Protokół ze spotkania
Sekcji do Badań Kultury i Literatury Popularnej
Polskiego Towarzystwa Retorycznego
4.01.2004 r.


Dyskusja o filmie Władca Pierścieni: Powrót Króla


Spotkanie odbyło się w dniu 4.01.2004 r. na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego (s. 18). Uczestniczyli w nim, oprócz członków PTR, studenci polonistyki oraz innych wydziałów, uczniowie liceum, a także zaproszeni goście.

Katarzyna Aust: Tematem dzisiejszego spotkania jest dyskusja na temat ekranizacji trzeciej części "Władcy Pierścieni". Od czego zaczniemy?

Z sali: Może od tego, że wątpliwe jest to, że to w ogóle trzeci tom "Władcy Pierścieni"...

Katarzyna Aust: Otóż to. Czy rozważamy film jako film, czy rozważamy ekranizację książki. Są głosy, iż zawsze, gdy patrzymy na ekranizację książki, widzimy samodzielne dzieło, dzieło reżysera, że nie należy porównywać filmu z książką, bo jest to inne dzieło, które ma prawo mieć nie tylko inne sceny, ale inny wydźwięk - z którym to głosem nie całkiem się zgadzam. Jeśli bowiem zabieramy się za ekranizację danego dzieła, to znaczy że mamy coś do powiedzenia na temat tego dzieła. Jeśli chcemy polemizować, może lepiej napisać, stworzyć czy sfilmować dzieło polemiczne i nawiązujące. Jeśli chcemy w jakiś sposób przedstawić jako film coś, co powstało jako książka, to chyba jednak poczuwamy się do związku z tą książką. Czy to coś, co obejrzeliśmy, jest dobre - to jedno pytanie. Czy to coś ma związek z książką, którą wszyscy znamy - to drugie pytanie. Teraz pewnie sala się podzieli na osoby "za" i "przeciw".

Michał Leśniewski: Zacznę od tego, że na końcu każdej części "Władcy Pierścieni" nie mamy napisane, że jest to ekranizacja, mamy napisane "based on", co może znaczyć - wszystko. To jest pierwsza rzecz. To jest film "w oparciu o" - i ten wytrych zdaje egzamin. Druga kwestia jest taka, że to dzieło liczy 1300 stron z dodatkami. Wszyscy, jak tu siedzimy, pewnie w mniejszym lub większym stopniu kochamy to dzieło, ale mamy też świadomość, że tworząc film musimy wybierać. Nie ma wyboru "niewybierania", bo gdybyśmy chcieli nakręcić film w oparciu o scenariusz liczący 1300 stron, to nie wiem, czy wystarczyłoby 18 godzin. I pewnie wszyscy, jak tu siedzimy, te 18 godzin w kinie byśmy wysiedzieli i wyszli szczęśliwi. Tyle że reguły sztuki filmowej są takie, że ktoś musi za to zapłacić, i ten ktoś, niestety, liczy w zamian na zysk. Możemy oczywiście udawać, że tego nie ma, ale nie wiem, czy to ma sens. Dla mnie filmem Jacksona nie jest to, co oglądamy w kinach, tylko to, co oglądamy w wersji DVD. To, co oglądamy w kinach, jest jego kompromisem nawet nie z producentem - z dystrybutorami. 3,5 godziny? W tym czasie można pokazać 3 filmy! Powiedzmy sobie szczerze, że 18-24-godznny film byłby fajny, ale strasznie niszowy i dla fanatyków. Ponadto zostaje jeszcze jedna rzecz. Mamy film nakręcony niezwykle wiernie w stosunku do książki - "Harry Potter". To jest kompletnie nudne. Dlaczego? Właśnie dlatego, że film jest w 100% wierny książce. To są ilustracje do książki. Czyli wybory są konieczne. Czy to musimy akceptować? Nie. Mnie też wiele rzeczy w tym filmie się nie podoba, tylko jak sobie przeglądam listy dyskusyjne, w których pojawiają się różne krytyczne głosy o filmie, to zauważyłem jedno - każdemu się nie podoba co innego. Czyli możemy sobie powiedzieć: każdy wybór komuś się będzie nie podobał. W tym momencie ja idąc na ten film idę na wybór pana Jacksona.

Z sali: Ale są pewne kryteria, według których ocenia się, czy ekranizacja jest dobra, czy jest zła. Możemy się zastanowić, co takiego Jackson zrobił, żeby ta ekranizacja była dobra, a co takiego zrobił, że jest zła. Bo ona jest zła.

Katarzyna Aust: Zgoda, Jackson w pewnej kwestii zamknął nam usta pisząc "based on". Tylko czy w tym momencie może użyć tytułu, a raczej czterech tytułów? Tytułu zbiorowości i tytułów trzech kolejnych tomów edytorskich, powtórzonych wiernie.

Michał Leśniewski: To jest osobna kwestia. Problem w tym, że Jackson kupił prawo do tego tytułu i możemy się oczywiście denerwować, możemy uważać, że nie powinien zostawić tego tytułu. Ale czy poszlibyśmy na film, który nazywałby się "Wojna o Pierścień"? Jakie byłyby nasze reakcje? Po pierwsze, czy poszlibyśmy w ogóle na ten film? Niektórzy tak, niektórzy nie. To tak naprawdę byłoby oszustwo, bo i tak pojawiłoby się gdzieś nazwisko Tolkiena. Dlaczego więc nie użyć tego tytułu? Nieużycie tego tytułu było swego rodzaju manipulacją. Oczywiście wiemy, że jest jeszcze podstawowy zapewne motyw, czyli komercja - inaczej by się dobrze nie sprzedał, no i już.

Katarzyna Aust: Czyli otrzymaliśmy produkt. Z kolei w nawiązaniu do tego produktu pojawia się Viggo Mortensen w roli Aragorna na kubkach z popcornem. Tutaj od Jacksona kupiono prawa do tego wizerunku.

Z sali: To jest żaden zarzut. Książka to też jest jakiś produkt. Ona się podobała, a Jackson zrobił ten film też po to, by się podobał.

Michał Leśniewski: Jednak zauważmy, że jak ktoś zrobił pirackie wydanie "Władcy Pierścieni" w Stanach, to Tolkien, zamiast powiedzieć - dobrze, niech się szerzy, nie będę miał z tego zysku - walczył jak wściekły o to, by mu zapłacili co do grosza. To, że film jest produktem i jest komercyjny, to akurat nic złego. On też to napisał w jakimś stopniu dla komercji.

Z sali: Tolkien był oburzony chyba w większej mierze nie tym, że mu nie zapłacili, ale tym, że mu tę książkę ukradli. A propos wydania filmu pod innym tytułem. Mamy przecież wiele adaptacji filmowych książek, które się nazywały zupełnie inaczej. Czy nie większym oszustwem jest wydanie tego filmu zzspod tytułem wiernym książce właśnie po to, żeby byśmy my na to poszli, wydali pieniądze, a później robili takie dyskusje i nawet się bali powiedzieć, co w tym filmie jest źle zrobione?

Z sali: A żałujecie, że poszliście? Wolelibyście, by tego filmu nie było?

Katarzyna Aust: Obojętnie. Poszłam na film z poczucia obowiązku, obejrzałam go z poczucia obowiązku oraz z pewnym poczuciem złośliwej satysfakcji.

Z sali: No nie, bez przesady, mnóstwo przyjemności z tego filmu można mieć.

Katarzyna Aust: Gdyby to nie był film nawiązujący do książki, wyszłaby z kina.

Z sali: Mimo że w filmie nie było wielu scen, które w książce mi się podobały, to było tam też kilka scen, których w książce nie było, a mnie się bardzo podobały pod względem estetycznym, jak np. scena, kiedy Pippin śpiewa, a jazda Gondoru cwałuje na Osgiliath. Tego w książce nie było, mnie to irytowało, ale scena była efektowna.

Katarzyna Aust: Tutaj się różnimy. Dla mnie scena ta była idiotyczna. Gdybym zamknęła oczy - sama elegia była ładnie śpiewana i być może z całkiem niezłą muzyką. Nie przeszkadza mi akurat niezgodność z książką, ale tak scena była jednocześnie absurdalna i idiotyczna. Dobrze, mamy małe siły, musimy odbić Osgiliath. W takim razie szarżujemy konno na mury, obsadzone łucznikami, dojedziemy do muru... i co?

Michał Leśniewski: Powiem w ten sposób: generał Suworow w ten sposób zdobył twierdzę Ismail - zaszarżował kawalerią. Film daje często bardzo bzdurne rozwiązania.

Katarzyna Chmiel: Na to możemy odpowiedzieć: bo Faramir był beznadziejnym dowódcą. Rozciągnął swoich ludzi akurat w linię gotową do rozstrzelania.

Michał Leśniewski: Wbrew pozorom to było dobrze zrobione. Tak właśnie wygląda szarża husarii - że do mniej więcej 60 kroków jadą w bardzo rozciągniętym szyku, a dopiero potem się zbierają, bo jakby jeden padł, inni zaraz by na nim leżeli.

Katarzyna Aust: Fakt, że sama technika szarży była ładnie pokazana. Tylko że wszystkie szarże - z wyjątkiem tej wcześniejszej szarży Eomera - były w absurdalnej sytuacji, w której szarża nie jest rozwiązaniem.

Z sali: Jeżeli chodzi o absurdy, to mnie zastanowiła jedna scena, kiedy Gondor wysyła sygnał. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to to, że jak to jest możliwe, żeby oni trzymali straż ciągle na tych szczytach? Nie było tam niczego, gdzie ktoś mógłby się schować. Poza tym oni musieliby dbać o to drewno.

Michał Leśniewski: Zadam jedno pytanie: podobała się ta scena?

Z sali: Była ładna pod względem wizualnym.

Katarzyna Aust: Była idiotyczna i spowodowała, że niektórzy turlali się pod krzesłami ze śmiechu.

Urszula Lip: Wiele rzeczy jest w tym filmie pięknie wizualnie zrealizowanych. Tylko co z tego, jeśli to nie ma sensu?

Michał Leśniewski: Mam dwa pytania. Po pierwsze, czy sensowne jest szarżowanie kawalerią na opłotki i wieś?

Katarzyna Aust: Bardziej niż na mury. Koń może przeskoczyć nad opłotkami, może wjechać między chałupy. Koń fizycznie nie wjedzie pod kątem prostym na mur liczący sobie dwudzieścia metrów.

Z sali: Tam były nie tylko mury.

Katarzyna Aust: Zgoda, mogli fizycznie wjechać do miasta, ale orkowie byli na murach, na budynkach. Precyzuję: nie było murów obwodowych, ale były budynki, na których siedzieli orkowie.

Michał Leśniewski: To mam drugie pytanie: czy podobała się scena rozpoczynająca film "Gladiator"? Ta scena jest kompletnie idiotyczna, ale bardzo efektowna.

W tym momencie nastąpiła krótka,acz burzliwa dyskusja na temat sensu czy bezsensu różnych scen militarnych w filmach.

