Protokół ze spotkania
Sekcji do Badań Kultury i Literatury Popularnej
Polskiego Towarzystwa Retorycznego
22.01.2003


Dyskusja o filmie Harry Potter i Komnata Tajemnic


Spotkanie odbyło się w dniu 22.01.2003 r. na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego (s. 18). Uczestniczyli w nim, oprócz członków PTR, studenci polonistyki oraz innych wydziałów, a także uczniowie gimnazjum.


Katarzyna Aust: Przedmiotem dzisiejszego naszego spotkania będzie druga część Harry'ego Pottera, film Harry Potter i Komnata Tajemnic. Z filmem obecni się zapoznali, czy to wcześniej, czy później. Otwieram dyskusję.

Hubert Zienkiewicz: Na początek poruszę kwestię problemu architektury Hogwartu - ściany są nadzwyczaj grube, skoro mieszczą się tam rury, w których mieści się bazyliszek takiej wielkości. Jest to niewątpliwie budowla magiczna, ale ściany nie wyglądają na trzymetrowe.

Katarzyna Aust: Jeśli komnata jest ukryta gdzieś pomiędzy wymiarami, to wszystko w porządku. Bohaterowie dochodzą do niej jednak fizycznym przejściem.

Iwona Szop: Sam podziałeś, że jest to budowla magiczna. Główna istota polega na tym, co można pokazać, a czego nie można w filmie fantasy, na ile można sobie pozwolić na takie właśnie nieścisłości, czy też nielogicznego.

mgr Urszula Lip: Wydaje mi się, że sprawa prawdopodobieństwa nie jest tu chyba taka istotna.

Hubert Zienkiewicz: Do pewnego momentu. Rozumiem, że te ściany mają międzywymiarowe korytarze, ale to, jak bazyliszek wyłazi z umywalki, jest nieprawdopodobne - kran był mały.

mgr Urszula Lip: Wydaje mi się, że w ogóle scena finałowa jest bardzo rozbudowana i robi wrażenie wręcz przeciwne do zamierzonego - skumulowanie okropności i zdarzeń staje się nużące i bynajmniej nie robi dużego wrażenia, przytłacza.

Katarzyna Kuciel: Plastykowy feniks.

mgr Urszula Lip: Aga Szurek pisała o gumowym bazyliszku i pluszowym feniksie. Przepraszam, ja już wolę pluszowego feniksa niż komputerowego bazyliszka.

Katarzyna Aust: Pluszowy feniks - to jest dobre określenie i można by je szerzej odnieść. Moja obserwacja: większa część wnętrz Hogwartu, domku Hagrida czy domu Wesley'ów - nie wyglądają jak wnętrza przeznaczone do mieszkania. Jakkolwiek byśmy by tego nie interpretowali, są to kolekcje, owszem, bardzo ładnych gadżetów, ustawionych tak, że trudno zauważyć jakąkolwiek ich funkcjonalność - po prostu są zgromadzone, sztucznie zaaranżowane. Domy nie służą, żeby w nich mieszkać, niezależnie od tego, jaką przyjmiemy konwencję domu. Pewne obiekty powinny znaleźć się w pewnych miejscach. Dom Hagrida wygląda jak izba regionalna.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Jeśli tak, to reżyser wpadł - wpuścił nas w nieszczęsny realizm. Ale czy rzeczywiście to jest takie istotne? W wypadku Władcy Pierścieni kwestia realizmu jest istotna, bo jeżeli w tym filmie pozwolimy sobie na pewne nierealne sytuację, no to pewne rzeczy zaczną się walić i nic już nie uratujemy. Nierealną sytuacją są orkowie w Morii, kiedy w momencie dopadnięcia Drużyny, nagle się wycofują, bo zjawia się Balrog. Grzechem pierworodnym tej sceny jest to, że nie postąpiono tak, jak opisał to Tolkien. Tolkien był realistą i taka scena musi być realistyczna. Natomiast czy tutaj sceny muszą być realistyczne?

