego.

Tomasz Dylewski: Dumbledore byłby bardziej charakterystyczny, gdyby przy pierwszej uczcie, po ceremonii mierzenia Tiary Przydziału, kiedy wygłasza mowę, żeby nie wchodzić do Zakazanego Lasu itd., zaczął zachowywać się tak, jak w książce: książkowy Dumbledore w pewnym momencie zaczyna śpiewać. Dumbledore mógłby zagrać tego profesora, który ma autorytet, ale jednocześnie jest trochę szalony. Tego w filmie zabrakło.

W tym miejscu nastąpiła burzliwa dyskusja na temat obsadzenia dwóch głównych ról: Rona Wesley'a i Hermiony Granger. Część osób stwierdziła, że filmowa Hermiona jest za ładna, ma proste zęby, a powinna mieć krzywe, i sztucznie utrefione włosy. Inne osoby broniły ww., ale w końcu wszyscy zgodzili się, że Hermiona jest kujonem (ale nie wstrętnym).

Następnie Anika Radzka przeczytała fragment artykułu z "Vivy" autorstwa Leszka Kołodyńskiego: "szukając miejsca J.K.Rowling w tradycji literackiej trzeba przypomnieć dwóch największych autorów fantasy: Tolkiena z jego hobbitami i Lewisa z Krainą Narni. Już na jednej z pierwszych stron Opowieści z Narni wspomina się o sowie, a wiadomo, jak ważne są sowy w Hogwarcie [...] Cały zwierzyniec złożony z ukochanych bestii Hagrida, ma krewnych na kartach Władcy Pierścieni."

Po krótkiej i burzliwej dyskusji na temat kompetencji i niekompetencji polskich krytyków, głos zabrał prof. dr. hab. J.Z. Lichański:

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Mamy tu do czynienia z rzeczą przerażającą: przy obu filmach, niezależnie od tego, co mówimy, i w obu książkach (chodzi tutaj o cykl o Harry'm Potterze i cykl Tolkienowski) starsze pokolenie krytyków kompromituje się kompletną nieznajomością tematyki. Bo jeśli tutaj nie mają nic do powiedzenia - jeśli piszą, np. że hobbici są owłosieni - to nie jest już błąd. To jest brak kompetencji. Zasada pisarstwa dziennikarskiego polega na maksymalnym skracaniu, ale tak skracać nie wolno.

Na tym protokół zakończono o godz. 1900.

©Protokół sporządziła mgr Urszula Lip




wróć do spisu dyskusji