Kinga Kwaterska: Uważam, że jest to ważne, czy ktoś nazwał film "Władca Pierścieni", czy inaczej. Odwołam się do przykładu, który prawdopodobnie część z nas zna - "Król Dumas" i "Dziewiąta wrota" Polańskiego. Ja do Polańskiego nie mam pretensji, bo on wyjął tylko jeden motyw z książki, ale nie nazwał tego "Królem Dumas". Ja idąc na "Władcę Pierścieni" oczekuję "Władcy Pierścieni". Ja nie mam pretensji o zmiany, które są tam dokonane czy jakieś logiczne cięcia. Scena, która jest bardzo ładna, a której w książce nie ma, to scena z Eowiną, która pyta się brata: "Dlaczego nie pozwalacie mu walczyć za tych, których kocha?" Ja mam pretensje właśnie o takie bzdury, kretynizmy, mam pretensję o Gandalfa, który jest totalnie niespójny - i to nie w stosunku do książki, ale w stosunku do poprzednich części. Gandalf, widząc oszalałego z rozpaczy Denethora, Namiestnika, uciekającego w palącym się płaszczu, który mógłby zdjąć - mówi sobie cynicznie, niemal z uśmieszkiem: "Oto odchodzi ostatni Namiestnik Gondoru". To nie jest ten sam Gandalf co w poprzednich dwóch częściach!

Zofia Stanecka: Bardzo starałam się rozdzielić film jako film i film jako ekranizację. Jak patrzę na film jako film, to to, co mi się tam nie podoba, poza masą rzeczy, które mi się tam podobają, jeśli oddzielę to od ekranizacji, to są nielogiczności w ramach samego filmu. Tutaj chciałam powiedzieć coś o Gandalfie. W pierwszej części jest przepiękna scena, w której Gandalf mówi Frodowi, że nie wolno mówić, że się komuś należy śmierć, bo kim jesteśmy, żebyśmy mieli decydować? Mówi to o Gollumie, co do którego nie mamy wątpliwości, że jest istotą nikczemną. A potem Gandalf morduje Denethora. Niech on sobie będzie inny niż w książce, tylko niech on nie wygłasza najpierw Frodowi kazań! A kiedy on to mówi? Przed swoją przemianą. Przecież on przeszedł przez śmierć i jest nawet w filmie ma być istotą większą, mądrzejszą i dostojniejszą niż przedtem! To jest mój podstawowy zarzut. I kolejne dwie pozostałe postacie, które są skrajnie nielogiczne. Theoden, który mówi: będziemy walczyć - nie będziemy walczyć. Tam jest taka piękna scena, kiedy się zapalają ognie, przychodzi Aragorn i mówi, że Gondor wzywa pomocy, a wszyscy spoglądają na Theodena wyczekująco - będzie w nastroju i powie: pójdziemy, albo nie będzie w nastroju i powie: nie pójdziemy. Obawiam się, że dlatego te postaci są niekonsekwentne, bo w filmie widać, że Jackson miał skrystalizowany pomysł co do paru wątków, a w przypadku niektórych, moim zdaniem, zmieniał scenariusz w trakcie kręcenia, bo np. miał fajnego aktora albo aktor miał pomysł na rolę... Dodawał coś, a ponieważ materiał miał ogromny - tu go trochę usprawiedliwiam - więc się pogubił. Trzecią taką nielogiczną postacią jest Elrond, który nie dość, że mówi: nie możesz wziąć mojej córki - masz wziąć moją córkę, bądź królem - idź sobie, jesteś godzien - nie jesteś godzien, to w drugiej części mówi Aragornowi: nie możesz być z moją córką, bo ona umrze, a następnie przybywa do niego, daje mu miecz i mówi: Arwena umiera, idź i walcz... Czyli de facto mówi: nie bierz Arweny, bo umrze... Arewna nie umrze, jak ty wygrasz, i będzie z tobą... To są moje podstawowe zarzuty. Nie chcę mnożyć argumentów na rzecz tego, że jest to zła adaptacja, bo ja myślę, że każdy tutaj może rzucić sto tysięcy przykładów i to nic nie zmieni. Drugą rzeczą bardzo rażącą są zdjęcia, które są niedobre, jeśli chodzi o oświetlenie scen blue-boxowych. Aktorzy mają światło nie wiadomo skąd, światło padała z chmur nie wiadomo skąd, budynki nie rzucają cienia - to jest niestety bardzo duży zarzut w stosunku do operatora. Na płycie z dodatkami jest pokazane, jak robiono zdjęcia do filmu i tam widać, do jakiego stopnia operator był nieudolny. Jest tam scena, w której Aragorn pochyla się nad leżącym Boromirem, i jest pokazane, jak to zdjęcie nakręcił operator: Aragorn na tle nieba ma kompletnie czarną twarz! Jest to podstawowe zadanie na operatorstwie: jeśli się kogoś filmuje od dołu, a ten ktoś ma z tyłu niebo, należy go tak oświetlić, żeby potem nie trzeba było używać filmowych tricków, żeby mu tę twarz rozjaśnić. Jest na tym dodatku parę scen, które miały służyć pokazaniu, jaki oni mieli fantastyczny program komputerowy, który ten film ulepszył, ale przy okazji się okazuje, że operator nie sprostał zadaniu i to widać czasami gołym okiem: np. Saruman na tle Orthanku albo Merry i Pippin na tle lasu itd. Szczególnie widać to w "Powrocie Króla". To jest mój kolejny zarzut: w dwóch pierwszych częściach ja nie czułam, że Jackson robi to po to, by z tego zrobić grę komputerową. Nie twierdzę, że to było celem Jackson, ale efekt jest niestety zbliżony do gry komputerowej.

Z sali: Chciałbym obalić wszystkie zarzuty dotyczące nielogiczności. To tak, jakbyśmy zarzucali Homerowi, że choroba, która powaliła jednego z bohaterów, ma nie takie objawy. Celem dzieła sztuki nie jest przedstawiać rzeczywistość naukową, bo wtedy książki musieliby pisać naukowcy, medycy itd., tylko m.in. wywołać w nas jakieś estetyczne wrażenia. Scena z zapalaniem ogni jest rewelacyjna, rzeczywiście wzrusza i czepianie się, jak oni to zapalają, jest po prostu bezsensowne.

Agnieszka Sylwanowicz: Jeśli to się narzuca wielu osobom, to coś w tym musi być.

Z sali: Różnica jest taka, że kiedy patrzymy np. na jakiś obraz - tam sobie stoją jakieś postacie. Wielu osobom nie rzuci się w oczy fakt, że ludzie mają stroje nie takie, ale rzuci się np. badaczowi tradycji klasycznej, że ten tutaj ma togę źle przerzuconą. To kwestia pewnej wiedzy. Nie patrzy się na te obrazy tak, że jak patrzymy na sceny, to się zastanawiamy i dokonujemy rozkładu logicznego tej sceny.

Karolina Stopa: Chciałabym się wypowiedzieć a propos błędów w sztuce filmowej. Nie wiem, czy tego nie jest po prostu za dużo. Za dużo scen, np. z potworami - które zamiast straszyć, wywołują tak naprawdę obrzydzenie. To jest jeden z moich zarzutów do tego filmu. W momencie, kiedy przychodzę na film, to nie po to, by mnie chwyciły mdłości, tylko żeby przeżyć jakieś emocje - bać się, wzruszać. Bardzo niewiele było w tym filmie scen, przy których rzeczywiście się wzruszyłam. Może miałam zbyt wielkie wymagania. Jackson niestety trzyma bardzo nierówny poziom, ma tendencje do zaczynania znakomicie - wydaje się już, że dana scena będzie perełką - a później ją totalnie niszczy, najczęściej pokazując to, czego pokazywać nie powinien. Posłużę się sceną, o której mówiła kiedyś Kasia: w scenie bitwy na polach Dagorlad widać grymas na twarzy Elronda, a zaraz potem Saurona maczugą rozwalającego Numenorejczyków.

Z sali: Ja chciałam jeszcze o Gandalfie. W pewnej scenie ktoś mówi: mamy za sobą Białego Czarodzieja, my nie musimy się bać. Czarodzieja. Kiedy on używa magii? Raz. Jest scena, kiedy Gandalf ratuje światłem jeźdźców Faramira, później scena jest taka, że Gandalf macha kijem i tym kijem rozwala orków. Chyba by mieczem więcej zdziałał niż taką laską. Brakowało mi wielkiego czarodzieja.

Michał Leśniewski: On nie jest wielkim czarodziejem, nie na tym polega jego magiczność.

Z sali: W książce właśnie dlatego jest wielkim czarodziejem, bo nie rzuca kul ognistych na lewo i prawo. To Harry Potter jest takim czarodziejem. To że Gandalf używa w taki sposób magii, to pozostałość książki. Z jednej strony nie używa magii, z drugiej bije się jak zwykły żołnierz. To znowu jest pęknięcie w samym filmie, Gandalf jest tu niespójny wewnętrznie.

Z sali: Drugi problem jest a propos sceny z ogniami. Nie trzeba było wielkich zabiegów, by miała sens - wystarczyło komputerowo dodać chociaż mały domek. Chyba że ujęcie było z tej strony, od której nie ma domku. Brakowało mi też pewnych małych scen, np. podczas koronacja Aragorna. Aragorn przechodzi obok Eowiny, Eowina mu się kłania, za chwilę przychodzi Arwena, rzuca mu się na szyję - i wiemy, że Eowina stoi z tyłu. Eowina, która była w nim zakochana! I nawet nie pokazali jej twarzy, tak jakby już w ogóle nie była ważna.

Urszula Lip: Podejrzewam, że te brakujące sceny będą na DVD. To widać gołym okiem.

Z sali: To samo będzie ze scena z Faramirem. Aragorn jest koronowany, a syn Namiestnika, który jest jedynym potomkiem wcześniejszego władcy, jest w ogóle pominięty w tej scenie. Co z tego, że jest z tyłu?

W tym momencie nastąpiła burzliwa dyskusja na temat tego, kto powinien stać w punkcie centralnym sceny. Dyskutanci nie doszli w tej materii do konsensusu. Prof. Lichański delikatnie zwrócił uwagę, iż rozmowa toczy się na temat filmu, a nie książki.

Z sali: Jeszcze jedna scena z punktu widzenia sztuki filmowej niedopuszczalna: kamera odjeżdża na zachód i co się dzieje? Dym cofa się do komina, a flagi łopocą na odwrót. Po prostu jest to ewidentne cofnięcie taśmy. Jeżeli już mieli szyny czy chociaż obrabiali film komputerowo, mogli to zrobić w taki sposób, żeby nie robić bubli albo chociaż zmienić te flagi czy wykasować dym.

Katarzyna Chmiel: Oglądając "Władcę Pierścieni" oczekiwałam nie tylko wrażeń estetycznych, których miałam mnóstwo, ale także sensu w ramach nakreślonego świata, emocji i konsekwencji w prowadzeniu wątków. Mnie ta scena ze stosami przeszkadzała. Pierwsze spojrzenie - fajnie, ale drugie - zaraz, przecież to niemożliwe... Ale chcę wrócić do postaci Gandalfa. To jest to, czego ja za nic nie jestem w stanie zaakceptować i to mi psuje cały film. Od samego początku Gandalf w filmie jest kreowany jako autorytet moralny. Jego przemowa na temat roli miłosierdzia, poszanowania woli, po czym po przemianie - bo to się dzieje tak naprawdę po przemianie - jego głównym argumentem staje się laska. W jaki sposób on traktuje Theodena? Wali w niego laską wypędzając z niego złego Sarumana. Co robi z Denethorem? Wali go laską wielokrotnie, w obecności strażników.