mgr Karolina Stopa: Wydaje mi się, że nie. Tak naprawdę nad tymi szczegółami zastanawiamy się dopiero teraz. W momencie, kiedy oglądamy film, to zupełnie nie miało dla mnie znaczenia. Pewna nierealność czy cudowność scen - ona, wydaje mi się, jest wpisana w ten świat. Ważne jest to, że ten cykl jest oparty na scenach coraz bardziej stereotypowych, opiera się na stereotypach w o wiele większym stopniu niż część pierwsza. Hogwart wygląda jak stereotyp bardzo angielskiej szkoły. Mniej istotne jest to, że poszczególne pomieszczenia czy wnętrza wyglądają tak, a nie inaczej, czy rzeczywiście nadają się do zamieszkania. Na to widz nie zwraca uwagi. Bardziej przejmujemy się akcją i wydarzeniami niż szczegółami.

mgr Anika Radzka: Wydaje mi się, że nie pasuje to, co dzieje się na końcu ze Zgredkiem. Dowiadujemy się, że ten skrzat, który był bardzo poniewierany, może znikać, ale na końcu okazuje się, że nagle staje przeciwko swemu panu Lucjuszowi i strzela zaklęciem, które Lucjusza przemieszcza na drugi koniec korytarza. To mi się wydało dużo bardziej nie na miejscu, nie to, jak wyglądają wnętrza. Rowling tłumaczy w następnym tomie całą tę historię o skrzatach domowych, natomiast kto nie czytał książki, a widział film, może dużo bardziej na to zwrócić uwagę. Dlaczego skrzat nic nie zrobił wcześniej?

Katarzyna Aust: Tutaj nie możemy zgłaszać pretensji do reżysera. To są tego typu pretensje co w amerykańskich recenzjach (wybitnie "fanowskich") Władcy Pierścieni: bardzo dużym zarzutem było to dla pierwszej części, że film nie kończy się w żaden spójny sposób.

Katarzyna Kuciel: Nie czytałam Harry'ego Pottera, ale cały film był raczej spójny do tego momentu, w którym bohaterowie zobaczyli pierwszy krwawy napis na ścianie i powieszoną kotkę. Potem to była seria następujących po sobie konwulsji, które pod koniec jakoś się złączyły. Druga część była poszatkowana niemożliwie, dla mnie to w ogóle nie miało sensu, nudziło mnie. Musiałam dużo faktów łączyć, o których połowie w ogóle nie miałam pojęcia, bo są wyłącznie w książce.

Kinga Kwaterska: Jest coś takiego. Ja czytałam książkę, więc to mi się składało na całość, natomiast później zaczęłam się zastanawiać, skąd Hermiona wie o bazyliszku? Jak to się stało, skąd ona wzięła kartkę, jak oni się domyślili, że ona tę kartkę ma? To wszystko było w książce, nie było w filmie. Natomiast największe zastrzeżenia mam do sceny finałowej, nie tylko dlatego, że ona się gubi. Mam takie wyobrażenie - może ono jest błędne - że w książce Harry i Tom byli w jakiejś odległości od siebie. Tutaj stoją obok siebie - zastanawiałam się, dlaczego Harry nie wyrwie mu tej różyczki, skoro stoi obok? Gdy przybywa feniks, obaj patrzą na feniksa - idealna okazja, żeby wyrwać Tomowi różczkę, ale nie, on stoi. Mało tego, pokonał bazyliszka - biegnie i pada na kolana przed Tomem Riddle'em. To było dla mnie zupełnie niewiarygodne. Co ten chłopak w ogóle tam robił? Pytałam osób, które nie czytały książki, jak odebrały tę ostatnią scenę. Mówiły, że Harry Potter był żałosny, bo on nic nie potrafił zrobić. Nawet sam nie wyjął miecza z tiary. Bez sensu.

mgr Anika Radzka: Nic by nie zrobił, bo przecież to Hermiona się wszystkiego domyśliła.