Urszula Lip: Zacytuję argument, który wysunięto podczas dyskusji o tej scenie na liście dyskusyjnej: "Gandalf bił tchórza, załamanego człowieka, który potrzebował czegoś, żeby go wyrwać z tego marazmu".

Katarzyna Chmiel: Jest to film, który trafia do masowej widowni, w tym ludzi bardzo młodych, i pokazuje nam, że ktoś bardzo ważny, autorytet moralny, może zastosować rękoczyny publicznie wobec tchórza, wobec kogokolwiek - tego, kto jest głupi. Ktoś mnie denerwuje, bredzi - wezmę pałę i spałuję go. Ponieważ Gandalf tak zrobił, to tak było dobrze. Po prostu: są tacy ludzie, którzy się o to proszą. Denethor się prosił, to należało go spałować, sprawa załatwiona i wszystko w porządku. To jest ten autorytet moralny, który mamy celebrować. I jeszcze jedna sprawa. Co mi przeszkadzało w odbiorze całego "Powrotu Króla": zastanawiałam się, jak reżyser wybrnie z tej bierności Froda, którą wprowadził od samego początku. Mnie się to nie podobało, ale myślałam: Zobaczymy, może to się na koniec wygra. Koniec był taki, przynajmniej w moim odczuciu, że ja się tym zmęczyłam. Jeśli od pierwszych chwil, od kiedy Frodo ma Pierścień, on omdlewa, on jest galaretą, on nie ma siły, on ciągle Pierścień zakłada, a Sam go powstrzymuje - to zauważycie, ile mamy takich scen? Nadlatuje nazgul - Frodo idzie do niego jak ćma do ognia, Sam go odciąga przelatuje nad bagnami - Frodo chce włożyć Pierścień, Sam go odciąga itd. I przez cały "Powrót Króla" jest dokładnie tak samo. Cały ten piorunujący efekt, który powinien być pod koniec, kiedy Frodo naprawdę jest czołgającą się skorupą, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, ponieważ Frodo taki był od samego początku. Czyli koncepcja jego bierności się nie sprawdziła. Jedyne sceny, które z przyjemnością z nim oglądałam, to było wtedy, kiedy nareszcie dobył Żądełka i zaczął się wycinać z pajęczyny Szeloby. Ucieszyłam się - o Boże, on działa!

Urszula Lip: Jest jeszcze jedna scena, gdy Frodo szamoce się z Gollumem na krawędzi Szczelin Zagłady. Tam też była jego inicjatywa.

Katarzyna Kuciel: Ja też chciałam wtrącić dwa słowa na temat Froda, bo o Gandalfie wszystko już zostało powiedziane, oprócz tego, że wymyśliłyśmy z Majką nowy sposób walki dla wizardów - lanie się laskami magicznymi. Wczoraj oglądałam film pt. "Powrót do przyszłości III", gdzie Frodo występuje w epizodzie u boku Michaela Foxa. Tam on też jest taki bierny. Uwaga Kasi Chmiel jest słuszna - we "Władcy Pierścieni" nie było bohatera o imieniu Frodo, tam bohaterem był Sam. Ja patrzyłam na Sama z prawdziwą przyjemnością, bo on naprawdę świetnie grał w tym filmie.

Urszula Lip: Ja nie widzę za bardzo motywacji Sama. Dlaczego on tego mazgaja tak lubił?

Katarzyna Kuciel: Dobre pytanie, dlaczego? Frodo filmowy nie ma w sobie nic, żeby go można było polubić, chyba jedynie te błękitne oczy.

W tym miejscu nastąpiła długa dyskusja na temat błękitnych oczu Froda i czy są one sztuczne, czy nie. Po chwili dyskutanci wrócili do głównego wątku rozmowy.

Kinga Kwaterska: Chciałam nawiązać raz jeszcze do wypowiedzi poprzedników. Ja rozumiem, że dzieło jest po to, by dostarczać wrażeń estetycznych itd., ale jest coś takiego jak zawieszenie niewiary. Jeśli jestem lekarzem, to nie muszę mieć idealnych objawów choroby, żeby uwierzyć, natomiast ja odmawiam bycia traktowaną jako odbiorca totalnie głupi i skretyniały, który da się oszukać najmniejszą sztuczką, bo to ładnie wygląda. Raz nawiążę do książki - ja "Władcę Pierścieni" lubię przede wszystkim za to, że jest logiczny. Może są tam jakieś błędy, ale ja ich nie zauważam, bo to jest na tyle logiczne i spójne, że ja się daję oszukać. Ale jeśli ktoś konsekwentnie przez dwie części buduje wizerunek Gandalfa, postać przekonuje mnie o swoim takim a nie innym postępowaniu, po czym nagle postępuje zupełnie inaczej, to moja wiara nie dość że się gubi, to ja jestem obrażona, że ktoś uważa, że ja w to uwierzę, że jestem aż tak głupia, że ja nie zauważę tego szwu i tego, że to się nie trzyma kupy. I chyba już solidarnie głos za Frodem. Ja odniosłam wrażenie, że Frodo służy tylko do przetrzymywania złego wpływu Pierścienia. Frodo jest właściwie ciągnięty, to taka gąbka, która nasiąka wszelkimi wpływami, i właściwie to Sam go ciągnie i za niego myśli.

Zofia Stanecka: Przytoczę tutaj zdanie mojej koleżanki, która książki nie czytała, a film jej się bardzo podobał. Przy ostatniej scenie powiedziała: Sam, to jest mój bohater, a nie jakiś głupi Frodo! Tutaj nawiążę nie do książki, ale do listów Tolkiena, ponieważ do niego pisały różne osoby, które mu zarzucały, że Frodo tak naprawdę nie zasługuje na żadne wyniesienie, bo przecież w ostateczności przejął Pierścień. I Tolkien się jasno wypowiadał, że zrobił wszystko, co w jego mocy, aby stało tak, jak się stało, ponieważ Frodo okazał Gollumowi miłosierdzie - ulitował się nad nim, mimo że nie miał z tego żadnych korzyści. W filmie Frodo lituje się nad Gollumem: a) ponieważ potrzebuje przewodnika, b) ponieważ chce wiedzieć, że jeśli dla Golluma jest ratunek, tzn. że dla niego jest też ratunek. A jeśli chodzi o Sama, to uważam, że Sam w filmie jest jedyną postacią, która od początku do końca budzi w ludziach sympatię. Nie znalazłam osoby, której ta postać by się nie podobała - jej prowadzenie, konsekwencja, gra aktora, wygląd itd. Chciałam powiedzieć jeszcze dwie rzeczy a propos bitwy. Moja koleżanka zwróciła mi uwagę, że Tolkien opisuje bitwę jako ciąg pojedynków, natomiast w bitwie na polach Pelennoru mamy chaos, a pojedynek jeden: Eowiny z nazgulem. Jest to jedyny moment w czasie bitwy, gdy można się naprawdę wzruszyć. Reszta to jeden wielki chaos, niewiele pozostaje z pojedynczych aktów odwagi. W Helmowym Jarze jednak było inaczej. Był pokazywany Haldir, który bardzo pięknie umierał, i Aragorn itd. To jest ta różnica. A trzecia rzecz: kogo mamy się bać? Ja oglądając ten film zadałam sobie pytanie: kim jest Sauron w tym filmie i dlaczego mamy się go bać? Na początku jest wielkoludem w zbroi, któremu obcinają palec, i znika. I ponieważ później go nie widzimy, tylko to oko, to - jak rozumiem - on jest tym okiem. Ja nie jestem w stanie się bać tego oka. W "Powrocie Króla" to oko jest groteskowe. Nie mówiąc już o tym, że odwracanie oka polega na tym, że ono jak latarnia morska zwraca się ku Aragornowi. I kto to jest? Ten straszny Sauron, najpotężniejsza istota w Śródziemiu, o czym jednak z filmu wiem, jest taką gałką, która zmiata przestrzeń jak latarnia i w kompletnie pustym Mordorze nie widzi dwóch hobbitów. Wybaczcie, ale po prostu nie ma się czego bać. To jest groteska.

Michał Leśniewski: Mogę tutaj coś dodać? Mnie się akurat "szperacz" nie podobał. U Tolkiena też tak jest, że Sauron skupia całą uwagę na armii stojącej w wrót Mordoru.

Zofia Stanecka: Tak, ale nie na zasadzie wzroku fizycznego.

Michał Leśniewski: Zgadzam się, że to jest źle skonstruowane.

Zofia Stanecka: I o to mi właśnie chodzi, że to jest źle skonstruowane. Zastanawiałam się, jak to pokazać. Można to pokazać poprzez grę aktorów. Nie wiem, nie jestem reżyserem. Być może to było zrobić za pomocą oka na wysięgniku. Tylko że w momencie, gdy się wprowadza taki promień, który omiata przestrzeń, i to wyłupianie, to jest zła wizualizacja. Mnie to się też nie podoba, ale powiedzmy, że w "Dwóch Wieżach" to oko w palantirze może kogoś przestraszyć, może ta metoda wizualizacji dla kogoś ma swój urok. Ja się tego nie boję. Inna rzecz: jeżeli Sauron uciekł z tej zbroi, to jest albo tym okiem, albo duchem. Jeżeli jest duchem, to dlaczego on nie przejął Pierścienia, gdy on tak leży na tej lawie, i leży...? Przecież o wszystkim się zorientował w momencie, gdy Frodo założył Pierścień na palec. A jeżeli jest fizyczną istotą...? Nie wiadomo, kim jest Sauron.

W tym momencie nastąpiła krótka dyskusja na temat wyglądu duchów. Padł argument, że duchów w ogóle nie widać, gdyż z założenia są niewidzialne. Niestety, nie zyskał on sympatyków. Po burzliwej wymianie zdań powrócono do głównego tematu.

Agnieszka Sylwanowicz: Mam dwie kwestie. My tutaj dyskutujemy na temat półproduktu. To nie jest oczywiście usprawiedliwienie, natomiast widzimy, że tam zieją takie luki, że to już nie są przepaście, tylko rowy mariańskie. Pełną dyskusję moglibyśmy przeprowadzić dopiero, gdy zobaczylibyśmy rozszerzoną wersję. Bo to, że przedostatni raz widzimy Faramira, jak zostaje zrzucony ze stosu, a ostatni raz, jak stoi przy Eowinie - to wiadomo, że w międzyczasie musiało się coś zdarzyć i to musiało zostać pokazane. Nie wiem, czy troszkę nie kopiemy leżącego i nie pozwalamy mu stać. To jest kwestia formalna. Chciałam jeszcze powiedzieć o Frodzie, że on jest taki bezwolny, że w końcu zaczyna działać... Ja to samo wrażenie mam, niestety, z Aragornem. Kiedy rzuca się w wir walki w Helmowym Jarze, kiedy rzuca się ze statku do bitwy na polach Pelennoru, ja w końcu odetchnęłam. Nareszcie się rusza, nareszcie działa! Wcześniej tylko chodzi i smęci, waha się. Ja bardzo nie chcę, by król, największy człowiek w Śródziemiu, budził mój zachwyt swym działaniem fizycznym, ja chciałabym go kochać za jego mądrość, sprawiedliwe postępowanie. A nie, ja się cieszę, gdy on zaczyna machać mieczem. Nie podoba mi się. To znaczy podoba mi się, jak macha, ale nie podoba mi się, że mi się to podoba.

Prof. J.Z. Lichański: Jedno zdanko, zanim kogoś dopuszczę do głosu. Chyba ze wszystkich państwa jestem jedyną osobą, która widziała już część zdjęć, które nie weszły do filmu. Otóż jest fenomenalna scena w filmie, która została wycięta - i to pokazuje, niestety, że Jackson jest głupi - wspaniała scena płaczu Eomera nad ciałem Theodena i - w tym momencie wydawałoby się - martwej Eowiny. Ta scena wbije was w fotel. To jest rzeczywiście zrobione genialnie. Można by było darować sobie Legolasa biegającego po mumakilu i dać tę scenę.

W tym momencie nastąpiła krótka dyskusja na temat scen, które z powodzeniem można by było sobie darować, a których okazało się bardzo dużo. Po kilku chwilach dyskutanci wrócili do głównego wątku.

prof. J.Z. Lichański: Teraz odpowiem państwu, dlaczego, moim zdaniem, pewne sceny w tym filmie są źle zrobione. To jest to samo, co się stało w I i II części "Gwiezdnych wojen": nie można grać do niebieskiego tła. Wspaniała scena, która robi w filmie wrażenie, scena szturmu i łuczników Gondoru, którzy strzelają do idącego taranu, jest niestety robiona na tle niebieskiego ekranu. Oni stoją i gapią się na niebieski ekran. Ta scena nie może zrobić wrażenia.

Karolina Stopa: Mam taką uwagę: błędem było zatrudnienie przy realizacji filmów malarzy, którzy mają konkretną wizję. Podam przykład mumakili. Na obrazie Johna Howe'a mamakile wyglądają bardzo dobrze, jednak obraz jest czymś innym niż film - w obrazie jednak nieprawdopodobieństwo może być przyjęte. W momencie gdy przenosimy to wszystko na ekran, zaczyna to się sypać. Na przykładzie Minas Tirith widać, że to jest sztuczne miasto, jest makieta, która składa się z jednej długiej ulicy położonej na totalnym pustkowiu i niczego więcej. Scena, która zrobiła na mnie pewne wrażenie, jest to scena przed Morannonem, która jest bardzo logiczna - piękna przemowa Aragorna do wojska i później atak na bramę. W momencie, kiedy widać, że żołnierze się boją i on się boi, to jedyną szansą na podniesienie ich morale nie jest zachęcenie ich do obrony, ale atak.

Katarzyna Aust: Tylko że zginą w ciągu minuty.

Z sali: Ja wrócę do scen z Frodem. W momencie, kiedy Gollum odgryzł Frodowi palec z Pierścieniem, przypomniała mi się poprzednia scena, początkowa. Sauron na początku traci palec, na końcu Frodo traci palec. Ale chciałam wrócić do postaci Eowiny, która mi się totalnie nie podobała. Moim zdaniem, była niekonsekwentna. Na początku jest pokazana jako dziewoją, zakochana, dobra córka, po czym nagle siada na koń - a nie była od początku pokazywana jako harda kobieta. Była scena, w której ona już siedzi z Merry'm na koniu i widać jej przerażone oczy, jakby mówiła: "Co ja tu robię?". Po czym jedzie na bitwę, siecze tam mieczami - po prostu Walkiria. Poza tym ona małym mieczykiem przecina głowę nazgula bez problemu, jak masło. Moim zdaniem ten nazgul w ogóle nie budził żadnej grozy, pomachał sobie tą swoją buławą, po czym następuje krótka przemowa Eowiny o tym, że jest kobietą, po czym... A, jeszcze ostatnia rzecz. Chodzi mi o postaci Gimliego i Legolasa. Nie są oni pokazywali jako ważne postaci. W pewnym momencie, zaczęłam się zastanawiać, czy to jest część Drużyny, czy to są postaci komiczne. Tak jak Aragorn z Arweną tworzą wątek miłosny, tak Legolas i Gimli tworzą wątek komiczny. A, i jeszcze jedna rzecz. Czytałam w internecie różne wypowiedzi i ktoś powiedział, że armia umarłych jest zrobiona beznadziejnie, że to jest najazd ghosbusters.

Katarzyna Aust: Chcę nawiązać do wypowiedzi dotyczącej płonących stosów na wierzchołkach gór, mało prawdopodobnych szarży itd. Jest coś w dziełach filmowych, co można nazwać "założonym poziomem niekompetencji odbiorcy". Jeśli oglądamy scenę, w której dajmy na to dwóch rzymskich legionistów rąbie się na gladiusy, to ktoś może powiedzieć, że to nieprawda, bo wtedy na gladiusy się nie rąbano, gladius służy do pchnięć. Zauważy to paru dobrych historyków. W którymś momencie musimy przestać wchodzić w detale. Ale Jackson bardzo, bardzo nisko tę poprzeczkę postawił. To jedna rzecz. Druga sprawa. To, co wcześniej mówiliście o Gandalfie - jak obniżona została ta postać. Ja chcę jeszcze powiedzieć o jednej postaci obniżonej - nazgula. Niestety, znowu porównuję z książką, ale tłumaczę, dlaczego. W książce mieliśmy nazgula straszliwego. W filmie - i od tej pory mówię o filmie - na samym początku mamy tajemnicze postacie, które są groźne. Zapowiadają swoje przybycie. Oczekiwałam, że ten groźny nazgul przybędzie i w jakiś sposób zmieni losy bitwy... Oczywiście, reżyser ma prawo do wycięcia scen. Ale nazgul został zapowiedziany, że się pojawi. A w czasie bitwy widzimy tylko, że ich bestie porywają po kilku ludzi i rzucają o ziemię. Nazgule nie robią złego, nie widać ich grozy - ludzie uciekają, ale uciekają nie przed samymi nazuglami, ale dlatego, żeby się nie dostać w te szpony, zresztą uciekają przed wszystkim. Wódz Nazguli też nie robi niczego, czego można się było bać, poza tym, że grzecznie się zjawi, by zginąć z ręki Eowiny. Gandalf ma pojedynek na spojrzenia, ale... z wodzem orków. Gdzie jest groza nazgula? Przecież to najstraszliwszy sługa Saurona! Nie dowodzi armią, nie niesie grozy, nie rozwala bramy Minas Tirith - w porządku, nie chcę konkretnych scen z książki, chcę tego, co ma mi dowieść, że on jest groźny. Teraz co do Eowiny i sceny z nazgulem - tu leży polskie tłumaczenie, bo w jednym miejscu czytamy: "Żaden człowiek nie może mnie zabić", po czym Eowina stwierdza: "Ja jestem kobietą". Zresztą nie ma tu żadnego zaskoczenia, od początku o tym wiemy: nie ma żadnego Derhelma. Ale znowu porównuję film z książką. Teraz jeszcze jedna rzecz, ciągle dotycząca nazgula. Scena oryginalna byłaby niesamowicie filmowa. Co otrzymujemy? Gandalf mówi: "Jesteście żołnierzami Gondoru, cokolwiek nie przejdzie przez bramę, zostańcie na swoich pozycjach". Ostatecznie przez bramę przejeżdża... taran.

Z sali: Wszyscy tu się po prostu czepiają. Dzieła sztuki filmowej nie odbiera się tak samo jak książki naukowej. Zadaniem Jacksona nie było tutaj przedstawienie wszystkich związków przyczynowo-skutkowych, logicznych. Ja tu nie bronię tezy, że postaci nie powinny być spójne. Oczywiście, że powinny być spójne, ale nie są. Chodzi mi o to, że pewne sceny, w których doszukujecie się nielogiczności, np. jak Eowina mogła zarąbać taką bestię takim mieczem, nie są istotne, nie jest zadaniem filmu tłumaczyć takich rzeczy. Zadaniem tego filmu jest wzbudzić w nas pewne emocje związane z tą sceną. Moim zdaniem emocje zostały wzbudzone.

Katarzyna Aust: Po prostu: czy czytając książkę, czy oglądając film fabularny, oczekuję fabuły. Fabuła jest łańcuchem wypadków wynikających z jeden z drugiego.

Michał Leśniewski: Co do tej schizofrenii Theodena - kompletnie się nie zgadzam. W drugiej części Theoden ma swoją przemowę: "Gdzie był Gondor?" To, wbrew pozorom, jest logiczne. To mówi człowiek, który zawiódł się na sojuszniku. To jest niezgodne z książką, ale logiczne - tak, zawiódł się. Theoden zadaje pytanie: "Dlaczego ja mam iść z pomocą, jeżeli sojusznik mi nie pomógł?" Pytanie jest jak najbardziej uzasadnione. Później zmienia to zdanie - to też jest prawo człowieka. Nie ma tu żadnej schizofrenii, jest logiczna konsekwencja.

Z sali: On nie tyle zmienia swoje zdanie, ile następuje moment, kiedy może okazać swoją wielkość.

Michał Leśniewski: Dokładnie. I tu nie ma żadnej niekonsekwencji.

Z sali: Bo Theoden dochodzi do wniosku, że nie pomaga tylko Gondorowi, ale także samemu sobie.

Michał Leśniewski: Tutaj mnie się bardzo podobała przemowa Aragorna, a jeszcze bardziej Theodena. Przemowa gockiego wodza, który jak barbarzyńca w dawnych czasach nie patrzy, czy sukces jest możliwy - on jedzie walczyć. Ten okrzyk: "Śmierć!" jest okrzykiem przejmującym.

Agnieszka Sylawnowicz: Ja bym to wzmocniła: on jedzie nie tylko walczyć, on jedzie na śmierć.

Urszula Lip: W związku z tym chcę zadać pytanie, bo nie pamiętam: czy w filmie między Gondorem a Rohanem był sojusz? Czy w ogóle jest o tym mowa?

Michał Leśniewski: Jest. Ale nie pamiętam, czy wprost.

Urszula Lip: Jeżeli w filmie byłby wcześniej mowa o takim sojuszu, to Theoden postąpił bardzo niegodnie, zadając takie pytanie. Tak nie mówi rycerz.

Michał Leśniewski: To nie jest rycerz. Nawet u Tolkiena to nie był rycerz. "Władca Pierścieni" nie jest eposem rycerskim, jest to epos czasu przedrycerskiego, to nie jest chanson de cheste.

Urszula Lip: Oczywiście, że Theoden jest rycerzem. Powinien wiedzieć, co to jest honor.

W tym miejscu nastąpiła gwałtowana dyskusja na temat tego, czy Theoden jest rycerzem w rozumieniu średniowiecznym, czy też nie, i czy przystoi rycerzowi narzekać na sojuszników, czy też nie, po czym dyskutanci wrócili do Froda i jego galaretowości.