Kinga Kwaterska: Harry i Ron nie znają żadnych zaklęć, zaklęcia zna tylko Hermiona, która jakimś cudem wymyśliła, że w rurach czai się bazyliszek, przyniosła im kartkę, którą oni fartem znaleźli, i później zupełnie przypadkowo Potter pokonał Toma Riddle'a, ale tylko dlatego że przyleciał feniks i pojawił się miecz.

mgr Urszula Lip: Nawiązując do tego wróćmy do wątku Hagrida: przecież wiadomo było, że w zamku coś jest i to nie jest pająk. Według mnie ta sprawa z bazyliszkiem nie była aż tak tajemnicza, można się było domyślić, że coś tam w zamku jest. Owszem, były tam niedociągnięcia logiczne, ale w momencie, kiedy to się ogląda, nie wydaje mi się, żeby to było bardzo rażące.

mgr Anika Radzka: Mnie się ta druga część podobała bardziej niż pierwsza.

mgr Urszula Lip: Pierwsze założenie: nie powinno się tego filmu porównywać z książką, bo znowu się zapędzimy w kozi róg i będziemy mówić, co było w książce, co było w filmie. Mam większy problem w tym filmie, mianowicie: postacie. Według mnie Harry jest zagrany bardzo dobrze, wbrew temu, co mówicie. Scena finałowa jest skopana na poziomie scenariusza, ale nie sam Harry. Mnie się nie podobała Hermiona, ale jeszcze bardziej nie podobał mi się Ron, który jest tutaj błaznem. To jest taka osoba, która nie ma charakteru, robi tylko zbolałe miny. Niepotrzebną i bardzie złą sceną jest ta, w której wali się sufit w podziemiach i Harry zostaje po jednej stronie gruzów, Ron z Lockhartem po drugiej i Lockahart pyta się Rona: "Kim jesteś? Czy ty tu mieszkasz?", na co Ron podnosi kamień i uderza w Lockharta w głowę. W tym filmie ta scena dla mnie była niedopuszczalna.

mgr Agnieszka Kruszyńska: I niepedagogiczna.

mgr Urszula Lip: Na szczęście film ratują dwaj aktorzy angielscy: Kenneth Brannah oraz Alan Rickman. Ale z kolei pani MacGonagall, zapomniałam nazwiska tej aktorki, już jej postać jest zupełnie beznadziejna. Nie mówiąc już o Richardzie Harrisie, który jest bardzo chory (nie doczekał zresztą premiery) - rola położona na całej linii, on po prostu się męczy w tym filmie. Nie mam pretensji do całej akcji, fabuły - chociaż niektóre sceny poszły za bardzo w stronę konwencji horroru, były przeładowane napięciem, jak np. z pająkami. Wbrew temu, co pisała Agnieszka, nie zgodzę się, że scena z quddichem była przydługa.

Hubert Zienkiewicz: No nie, przecież wiadomo było, że w końcu ta kula musiała go dopaść.

Radosław Nowaczewski: Tak a propos, jeśli ktoś czytał Grę Endera i Cień Endera - myślę, że gdyby ktoś napisał historię z punktu widzenia Hermiony i gdyby wszystkie wydarzenia były skoncentrowane na niej, sądzę, że moglibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej o tym świecie, o postaciach, o Hogwarcie.

Iwona Szop: Nie widziałam filmu, ale po pierwsze co do kompozycji - przypominam, że młodym czarodziejom trudno rządzić magią, to raczej magia rządzi nimi i wyczynia z nimi, co się jej żywnie podoba. Druga - jeżeli w kompozycji coś występuje znikąd, to opowieść jest bez sensu. Jeżeli ma paść strzał na końcu przedstawienia, to musi wisieć strzelba na początku. To są nie tyle niezręczności, co kwestia złej, nieprzemyślanej kompozycji, fabuły.

mgr Urszula Lip: Przede wszystkim jest to produkt kultury masowej, musimy o tym pamiętać.