Michał Leśniewski: Zgadzam się, Frodo w pierwszej części jest tobołkiem i po kolei jest noszony przez różne osoby. Trzeba jednak przyznać, i to była druga scena, poza tą, w której wyciąga miecz i siecze pajęczynę - to scena, w której ogłasza, że przejmuje Pierścień. Ja zauważyłem, że ta scena jest dokładnie tak samo skonstruowana jak scena z Isildurem w pierwszej części. Sam mówi te same słowa co Elrond i ma podobną minę, a Frodo mówi te same słowa co Isildur i ma podobną minę. I takie spięcie klamrą bardzo mi się podobało. Mogę się zgodzić, że prawie przez cały film Frodo jest tobołkiem i jest to rzeczywiście jeden z zasadniczych zarzutów, ale to spięcie klamrą jest zabiegiem, który się udał. To jest kolejna rzecz. Można by pewnie mówić o wielu szczegółach, np. deptaniu mumakila. W książce też nikomu nie przeszkadza, że Legolas idzie po śniegu i nie zostawia śladów, to też jest wbrew fizyce - jeśli mamy być konsekwentni, to bądźmy konsekwentni do końca. Nie podobały mi się te sceny, o których był wcześniej mowa, ale tylko dlatego, że są niepotrzebne, ale to zupełnie inna sprawa. Natomiast podobało mi się spuentowanie tego przez Gimliego. Być może jestem prymitywny, ale moje prawo. Jackson w tym momencie nabija się sam z siebie i to doceniam. I na koniec - bo i tak wszyscy uważają inaczej - nie widziałem lepszego filmu fantasy i zdaje się, że lepszego nie obejrzę.

W tej chwili nastąpiła burzliwa i gwałtowana dyskusja na temat najlepszego filmu fantasy. Padały różne tytuły, m.in. "Willow", "Ladyhawke", "Conan". Propozycja ogłoszenia "Wiedźmina" najlepszym filmem fantasy spotkała się z żywiołową reakcją, co skutecznie udaremniło dalszą dyskusję na temat tego wątku.

Z sali: Chciałem zauważyć, iż nie możemy winić Jacksona za te wycięcia, bo z reguły w przemyśle filmowym jest tak, że za cięcia odpowiada producent, a reżyser stara się jak najwięcej przepchnąć. Pamiętajmy, że Miramax pozwolił Jacksonowi tylko na jeden film trzygodzinny, a więc Jackson poszedł do New Line Cinema z prośbą, by mu pozwolili zrobić dwa filmy trzygodzinne. Tam mu zaproponowali trzy filmy dwuipółgodzinne. Po sukcesów pierwszych dwóch części trzecia została wydłużona do trzech godzin. Jackson wytargował jeszcze 20 minut. Powinniśmy się cieszyć, że się tyle udało w tym filmie pokazać, a nie że coś zostało wycięte. Aczkolwiek, tak jak o tym mówiliśmy wcześniej, za bardzo widać te wycięcia, ale za to winiłbym producenta.

W tym momencie nastąpiła dyskusja na temat tego, czy Jackson jest wielką figurą w przemyśle filmowym i czy posiada takie umiejętności w dziedzinie sztuki przekonywania, że w ogóle mógł przeforsować więcej godzin swojego filmu.

Katarzyna Chmiel: Bardzo istotne jest, ile scen nie weszło do filmu, ponieważ od razu rodzi pytanie, do jakiego stopnia Jackson mógł czuwać nad tym, co weszło do tego filmu. Bo skoro się pod nim podpisał, to znaczy, że to zaakceptował. Jeśli wielka dżdżownica na początku filmu jest ważniejsza niż Domy Uzdrowień... Chodzi mi o całą retrospekcję z Deagolem i Smeagolem. Jest bardzo fajna, ale rozbija całą narrację trzech filmów, bo przejścia z pierwszego do drugiego filmu są bardzo płynne. Kończą się "Dwie Wieże", kiedy bohaterowie patrzą na Śródziemie i mówią: "Oto nadciąga bitwa". Teraz wyobraźmy sobie, że siedzimy w kinie, oglądamy to wszystko naraz, bo to miał być jeden film...

Z sali: Ja bym chciał tutaj dopowiedzieć. Tej sceny nie było w pierwszej wersji, która została nakręcona trzy czy cztery lata temu - ona została nakręcona dopiero między projekcją "Dwóch Wież" a "Powrotem Króla". "Powrót Króla" zaczynał się od sfinalizowania historii z Sarumanem - że on zostaje zabity w tym Orthanku. Jackson po obejrzeniu tego stwierdził, że nie może zaczynać trzeciej części od zamknięcia jakiegoś wątku, bo to mu nie pasuje. To jest decyzja Jacksona, że wycięto całą tę scenę, może zobaczymy ją w wersji rozszerzonej. Za to właśnie Christopher Lee śmiertelnie się obraził i zbojkotował premierę. Nakręcono scenę ze Smeagolem i Deagolem, głównie dlatego, by dać Andy'emu Sherkinsowi, który ciężką robotę wykonał jako Gollum, szansę, by mógł się pokazać jako on sam.

Katarzyna Chmiel: Wszystko to pięknie, ale to jest akurat jedna z tego typu scen, której nie zaszkodziłoby dodać do rozszerzonej wersji na DVD, bo film by na tym nie stracił. Zacząć już nawet nie od rozprawy z Sarumenem, bo jeśli miało się z nim stać to, o czym chodziły słuchy w internecie, to może lepiej, że wątek został nierozstrzygnięty. Sam pomysł, by zacząć film tą długą retrospekcją, jest chybiony. Ona trwa chyba z dziesięć minut, z bardzo detalicznym duszeniem. A potem jest od razu przejście do Golluma i mamy następne dziesięć minut jego monologu nad wodą. W związku z tym początek jest za długi, a potem akcja pędzi i Jackson nie ma czasu pokazać, dlaczego Eowina, która niemal umiera przy Theodenie, nagle uśmiecha się i żyje, i dlaczego Merry, który mówi do Pippina: "Czy mnie pochowasz?", nagle uśmiechnięty i zadowolony jedzie za Eomerem do bitwy. Z powodów niewyjaśnionych mamy króciuteńki kawałek narady w Minas Tirith. Nie wiemy, czy Aragorn się tam ogłosił jako król - chyba tak, skoro siedzi na tronie namiestnikowskim i mówi, że teraz idziemy bić się za Froda. No i idą bić się za Froda. Zresztą wyjeżdża w stroju królewskim. Mnie jedno rozbawiło - zaraz po dramatycznej przemowie Aragorna, kiedy on się odwraca do swoich żołnierzy i mówi: "Za Froda", moja wredna wyobraźnia podsunęła mi wizję tych wszystkich żołnierzy, który spoglądają na siebie ze zdziwieniem i mówią: "Za kogo?!"

Agnieszka Sylwanowicz: Przepraszam, on to mówi tylko do swoich najbliższych przyjaciół.

W tej chwili nastąpiła gwałtowana dyskusja na temat tego, do kogo właściwie zwracał się Aragorn, gdy rzucał hasło: "Za Froda!". Szczególnie dużo uwag padło na temat min, które robił Aragorn, oraz tonu, jakim te słowa wypowiedział.

Agnieszka Sylwanowicz: Chciałam powiedzieć o tym początku, że nie można zaczynać zamknięciem wątku. Jak to nie? Przecież Jackson całość wymyślił jako trzy filmy. Pierwszy kończy się tak, że osoby, które nie znają książki, wychodzą z kina i pytają się, dlaczego to się tak głupio skończyło? Moim zdaniem byłoby bardzo w porządku, gdyby na początku jakiś tam wątek został zakończony. Poza tym co do montażu: wstępny montaż trwał sześć godzin. Jak dostaliśmy trzy dwadzieścia, a było sześć, to aż strach pomyśleć, co wyleciało. I chciałam też dodać, że chociaż na różne rzeczy się wściekam, to są drobiazgi, bo ja po prostu kocham książkę i chciałabym kochać film, i to tylko z miłości takie czepianie. Chciałabym, żeby rzecz ulubiona była idealna. Ale też zgadzam się z Michałem, że w tym filmie są fantastyczne klamry spinające: scena nad Szczelinami Zagłady, z palcem Saurona i palcem Froda itd., z tym refrenem, że Faramir może okazać swą prawdziwą wartość - to są bardzo ważne rzeczy i drobiazgi. Ja uwielbiam cytaty z Tolkiena, które Jackson wsadza do filmu - nie w tych miejscach i nie od tych osób, np. że Aragorn śpiewa słowa Elendila, to jest po prostu fantastyczne. To jest jeden z przykładów. W rozmowie Aragorna z Elrondem są rozbite na obu słowa matki Aragorna, że sobie nie zostawiam nadziei, zostawiam ją ludziom. Natomiast jest jeden okropny zarzut pod względem tłumaczenia, to już raz ktoś powiedział. Np. czytamy, że Aragorn ma osłabione serce, że "strach osłabił moje serce". A było tak: "Widzę w waszych oczach strach, który chciałby zawładnąć moją duszą". To jest zupełnie co innego. Ja sobie nie życzę, by mnie, jako widzowi, dawano coś takiego, że Aragorn się przyznaje, że ma osłabione serce.

Kinga Kwaterska: Jeśli chodzi o tłumaczenie, to tam był jeszcze jeden moment, w którym Gandalf patrzy z murów na wojska Mordoru i mówi: "I wreszcie się doczekaliśmy". W tym kontekście wychodzi na to, że się po prostu cieszy z tego faktu! Gdyby powiedział: "Nareszcie nadeszło" albo "nareszcie to się stało" - at least.

Katarzyna Chmiel: Jest scena, która powala - to ta w namiocie Theodena. Theoden mówi: "I'll take my leave", co oznacza "Zostawiam was samych". A filmie czytamy: "Przyszedłem się pożegnać".

W tym miejscu nastąpiła dyskusja na temat sceny przy Morannonie i (bez)sensownego poselstwa Aragorna do wrót Morannonu. Po burzliwej wymianie zdań dyskutanci powrócili do rozważania kwestii dziur w scenariuszu.

Urszula Lip: Czy warto w takim razie dystrybuować film, który ma tyle luk?

Michał Leśniewski: Dlatego, że tego, kto decyduje o dystrybucji, na myśl o tym, że film mógłby trwać cztery godziny, szlag trafia, bo w tym czasie może puścić trzy inne filmy. I niestety, czy nam się to podoba czy nie, musimy się z tym liczyć.

Urszula Lip: Ja chciałam się wypowiedzieć a propos prawdopodobieństwa w tym filmie. Mnie nie razi, gdy widzę olifanty wielkości machin z "Imperium kontratakuje", natomiast razi mnie bardzo scena z taranem. On jest niepotrzebny, bo wystarczyłoby rzucić parę kamyków, żeby ten mur Minas Tirith rozwalić. I takich kwiatków jest więcej, łącznie z moją ulubioną sceną z pierwszej części w Morii z orkami łażącymi po ścianach. Stawiam pytanie: dlaczego później orkowie po tych ścianach nie łażą? Jedna z przedmówczyń powiedziała, że diabeł tkwi w szczegółach. To prawda, jeśli takich szczegółów jest dużo, to one rozbijają spójność filmu. Nie mogę się wczuć w klimat filmu, jeśli widzę dwunastometrową machinę miotającą głazy wielkości tego pokoju. To jest według mnie poważna niekonsekwencja. Jeszcze chciałam się wypowiedzieć a propos Eowiny. Uważam, że ta postać jest bardzo konsekwentna. Od samego początku przepełnia ją miłość do Aragorna, to widać gołym okiem, i jedzie na wojnę - tak mi się wydaje - ze względu na Aragorna. I może również po to, by bronić swojego kraju. I ważne jest to, ze ona się cały czas boi, ale konsekwentnie dąży do celu.

Prof. Lichański: Przepraszam, że wejdę w słowo. To jest pomylenie cytatów. Eowina wypowiada podobne słowa w książce, ale wtedy, gdy Theoden każe jej zostać w Edoras. Ona wtedy mówi to do Aragorna. Czyli odwrócenie sytuacji. Wtedy pełna motywacja zachowania jest jasna, a tutaj nie do końca.

Katarzyna Aust: Jest coś, co tłumaczy strach Eowiny. W książce Eowina jechała po to, by zginąć. Natomiast Eowina w filmie jedzie po to, by walczyć i się bronić, i jest po prostu przestraszona. Tylko potem zostaje superwojownikiem.

Kinga Kwaterska: Ja też chciałam powiedzieć coś o Eowinie. Też uważam, że ta postać jest konsekwentna i ładnie pokazana. Jest to jedyna postać, którą ja rozumiem w filmie. Rozumiem, że ona kocha Aragona i za nim jedzie. Według mnie jedzie także na wojnę po to, by bronić Theodena, którego kocha jak ojca - i to jest jasno pokazane. Widać, że się boi, ale walczy i jest dzielna. Natomiast chciałam obronić Legolasa i Gimliego, którzy są straszni we wszystkich trzech częściach. Bo, niestety, bohaterów jest bardzo dużo i nie można ich pokazywać ciągle. W trzeciej części oni głównie się bili, więc można ich było pokazać w scenach bitewnych. Jest jednak scena, która mi się podoba - to ta scena, którą ktoś tutaj cytował. Gimli mówi: "Nie myślałem nigdy, że zginę przy boku elfa". A wtedy Legolas odpowiada: "A może przyjaciela?" Jest to jedyna scena, przy której się wzruszyłam, i kiedy wiedziałam, za co oni się biją i za co umierają. I to są postaci, które ja podziwiam.

Urszula Lip: Bo w końcu się pojawił patos! W tym filmie nie ma wiele patosu. Jackson ma problemy z wywołaniem emocji u widza właśnie z tego powodu. Sceny patetyczne są bardzo ograniczone. Jest piękna scena, która zostaje później skopana, kiedy Faramir ze łzami w oczach pyta: "Chciałbyś, ojcze, żebym zginął?" a Denethor odpowiada: "Tak". Gdyby było więcej scen w takim duchu, film byłby na pewno lepszy. Chodzi mi o takie sceny, jak ta w książce, gdy Eomer i Aragorn spotykają się podczas bitwy i Aragorn mówi: "A więc spotkaliśmy się znów, chociaż nas rozdzieliły wszystkie zastępy Mordoru" itd. Chodzi mi o to, że w filmie te patetyczne sceny zostały zastąpione przez elementy rozrywkowe i komediowe.

Michał Leśniewski: Ja się nie zgadzam z tym twierdzeniem, które ciągle tu pada, że w ludziach ten film nie wzbudza emocji. Być może w ludziach tu obecnych. Byłem dwa razy w pełnym kinie i słyszałem osoby płaczące, chlipiące. I wiem, że tak reagowały osoby, które dobrze znają książkę i które się nią fascynują. Więc może nie przenośmy tego na ogól odbiorców. Może jestem głupi, ale ja także miałem łzy w oczach.

Urszula Lip: Powiedzmy sobie jedno: film wzbudza olbrzymie emocje u wielu ludzi i u krytyków również, to prawda. Ja nie wiem, dlaczego, i prawdę mówiąc, nie rozumiem tego, bo u mnie wzbudza emocje, ale negatywne.

Agnieszka Sylwanowicz: Czy przy pierwszym filmie też nie miałaś pozytywnych relacji?

Urszula Lip: Już druga część wywołała u mnie złość, kiedy oglądałam pewne sceny - np. scena w lesie Fangorn, kiedy Aragorn mówi na widok starca w bieli: "Strzelaj pierwszy, bo rzuci na nas czar". Tego typu sceny bardzo mnie irytowały, ale jeszcze mogłam je znieść, bo miałam nadzieję, że w trzeciej części Jackson jakoś to poskłada. Jednak podczas oglądania trzeciej części wszystko we mnie się burzyło. Ja w ogóle nie odczuwam sympatii do tych bohaterów przez to, że się tak zachowują, jak się zachowują. Ich zachowanie nie przystoi osobom, które wcześniej deklarują takie uniwersalne wartości jak dobro, przyjaźń, walkę ze złem... Wcześniej mówi się o tym, że "musimy zniszczyć Pierścień, musimy, musimy!" Ale jakimi środkami? Tu stawiam pytanie: jaką drogą pójdziemy? Oni idą drogą, której ja nie mogę zaakceptować. Bo walenie kijem po głowie namiestnika Gondoru to nie jest droga, po której powinien kroczyć czarodziej, mędrzec i mentor. To we mnie wzbudza negatywne emocje.

Zofia Stanecka: Ja jednak przyłączam się do głosu Agnieszki, że wbrew temu, że mówiłam o wadach tego filmu, to gdy sobie oddzielę film od książki, uważam, że to jest dobry film. Pierwsza część podobała mi się bardzo, mimo różnych rzeczy, z którymi się nie zgadzałam. Do drugiej części miałam kilka zastrzeżeń, ale ponieważ postanowiłam lubić ten film, te zastrzeżenie sobie odłożyłam na bok. W trzeciej części miałam kilka takich scen, które mnie po prostu przejęły grozą, ale nadal lubię ten film w całości, ponieważ liczę na to, naiwnie, że w wersji rozszerzonej będzie lepiej. Niemniej jest parę rzeczy, których nie jestem w stanie kupić, w tym Gondor i Denethor. Uważam, że we wszystkich trzech filmach jest kilka rzeczy, które wzniosły film na taki poziom, który jest trudno osiągnąć w innej produkcji - chodzi głównie o wizualne efekty. Spoglądam na ten film i zadaję podstawowe pytanie: o czym on jest? Podpisuję się pod tym, że jest to film o bohaterach, którzy wyruszają w drogę z trudnym zadaniem i coś się w nich zmienia. Pierwsza cześć generalnie jest o hobbitach. Druga część jest o Aragornie i ludziach. A o czym jest trzecia część? O Gollumie, sądząc po pierwszej scenie, ale potem tego Golluma nie ma. Więc o czym jest? O Gollumie, i o bitwie, o dwóch rzeczach, którymi Jackson się zachłysnął. To jest ostro postawione. Owszem, jest również o Samie. Ale już nie o Aragornie, on gdzieś ginie. Druga część pozwalała nam przypuszczać, że "Powrót Króla" będzie zwieńczeniem tego wszystkiego, co zostało w "Dwóch Wieżach" zasiane. Nie jest to Powrót Króla, niestety, nawet przy moim całym życzliwym nastawieniu do tych filmów. Jest to poważny błąd. I jeszcze jeden kamyczek dorzucę a propos Golluma: jest to błąd sztuki filmowej, jeśli film zaczyna się od dżdżownicy i ona nic nie znaczy.

W tym momencie nastąpiła ostra wymienia zdań na temat dżdżownic i ich związku ze sztuką filmową oraz znajdowania Pierścienia w różnych miejscach. Potem rozmowa przeszła na Aragorna i wyniknął problem, skąd wiedział w filmie o Ścieżce Umarłych. Po długiej debacie związanej z problematyką Czarnych Okrętów i ich wypatrywaniem na Andiunie, dyskutanci zmienili wątek.

Katarzyna Kuciel: Jeszcze jedna sprawa: zagrzewanie do walki przez Theodena Jeźdźców Rohanu. To była piękna scena i Theoden był rzeczywiście władcą. Tak jak mi się nie podobały te wszystkie poprzednie sceny, tak tutaj zagrał władcę, który się przebudził.

Urszula Lip: Bo to było patetyczne. Aragorn także potrafił posłużyć się patosem, np. w tej scenie w Grocie Umarłych, gdy rozmawia z ich królem. Wtedy dopiero zobaczyłam, że to jest król.

Katarzyna Chmiel: Tylko, niestety, tego jest tak mało! Ja też tutaj znajduję pozytywnych emocji co niemiara, chociaż one opadały z każdą częścią. Pierwszą przeżyłam niezwykle, uważam, że scena śmierci Boromira była bardzo przejmująca. Ja oczekiwałam tego w dalszych częściach. Skoro tutaj miałam przedsmak, to myślałam: mój Boże, jaka będzie ta konfrontacja Gandalfa z nazgulem w bramie Minas Tirith! W pierwszej części w scenach z nazgulami - nabrałam strasznego apetytu, ponieważ Jackson potrafił pokazać grozę, np. kiedy idzie zimny podmuch poprzez liście i wiadomo, że coś się zbliża.

Urszula Lip: Właśnie. Ja myślę, że Jackson do końca nie mógł się zdecydować, czy ma to być film pełen grozy, zmierzający w stronę horroru - tak jak to było w pierwszej części, czy skierować się w stronę patosu, głębi. Wyszło z tego takie pomieszanie z poplątaniem, poziom w poszczególnych częściach obniża się coraz bardziej. W pierwszej części były stosowane efekciarskie, proste tricki filmowe - myśmy je w pierwszej naszej dyskusji generalnie skrytykowali - ale teraz widzimy, że to było o wiele lepsze, niż to, co mamy teraz. Pomieszanie pseudofilozofii z efekciarstwem.

Z sali: Ja jeszcze chciałem się wypowiedzieć na temat Boromira. W filmie jego śmierć była pokazana i tak bardzo realistycznie, jeśli porównamy z książką.

Prof. J.Z. Lichański: Kto z nas pamięta scenę śmierci Mifunego w "Tronie we krwi"? Mifune umierał mając w sobie ze czterdzieści strzał. To robiło wrażenie. Tutaj nie mówmy o realizmie. Wyszedł kolega, który tak się upierał co do estetyki. Ta scena z punktu widzenia realistycznego u Kurosawy na pewno była absurdem - japońscy łucznicy ubiliby Mifunego drugą strzałą. Scena jest zrobiona pod efekt.

Urszula Lip: Tutaj chodzi o to, by efekt zrobił na nas tak duże wrażenie, żebyśmy się nie zastanawiali nad sensem. Tego oczekiwałam po "Władcy Pierścieni" - że będą takie efekty, że mnie wcisną w fotel, a ja będę tylko oglądać. Jeśli jednak to było tak zrobione, że co chwila myślałam: Boże, jaka to głupota, bzdura...

Zofia Stanecka: Ja mam zasadniczy zarzut do filmu. Przepraszam, ale muszę teraz porównać z książką. Scena najważniejsza: wrzucanie Pierścienia jest w książce opisane tak, że ja zawsze płaczę i zawsze mam dreszcze. W filmie - wracam do analizy z punktu widzenia sztuki filmowej - jeżeli w filmie ma być głośny efekt, to musi to być poprzedzone milczeniem. A tutaj co mamy? Walka, podgryzienie, spadnięcie, jeszcze Frodo leci, Pierścień leży, tutaj walczą, wali się itd., itd. Nie ma tego efektu. W książce człowieka wciąga w tę wizję, mam wrażenie, że to lej, który mnie wciąga. Myślałam: to jedno Jackson zrobi fantastycznie, wszystko skopie, ale nie to. Mój egzemplarz "Władcy Pierścieni" był z moim ojcem podczas internowania. Po tej scenie z upadkiem Saurona jest dopisek jednego z internowanych: "Ach, dożyć, zobaczyć". Człowiek ma poczucie: tak, skończyło się. A filmie to jest za głośne, za duże zwielokrotnienie dużych efektów. To jest zasadnicze zastrzeżenie do efektu filmowego.