Iwona Szop: Tak, film niby jest zaadresowany do wszystkich, ale tak naprawdę jest zaadresowany do dzieci. Np. trzyletnie dzieci na ogół nie miewają wyobraźni, tylko mają fantazję, a o fantazji i wyobraźni pisał Tolkien. Jest tu podstawowa różnica. Tutaj może być błąd w adresacie.

mgr Urszula Lip: My jesteśmy osobami, które mają więcej niż trzy lata, a za sobą duży bagaż doświadczeń. Trudno jest nam oceniać z perspektywy dziecka, ale pewną próbę może podjąć i podejmujemy.

Hubert Zienkiewicz: Ale dzieci się boją tych scen, boją się bazyliszków, pająków. Bardzo dużo wypowiedzi dzieci zamieściła "Gazeta Wyborcza", m.in. dziewczyna pisała, że była z młodszym, pięcioletnim bratem, który po obejrzeniu filmu przychodzi w nocy do jej łóżka i mówi, że widział w swoim pokoju pająka czy bazyliszka.

Iwona Szop: Ten film, przypominam, jest od lat dwunastu. Skoro ktoś idzie na ten film z dzieckiem pięcio- czy sześcioletnim, to teraz ma za swoje.

Kinga Kwaterska: Ale w taki razie to nie jest trzyletni adresat, to jest dwunastoletnie dziecko, które nie jest już takie głupie i naiwne i potrafi wyczuć związki przyczynowo-skutkowe. A poza tym, może jestem infantylna, ale mnie te sceny z pająkami autentycznie przerażały. O ile bazyliszek był śmieszny, to pająki były straszne. Jestem pewna, że jako dwunastoletnie dziecko rozpłakałabym się na tym filmie i wyszła.

Iwona Szop: Przypominam, że w wychowaniu dziecka musi być pewien stopień stanów lękowych, dziecko musi się trochę bać.

Kinga Kwaterska: Jeśli to jest film adresowany do dwunastoletniego dziecka, coś - moim zdaniem - trzeba w tym filmie zmienić.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Co mówią szesnastoletnie dzieci?

Ola Brylińska: Przyznam, że się w niektórych momentach bałam.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Czy coś jest na rzeczy. Ale tutaj pojawiły się dwa ciekawsze problemy i od tego nie uciekniemy. Jeden zarzut, który się wyraźnie ukształtował, to że jest to luźna sekwencja obrazów, a nie żaden świadomy ciąg. Bardzo poważny zarzut wobec filmu. Drugi, to, co pani Ula próbowała zrobić, żeby abstrahować od relacji do książki. Otóż boję się, że nie da rady. Albo wszyscy przeczytaliśmy, albo przeczytamy. Wiemy, że jest książka, która była wcześniejsza, to nie jest książka, która powstała po scenariuszu. Przypomnijmy, że Gwiezdne wojny to książka, która powstała ze scenariusza, a już na pewno Imperium kontratakuje. Czy możemy abstrahować? Nie chcę, żebyśmy zeszli na kwestię adaptacji, ale to jest ten sam problem, który ja widzę i mała część poważnych krytyków, np. Tomasz Raczek. On nie radzi sobie zupełnie, ponieważ nie przeczytał Władcy Pierścieni. Ale tutaj jest także kwestia podstawy tekstowej. Nie wiem, czy będzie dobrze, żebyśmy od tego odeszli. Bo nawet jeżeli nie wytkniemy kwestii adaptacji bezpośrednio, to pośrednio ta sprawa musi wypłynąć. To się wiąże chociażby z tym, co zdaniem Państwa, byłoby takimi ciągami logicznymi, które spowodowałyby, że film byłby lepszy. Zwracam Państwu uwagę, że początek dyskusji był taki: pewne sprawy są nierealistyczne; dlaczego? Państwo spróbowali wyminąć tę kwestię, ośmieszając pewne drobiazgi, ja bym do niej wrócił. Dlaczego Państwo uważają, że pewnego rodzaju nierealistyczność jest przeszkodą w tym filmie? Czy tam musi być realistyczność?