Kinga Kwaterska: A ja się po tej ostatniej scenie spodziewałam tego, że Gollum spadnie, będzie spowolnienie akcji ze spadającym Pierścieniem i Frodo powie: Straciłem go na zawsze.

Urszula Lip: A mnie nic tam nie zaskoczyło. Narracja Jacksona prowadziła ku temu właśnie: efekciarskiemu, a nie efektownemu zakończeniu. Co mogło jeszcze zwielokrotnić efekt? Żeby Frodo wpadł do szczeliny!

Kinga Kwaterska: Poza tym Pierścień powinien spłonąć spektakularnie, a tak się nie stało!

Michał Leśniewski: Uważam - i za to możecie mnie zabić - bezsensem jest to, co jest w książce. Frodo stracił Pierścień i siedzi sobie bezradnie nad tą przepaścią. Przecież Pierścień to jest coś, co budzi żądzę!

W tym miejscu nastąpiła bardzo gwałtowana i ożywiona dyskusja na temat sceny nad przepaścią. Dokładnie zanalizowano trajektorię lotu Golluma, jego okrzyki, a na koniec Katarzyna Aust oczytała stosowny fragment z oryginału. Potem rozmowa przeszła w stronę Kurosawy i jego kunsztu reżyserskiego.

Z sali: Moim zdaniem w całym filmie źle zrealizowane były dwie ważne sceny: ta ze zniszczeniem Pierścienia i, jak sam tytuł wskazuje, powrót króla, czyli koronacja. Przyznam się, nie czytałam trzeciej części książki Tolkiena, ale nawet się cieszę, bo na dwie pierwsze części filmu patrzyłam jak na ekranizację, a trzecią część odebrałam jako film. Z punktu widzenia widza koronacja króla jest czymś niezrozumiałym - tam nie było żadnego festynu, żadnych cieszących się ludzi, a przecież zwyciężyliśmy Saurona, zniszczyliśmy Pierścień, świat został uratowany! Aragorn zostaje ukoronowany, przechodzi między ludźmi, potem całuje się z Arweną - no i koniec.

Urszula Lip: Podejrzewam, że wiem, dlaczego ludzie nie cieszą się w czasie koronacji Aragorna. Jak można się cieszyć z tego, że ma się króla, który przybył na czarnych statkach z upiorami? Co to za tradycja, jaki to symbol? Zresztą z tego, co widziałam w filmie, znaczna część miasta została wysieczona. Poza tym patos sceny książkowej został całkowicie zniweczony. Przypominam: Aragorn przybywa na statkach, wszyscy wyskakują, biegną - ja przepraszam, że znowu porównuję, ale tutaj aż się prosi o porównanie. Przecież ta scena w książce jest niesamowicie porywająca! A w filmie Aragorn z dwojgiem nie-ludzi wyskakuje ze statku na czele upiorów, które rzucają się na... orków. Orków, którzy upiorów mają w swoim Mordorze dziesiątki. Straszyć straszydłami straszydła - to według mnie jest mało sensowne.

Z sali: Nie wiem, czy zauważyliście, że przez cały film Aragorn ma przyciętą bródkę, włoski równo ścięte - a przy koronacji włosy mu nagle urosły, posiwiała broda...

W tym momencie nastąpiła burzliwa dyskusja na temat długości brody i włosów Aragorna, a także, czy to jest kwestia gustu, czy nie. Potem dyskutanci przeszli do omawiania wyglądu Aragorna w ogóle, przy czym najwięcej kontrowersji wzbudziła kwestia, czy Aragorn wygląda jak bandzior i morderca, czy też nie.

Agnieszka Sylwanowicz: Ja chciałabym powrócić do techniki filmowej i nawiązać do tego, co profesor mówił o filmowaniu w czasie rzeczywistym. Mnie się bardzo podobało zwolnienie akcji przez Jacksona po śmierci Gandalfa i wyłączenie dźwięku. To robi duże wrażenie.

W tym momencie nastąpiła bardzo burzliwa dyskusja na temat patetycznych scen śmierci i dyskutanci zaczęli się zastanawiać, co w filmie Jacksona jest, a co nie jest plagiatem.

Kinga Kwaterska: Dla mnie scena z Boromirem jest bardzo wzruszająca, ale do momentu, w którym Boromir mówi: Captain, my captain, my king i od razu przypomina się "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" i chłopcy wskakujący na stoły.

Agnieszka Sylwanowicz: Przede wszystkim jest to cytat z wiersza i Jackson nie powinien tego robić. Powinien zmienić szyk, zrobić cokolwiek - byle nie był to cytat z wiersza.

Kinga Kwaterska: Albo powiedzieć po prostu: mój królu.

Urszula Lip: Ale to jest klasyczna scena umierania i patos jest najważniejszy. Ja bym się tego nie czepiała.

Katarzyna Aust: Ja się od jakiegoś czasu chciałam coś powiedzieć na temat tanich, wizualnych efektów filmowych, które były w pierwszej części, a których w dalszych zabrakło. Jeśli np. pokazujemy wodza w bitwie, to nie pokazujemy, jak on się turla z kąta w kąt ekranu, tylko jak stoi - kamera wycentrowana na nim - a inni podchodzą i odpadają od niego, co potrafił nasz Hoffman w swoich dwóch filmach, co potrafił Kurosawa, co potrafi każdy w głupiej "Xenie". I czego zabrakło we "Władcy Pierścieni". Groza nazguli. Owszem, mamy ją w pierwszej części. Tylko pamiętajmy, kiedy dostajemy pierwszą prezentację nazguli u Tolkiena, fakt, że z drugiej ręki, to jest podejrzany typ, który się dziwnie wypytywał o pana Bagginsa. Coś trochę niepokojącego - tylko dziwny typ. Na samym początku ta groza nazguli jest mocno zawoalowana, przykryta. Jackson zaczął od trzęsienia ziemi, a potem nie mógł zrobić niczego mocniejszego. W rezultacie nazgule w trzeciej części są zupełnie niestraszne. Jedyną groźbą, jaka je niesie, są ich wierzchowce. Co więcej, Pierścień. Jackson od razu zdecydował się pokazać Pierścień straszliwy i w pełnej grozie. W rezultacie nic nie może dodać w trzeciej części, moc Pierścienia ani Saurona nie rośnie. Nie widać w żaden sposób gęstnienia atmosfery.

Urszula Lip: Mnie w tej scenie w wieży zabrakło prostego chwytu z pierwszej części: kiedy Sam w oczach Froda zmienia się w orka. Oczekiwałam, że jakaś groza w tej scenie będzie.

Katarzyna Aust: Właśnie dlatego, że Jackson pewne chwyty już mocno pokazał na początku, wobec czego powtarzanie ich się robi monotonne i nie mógł ich pokazać w pierwszej części. I dlatego w trzeciej części jest już mniej tego, czego powinno być najwięcej: złowrogiego wpływu Saurona. I to nie tylko dlatego, że tak jest w książce, ale dlatego że każde dzieło filmowe, literackie itd kieruje się zasadą, że im bohaterowi bliżej rozstrzygnięcia, tym jest gorzej, ciaśniej ciężej i trudniej.

Z sali: To ja mam tylko taką małą uwagę. Chodzi mi o pajęczycę. Moim zdaniem była bardzo w porządku, natomiast jedna rzecz mnie zastanowiła. Ona łapie Froda i przebija go szpikulcem. Później jak ja sobie zdałam sprawę, co to jest za szpikulec, to myślałam, że ona go trochę podtruła. Ale ona go bardzo mocno dźgnęła, powinna zostać tam jakaś dziura...

Urszula Lip: Ja mam zastrzeżenia tylko do jednego: do wyglądu samej Szeloby. Ona mi się nie podobała. Ja ją sobie wyobrażałam bardziej jako pajęczakowatego potwora niż jako samego pająka. Mnie ten pająk w ogóle nie przeraził, ale może to kwestia subiektywnego odbioru, bo ja lubię pająki...

W tym miejscu nastąpiła dyskusja na temat jadu pająków oraz jego śmiertelności, a potem dyskutanci przeszli do dyskusji na temat wyglądu Szeloby i jej grozy. Stwierdzono przy tym, iż Frodo posiada wędrujące blizny.

Katarzyna Chmiel: Bardzo wiele osób, z którymi rozmawiałam, skarży się na to, że się rozczarowały koronacją Aragorna i brakiem powrotu króla. Kiedy jeszcze raz obejrzałam pierwsze dwie części, zaobserwowałam, że niestety na to się kroiło. Jackson nie czuje autorytetu władzy, nie potrafi tego pokazać, może nie lubi władzy jako takiej - nie wiem, jaki jest powód. Zauważcie, jakie mamy reakcje ludzi we wszystkich scenach, kiedy mamy pokazanych władców. Jest jedna dobra scena z Theodenem, kiedy zagrzewa swoje wojska do ostatniej szarży, jedyna, kiedy patrzę na króla. Ale wcześniej w Helmowym Jarze jest scena, w której Theoden idzie na mury, a jego żołnierze stoją do niego odwróceni plecami i gapią się gdzieś, zwisają smętnie w znudzonych pozach - a obok nich przechodzi król! Zamiast odwrócić się, oddać mu honory - nie ma nic takiego. I jeszcze jedną sceną typową dla Jacksona jest dodana scena w Osgiliath, kiedy to Denethor tam przychodzi, by pogratulować zwycięskiemu Boromirowi. Mamy tłum Gondorczyków, przez który Natmiestnik przepycha się łakociami! Lekko przesadzam, ale tak to odebrałam.

W tym miejscu nastąpiła dyskusja na temat żołnierzy Gondoru, który nie mają określonego podziału obowiązków. Padły przypuszczenia, że tak naprawdę pilnują uschniętego Białego Drzewa, żeby go nikt nie połamał.

Urszula Lip: Ja tutaj widzę pewną niekonsekwencję związaną z biciem lagą Denethora. Żołnierze nie reagują, gdy Gandalf bije ich władcę. Można to różnie tłumaczyć - na listach dyskusyjnych nasłuchałam się wiele różnych teorii na ten temat - że Denethor jest tchórzem, wariatem, że zwolnił żołnierzy ze służby... Z tym wiąże się druga scena, scena z paleniem Faramira. Zauważcie, że żołnierze tam zachowują się dokładnie odwrotnie niż na dziedzińcu: wiadomo już, że Denethor kompletnie oszalał, ale żołnierze teraz stają w jego obronie. I jeśli już porównujemy film z książką, to nie rozumiem, dlaczego w takim kontekście zabrakło postaci Beregonda, która byłaby bardzo filmowa.

Katarzyna Chmiel: Ale to są dodatkowe minuty, z czegoś trzeba było zrezygnować.

Urszula Lip: No tak, ale lepiej zrezygnować z dziesięciu minut dżdżownicy.

Michał Leśniewski: Mnie osobiście bardzo brakuje Beregonda, ale wciskanie kolejnych postaci do filmu nie jest dobre. Do kina nie przychodzą tylko fanatycy, ale także ludzie, który książki nie znają.

Urszula Lip: Mam pytanie do obrońcy. Chodzi mi o tę krótką scenkę z Pippinem, kiedy Pippin oferuje swe usługi Denethorowi, po czym, na wyraźne polecenie Ganalfa, zapala wici, co jest wbrew - sądząc z całego kontekstu - woli Namiestnika.

Michał Leśniewski: On to robi przed przysięgą.

Urszula Lip: Ale przecież oferuje swoje usługi! Ja rozumiem, że to jeszcze nie przysięga, ale to jest deklaracja woli.

Katarzyna Aust: Przysiąg się nie traktuje w tym dziele poważnie.

Urszula Lip: Jeżeli deklaracja głupiego - jak określano Pippina na grupie dyskusyjnej - hobbita, to zwykła bagatela, to przepraszam, ale ja tego nie rozumiem. Bo jeżeli ktoś się deklaruje, że będzie służył władcy, i nagle zaraz potem popełnia zdradę, to to jest dla mnie niezrozumiałe.

Agnieszka Sylwanowicz: Ale jaką zdradę? Gandalf poprosił go o zapalenie wici.

Katarzyna Aust: W tym momencie w ramach dzieła filmowego pojęcia takie jak honor nie istnieją, to jest jak najbardziej wytłumaczalne. Pippin może sobie przysięgać do woli.

Michał Leśniewski: Te pojęcia istnieją, ale są źle przedstawione. Nie są tylko słowami, bo gdyby były tylko słowami, to Theoden nigdy by nie pojechał na pola Pelennoru, Drużyna nie trzymałaby się kupy. My możemy powiedzieć, że honor jest źle przedstawiony w tym filmie, i tu się zgodzę, natomiast honor jest.

Katarzyna Aust: Ja twierdzę, że to nie jest honor. Może na zasadzie takiej: jeśli dwaj żołnierze stoją obok siebie, to ja wiem, że jeśli tego obok mnie zabiją, to ja będę następny, więc mi się opłaca bronić również jego kuperka.

Michał Leśniewski: Nie zgodzę się z tym. Gdyby nie było tej sceny w "Dwóch Wieżach", w której Theoden mówi: Gdzie jest Gondor..., to bym się zgodził. Ale jest ta scena. Theoden ma prawo mięć wątpliwość, nawet ludzie honoru miewają wątpliwości.

Zofia Stanecka: On nie jest człowiekiem honoru, on chce, by go poprosili.

Urszula Lip: Ale tutaj jest jakaś szalona niekonsekwencja! Przecież Theoden sam nie chciał walczyć za swój kraj, Aragorn go do tego zmuszał.

Michał Leśniewski: Tadeusz Olszański zwrócił kiedyś uwagę, że porządki w Shire są integralną i bardzo ważną sceną w książce, bo przenoszą bohaterstwo do tego małego kraju. Ta scena w karczmie, kiedy oni mimo tych wszystkich ludzi są sami. To jest najlepszym dowodem na to, że scena ma sens. Inna sprawa, że w filmie jest nie do pokazania, bo rozbija jego spójność. Paradoksalnie i pewnie przypadkiem Jacksona pokazuje, jak bardzo ważna w książce jest scena oczyszczania Shire. Bohater z daleka staje się naszym bohaterem.

Zofia Stanecka: Chciałam dodać, że rzeczywiście widzę problem z tym zakończeniem. My nie do końca wiemy, dlaczego Frodo czuje się samotny i musi odpłynąć. Frodo mówi: są rany, które się nigdy nie zagoją - i pokazuje na ranę, ale nie ma mowy o Pierścieniu! Jedyna mowa o Pierścieniu jest wtedy, gdy Bilbo się o niego pyta. Jest bardzo dużo okropności w całym filmie, potem jest dużo przyjemnych zakończeń, ale dla mnie Fordo, mimo że się czuje samotny, jest za mało zmieniony, za mało cierpiący, potem odpływa taki uśmiechnięty... Tam nie ma tej goryczy w zakończeniu. Nawet w filmach o Wietnamie to widzimy, np. w "Łowcy jeleni". Dobra, w filmie sobie siedzimy, golniemy sobie piwko, Sam ożeni się z Różyczką i będzie fajnie. Nie ma tutaj goryczy. Teraz co innego. Ja się poważnie zastanawiałam, jak pokazać drogę, którą w książce przechodzi Frodo, środkami filmowymi. Bo my tu krytykujemy, ja to również robiłam, że Frodo jest bierny. Co się dzieje w książce? Frodo zmaga się wewnętrznie, Sam widzi, że jemu jest coraz ciężej - ale to jest bardzo trudno pokazać na ekranie. Myślę, że stąd się bierze np. to, że Gollum judzi Sama na Froda. Nie podoba mi się ta koncepcja, ale rozumiem, że Jackson chciał pokazać w jakiś sposób, wyobrażalny obrazem, zły wpływ Pierścienia. Czy to był jedyny sposób pokazania? Mnie szalenie brakuje tego, że to, że Frodo niósł Pierścień, wyniszczało go również fizycznie. My tego w ogóle nie widzimy. W książce jest taka piękna scena, kiedy Sam patrzy na Froda i mówi sobie: "Kocham go. Prześwieca czasem dziwnie, ale go kocham". My nie widzimy tego cierpienia. Dużo moich znajomych ma zastrzeżenia co do aktora, Wooda, że on nie podołał roli. Ale jak on miał podołać tej roli, jeśli Jackson powiedział: masz być cierpiący. I on jest cierpiący, ale nie zmieniają go fizycznie. Myślę, że była możliwość innego pokazania tego problemu, to jest trudne, ale możliwe. Jackson sobie to wymyślił właśnie tak: że Frodo krzyczy na Sama, zacznie być podejrzliwy, że będzie cały czas galaretą... Ale myślę, że był inny sposób na pokazanie tego i wtedy końcówka, nawet bez porządków w Shire, miałaby sens. Bo on chodząc po tej norce byłby cieniem siebie, a jedyną troską, jaką Frodo ma, jest odcięty palec.

Katarzyna Aust: Ad vocem. Słowa osoby, która nie czytała "Władcy Pierścieni": dlaczego na końcu ten jeden odpływa, a inni nie? Dlaczego tylko ten jeden nie potrafi się przystosować do życia po tych wszystkich bohaterstwach?

Urszula Lip: Nie było tej ważnej sceny, w której Arwena oddaje swoje miejsce na statku Frodowi, więc nie bardzo rozumiemy, dlaczego Frodo odpływa.

Małgorzata Grzechocińska: Mnie się podobały te klamry spinające w filmie i dlatego brakowało mi scen z Shire, ze względu na to, że film zaczyna się i powinien się skończyć w Shire. Zastanawiałam się także, dlaczego nie powtórzono zabiegu z początku filmu, kiedy dużo rzeczy jest opowiedzianych. Ja rozumiem, że nie dałoby się zmieścić porządków w Shire, natomiast może dałoby się o nich opowiedzieć.

Urszula Lip: Ale czy przypadkiem nie ma wcześniej takich sugestii, że jednak w Shire dzieje się coś złego? Bo skąd by się wzięło u Sarumana fajkowe ziele?

Małgosia Grzechocińska: Być może Jackson miał początkowo koncepcję, że może coś zrobić z tym Shire, dlatego pojawia się ta kwestia, ale później nie zostało to wykorzystane.

Michał Leśniewski: Faktem jest, że Jackson zmieniał scenariusz w trakcie kręcenia. Przecież w momencie szarży ze stoku do Helmowego Jaru dwa razy miga źle wycięta Arwena! To przecież dlatego mamy scenę z Aragornem spadającym ze stoku, żeby jakoś wprowadzić retrospekcję z Arweną.

Katarzyna Chmiel: Zauważcie, że w "Dwóch Wieżach" Arwena wyraźnie żegna się z Elrondem, a potem odchodzi w pochodzie z latarenkami, a w "Powrocie Króla" odjeżdża konno. Czy oni tam smętne pochody ćwiczyli?

Katarzyna Aust: Jeśli chodzi o złe wycinanie. Arwena rozmyśliła się, wraca do ojca, który mówi: Już nie ma statku, który mógłby mnie zabrać ze Śródziemia, a potem nagle okazuje się, że jednak statek jest.

Urszula Lip: Na grupie ktoś powiedział, że minęły cztery lata, przez co chciał zapewne powiedzieć, że w tym czasie można było zbudować nowy statek, no a poza tym Arwena nie popłynęła, więc i statek nie popłynął. Inna sprawa: nie było mowy o Trzech Pierścieniach, najwyżej na końcu.

Prof. J.Z. Lichański: Ale nie pokazano ich w momentach ważnych.

Michał Leśniewski: A ja mam głupie podejrzenie, że ten pierścień Gandalfa będzie odgrywał jakąś rolę w czasie pojedynku z nazgulem. Nie będzie pojedynku przy bramie, tylko na murach Minas Tirith.

Katarzyna Aust: Kiedy? Czy w tym czasie, gdy Gandalf raczy Pippina historyjką o życiu pozagrobowym hobbitów? Jeśli tak, to to, co dostaliśmy w kinie, nie jest już wersją skróconą, tylko niektóre sceny z kinowej wersji muszą być wycięte.

Michał Leśniewski: Możliwe, ale proszę zobaczyć, jak to jest w pierwszej wersji. Tam początek w Shire jest kompletnie przemontowany, otrzymujemy zupełnie inny początek, zresztą dużo lepszy.

Prof. J.Z. Lichański: Proszę państwa, jest strasznie miło, ale musimy już kończyć, bo nas zaraz stąd wyrzucą. Ja rozumiem, że dopiero się rozgrzaliśmy. Wydaje mi się, że jednak nie dokończyliśmy tematu. Dobra, film został częściowo obroniony, a częściowo nie, ale wyszło na to, że jesteśmy schizofrenicznie rozdarci. Czy nie warto by w dalszej części naszej rozmowy zastanowić się nad próbą porównania filmu z książką? Bo poruszyliśmy tutaj kilka spraw, które zostały marginalizowane, ale wypłynęły dość ostro. To są sprawy związane albo z dziełem sztuki i co ono ma robić, albo z zachowaniami bohaterów. Moje odwołania do Kurosawy były odwołaniami do pewnego modelu kreowanych postaci przez Mifunego, ale to jest inna kultura. Czy nie warto by się zastanowić nad kwestią porównania, ale w takim sensie - konsekwencji w budowaniu postaci tak jak je widzimy, czy te postaci rzeczywiście są konsekwentne. Mówiliśmy o tym, ale za mało. Pewne rzeczy, które nam się podobają, dla części osób są nie do zaakceptowania. Możemy podjąć wątek związany z możliwością adaptacyjną w ogóle takiego filmu. Czy tak naprawdę my dobrze rozumiemy ten film? Jak my go rozumiemy? Co powoduje, że niektórym z nas, którzy znamy książkę, ten film się podoba? Podam najprostszy przykład i tu nie chodzi mi o różnice w scenariuszu, tylko koncepcje postaci. Scena u brodu Bruinen, która jest kluczowa dla zrozumieniu paru rzeczy. Tam Frodo walczy i to jest moment, którego nam brakowało. To nie jest tobołek. I to jest zmiana. Czy ta zmiana jest uzasadniona? Czy po tej zmianie ta postać jest nadal postacią, która może nas do czegoś przekonać? Tolkienowi o coś chodziło w budowie postaci. Ten temat proponuję na kolejne spotkanie.

Na tym protokół zakończono o godz. 19.30.

©Protokołowała mgr Urszula Lip




wróć do spisu dyskusji