Kinga Kwaterska: Sytuacyjna, moim zdaniem, tak.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Jeżeli tak, to chatka Hagrida nie powinna tak wyglądać. Ale dlaczego ona nam nie przeszkadzała w pierwszym filmie?

mgr Agnieszka Szurek: Moim zdaniem, realizm jest konieczny w takim stopniu, że mi nie przeszkadza bazyliszek, który wypełza z małego kranu, tym bardziej że to nie przeszkadzało w książce; tam też zakłada się, że bazyliszek jest duży. Po prostu ta wizualizacja, że bazyliszek jest tak bardzo duży, a Harry tak bardzo mały, to dało efekt dość groteskowy. Dla mnie cały ten film jest dowodem na to, co pisał Tolkien - fantazja ze swej natury nie lubi dramatu. Nie będę generalizować i, tak jak Tolkien, stawiać ogólnej tezy, ale w tym wypadku wydaje mi się, że to, co w książce w wyobraźni generowanej przez słowa było bardzo dobre i spójne, zwizualizowane jest nie do zniesienia. Bo nie wiadomo, gdzie mamy ograniczyć realizm, a gdzie baśniowość. Dopóki były to słowa, granica mogła być płynna. Kiedy trzeba to pokazać, okazuje się, że nie da się tego łatwo zrobić. Mnie raziła ta sztuczność i to mi wręcz przeszkadzało w oglądaniu filmu, miałam wrażenie, że patrzę na dekorację, a nie na prawdziwe tereny, i to psuło oglądanie, niszczyło całe napięcie.

mgr Karolina Stopa: W tym momencie pojawia się tutaj taki problem: Harry'emu Potterowi zaszkodziło to, że jest zbyt wierną adaptacją, podczas gdy Władcy Pierścieni zaszkodziło to, że film zbyt odchodził od oryginału.

Katarzyna Aust: Wracając do rozważań, czy porównywać film i książkę. Myślę, że w tym wypadku z pewnością tak, z jednego względu: autorka ma ścisłą kontrolę nad tym, co ma się w filmie pokazać, wyraźnie to sobie zastrzegła.

mgr Anika Radzka: Tak, i ona udzielała aktorom wskazówek, jak który ma grać, mówiła, jak ona sobie wyobraża postać i co ma się stać w części, którą pisze. Ona właściwie w połowie reżyseruje ten film.

mgr Urszula Lip: Nie wiem, dlaczego w takim razie mogła powstać taka beznadziejna wersja.

Kinga Kwaterska: Ponieważ Harry jest główną postacią, a w poprzedniej części zdecydowanie Ron był tym, który w jakiś sposób się wybija, mogli po prostu trochę go ograniczyć. Może jest to mały chłopiec i nie za bardzo sobie radzi z graniem.

mgr Karolina Stopa: Tak, to chyba kwestia umiejętności aktorskich i pokierowania aktorem. Fakt, autorka książki może udzielać pewnych wskazówek, natomiast to, jak dany aktor zagra, czy on będzie potrafił to zrobić - na to ona nie ma wpływu.

Paweł Skalski: Natomiast na zaistnienie sceny z walnięciem kamieniem w głowę jednak ma wpływ przede wszystkim scenariusz. Wydaje mi się, że Ron jest skopany przez scenarzystę i reżysera, a także na poziomie postaci jest zepsuty.

mgr Urszula Lip: A jeśli jeszcze do tego dodać brak umiejętności aktorskich, to jest efekt żałosny.

Hubert Zienkiewicz: W filmie wychodzi na to, że Ron jest głupi, on nawet nie jest popychadłem. Nie mówi nic, nie umie nic zrobić, nawet jak idą rozmawiać z Draco, Ron też tylko się rzuca i szarpie. Najlepiej nie świadczy o inteligencji Draco, że nie zauważył tak ewidentnie dziwnego zachowania swoich towarzyszy.

Kinga Kwaterska: Tak, to chyba jest kwestia umiejętności aktorskich. Ron ma cały czas taką samą minę, minę zbitego psa.

Katarzyna Kuciel: Chciałabym się jeszcze spytać o jedno: jest scena pojedynku magów, kiedy Harry walczy z Draco. Właśnie ta scena dla mnie jest z księżyca. Jeszcze raz mówię, że nie czytałam książki. Jak Harry zaczął gadać z wężem, to myślałam, że ten wąż zamierza połknąć jego kolegę, który tam stoi, i że on go na pewno zaczaruje, nie mając pojęcia, że jest wężousty. Dopiero potem Hermiona mu powiedziała, że Harry jest wężousty - zachowałam się zupełnie jak Harry, pojęcia też o tym nie miałam.

Kinga Kwaterska: Coś z tą sceną jest nie w porządku. To chyba także problem werbalizacji. W tej scenie Harry coś mówi, nie wiadomo co...

Katarzyna Kuciel: Generalnie dla mnie także kiedy Lockhart ze Snape'em zaczęli się rzucać czarami, dla mnie też to się kupy nie trzymało: i podział magii, i to, że oni interweniowali w zupełnie dziwnych momentach, że Harry nagle zaczął syczeć, tamten rozwalił węża...

Kinga Kwaterska: Ta scena w książce jest po to, żeby pokazać, że tak naprawdę Lockhart nie ma żadnych umiejętności magicznych. I Lockhart, i Snape tłumaczą swoim uczniom, co mają zrobić, jak ma wyglądać zaklęcie, które należy rzucić. Faktycznie, w filmie ta scena jest jak z księżyca.

mgr Anika Radzka: Ona jest ważna z jednego względu: ma pokazuje jeszcze lepiej charakter Gileroy'a. Lockart wchodzi i pyta na początku: "Czy wszyscy dobrze mnie widzą?" - to było, moim zdaniem, fantastycznie zrobione, ponieważ aktor od razu przykuł moją uwagę.

Katarzyna Kuciel: Czy ta postać w książce jest tak samo przerysowana?

Hubert Zienkiewicz: Tak. W filmie nie było np. tego, jak wszystkie dziewczynki za nim biegają. W książce ciągle za nim latają, Hermiona mówi Harry'emu: jaki to wspaniały nauczyciel.

Iwona Szop: To byłby w takim razie brak realizmu i pewnych ścisłości fabularnych w ciągu przyczynowo-skutkowym. Może nie realizmu, prawdopodobieństwa?

mgr Anika Radzka: Mamy wspaniałego aktora szekspirowaskiego, którego gra jest rewelacyjna, ta postać jest szalenie wiarygodna, a potem mamy duży kontrast i zaczynamy się zastanawiać.

mgr Urszula Lip: Nie ma skojarzenia z bazyliszkiem. Bohater słyszy tylko czyjś głos.

Kinga Kwaterska: Tym bardziej że ten głos coś mówi i wiadomo, co on mówi.

Katarzyna Kuciel: A Harry się robi chory od tego głosu, coraz bardziej źle się czuje. W tym filmie za późno jest wprowadzona siostra Rona, która pojawia się nagle nie wiadomo skąd...

mgr Urszula Lip: Pojawia się na początku, u Wesley'ów.

Katarzyna Kuciel: Ja nie czytałam książki. Domyśliłam się, że napisy na ścianach ktoś zrobił, nie wylazł bazyliszek z rury, ale dla mnie to jest niespójne, powinno być inaczej przedstawione.

Radosław Nowaczewski: Zdaje mi się, że w tej scenie pojedynku dość istotną kwestią jest to, że chciano pokazać, dlaczego nagle dzieci w szkole odwracają się od Harry'ego i sądzą, że to on jest tym dziedzicem, złym. Nagle bohater szkoły z poprzedniego roku, który miał fanów i był niezwykłą postacią - nagle wszyscy się od niego odwracają. Ta scena miała to właśnie pokazać, że dzieci są przerażone.

Katarzyna Kuciel: To pokazała ta scena.

Radosław Nowaczewski: Nie, tego nie pokazała. Dla mnie nie byłoby w tym nic dziwnego w szkole magii, że ktoś nagle mówi do węża, skoro ktoś jest w stanie latać na miotłach...

Katarzyna Kuciel: W tym ciągu przyczynowo-skutkowym Hermiona razem z Ronem tłumaczą Harry'emu, że on jest wężousty. I to ma generalnie wyjaśnić tę scenę.

Radosław Nowaczewski: Ja mam wrażenie, że nagle w szkole wszyscy się od Harry'ego odwracają tak po prostu. Właściwie nie ma żadnego rozsądnego dowodu na to, że on coś ma z tym wspólnego. Jest jakaś plotka i nagle wszystkie dzieci patrzą na Harry'ego jak na zbrodniarza. To trzeba widzieć w kontekście tego, że w poprzednim roku niemal go nosili na rękach.

Katarzyna Kuciel: Nie ma tego kontekstu.

Hubert Zienkiewicz: Najpierw jest scena, w której Harry mówi do węża, potem jest scena, w której wszyscy się od niego odwracają, a potem Harry chodzi po szkole i jest właściwie sam, poza Ronem, innych ludzi na korytarzach nie ma. Nie ma pokazanych zajęć, tego, że coś się dzieje na zajęciach. Harry z Ronem chodzą sobie po zamku bez większych przeszkód, mimo godziny policyjnej. Idą ciągle tym samym długim korytarzem i nie ma scen, w których jest opisane, jak Harry przechodzi i rozmowy cichną.

Kinga Kwaterska: Według mnie, nie jest dostatecznie wyjaśnione, dlaczego dzieci się od Harry'ego odwracają. To jest pewne zaburzenie. Inna sprawa, że Ron i Hermiona także zachowują się tak, jakby mu nie ufali.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Prawidłowo, tak ma być. Z powodu wężoustości.

Radosław Nowaczewski: Dla mnie, kiedy czytałem książkę i kiedy oglądałem film, najbardziej oczywistym rozwiązaniem, kto jest tym złym, to był Draco. Kiedy czytałem książkę, byłem pewien, że to on jest tym złym. Natomiast wszyscy nagle odwracają się od Harry'ego. Mimo że Draco był postacią stricte negatywną, bo jego w tej szkole nikt go nie lubił oprócz ludzi ze jego domu, wśród których wzbudzał szacunek; nawet wzięli go do drużyny. Wszystkie trzy pozostałe domy traktowały go jako kmiotka z dobrego domu, który nic nie potrafi i nagle, tu jest to pominięte, wycofuje się z tego autorka, bo to już w książce jest, i Harry staje się obiektem niechęci.

mgr Urszula Lip: Tu chyba jest tylko jeden powód: to, że Harry jest wężousty i to jest najważniejsze.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Z czym miał największy kłopot Peter Jackson? Z tym, żeby nas wprowadzić w problematykę, która w odniesieniu do Władcy Pierścieni nie musi być tak wprowadzana, bo my sobie to po prostu przeczytamy, i to wyniknie z narracji, m.in. drugi rozdział, Cień przeszłości, doskonale we wszystko nas wprowadza. W filmie trzeba było coś z tym zrobić. Początek pierwszej części jest znakomity, ponieważ Jackson robi olbrzymie resumé dziejów tzw. Czarnych Lat. Tutaj nastąpił błąd - pewne fakty, które w książce wyjaśniają się powolutku i które w narracji zupełnie inaczej wyglądają, bo jest inna percepcja narracyjna, w filmie nie zostają wprowadzone w ogóle, tylko nagle zostajemy postawieni przed faktem. Jeżeli ja gadam sobie z wężami: przepraszam, co w tym dziwnego? Stworzenie niespecjalnie sympatyczne, ugryźć może i jest dość obślizgłe, ale można gadać z wężami, żabami, z mrówkojadami, z każdym można pogadać. W porządku. Może tu chodzi o to, i my tego nie czujemy, że tutaj jest jakaś groza. Natomiast gdyby pewne rzeczy, które w pewnym momencie profesor McGonagall wyjaśnia w środku (nawiasem mówiąc nie ona to wyjaśnia, tylko kto inny), gdyby one były wprowadzone tak, jak to zrobił Jackson we wprowadzeniu do pierwszej części Władcy Pierścieni, to, być może, my byśmy zrozumieli pewne elementy tego świata, grozy tego świata i niebezpieczeństwa, które tam czyhają, i wtedy nagle to, że Harry może pogadać sobie z wężem, wskazuje na to, że chłopak jest po prostu Dziedzicem Slytherinu i nie ma o czym mówić. Druga sprawa, która dla mnie tam jest bardziej niejasna - być może Lucius okaże się w ostatnich tomach czarnym charakterem, ale ja nie pamiętam, żeby w książce rzucał na Harry'ego w drugim tomie zaklęcie abrakadabra.

Kinga Kwaterska: Z punktu widzenia świata jest to niedopuszczalne - to jedno z zakazanych zaklęć.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Gdyby Lucius rzucił to zaklęcie, to Dumbledore też by go utłukł i na tym by się to skończyło.

Radosław Nowaczewski: Uważam, że w ogóle ta cała scena ze Zgredkiem to coś w stylu dziecięcej sprawiedliwości - skoro ten jest zły, to na końcu musimy mu dołożyć.

mgr Anika Radzka: W książce w wyniku zaklęcia Zgredka Lucius spada ze schodów - tutaj tego nie ma, on tylko ląduje po przeciwnej stronie korytarza. W książce to jest jeszcze mocniejsze.

Radosław Nowaczewski: Chciałbym wrócić jeszcze do sprawy, o której mówiliśmy poprzednio, mianowicie o wieku. Ja bym postawił pytanie twórcom filmu, żeby się zastanowili nad kwestią, do jakiej kategorii wiekowej kierowana jest książka, natomiast do jakiej kategorii wiekowej jest kierowany film. Czy tutaj nie popełniono bardzo wielkiego błędu zbyt dużej różnicy wieku?

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Tutaj być może kompozycja nawaliła. Columbus za bardzo zawierzył akcji, nie wziął pod uwagę prostej rzeczy: bardzo wiele elementów jest tak naprawdę dla nas niejasnych. Ponieważ my znamy książkę, nie mamy problemu ze zrozumieniem, i wtedy jasny jest zarzut Tomasza Raczka i innych, którzy twierdzą, że to są tylko "obrazki do...". To jest dla mnie dość szokujące, bo w wypadku Harry'ego Pottera trzeba by było się z tym zgodzić. W wypadku Władcy Pierścieni nie zgadzam się, nie dlatego że bardziej go lubię, ale Jackson zbudował spójną całość i nie trzeba znać Władcy Pierścieni, żeby zrozumieć film.

Hubert Zienkiewicz: A propos wycinania scen kosztem akcji. Dwa tygodnie temu bodajże był w telewizji film na podstawie Tajemnic Syriusza Dicka pt. Screemers. Bijatyki bardzo ładnie im wychodzą, ale poza tym nic nie ma to wspólnego z książką. No dobrze, są screemersi. Chociaż jeśli na to spojrzeć jak na science-fiction wojenne, to jest to film całkiem ciekawy.

Kinga Kwaterska: Chciałam jeszcze jeden problem poruszyć. Poprawcie mnie, bo ja naprawdę nie pamiętam - mówiliśmy wcześniej o Harry'm i kwestii supermana i bohaterów - odpowiedź Harry'ego, która nagle pojawia się jako kontra na docinek Malfoy'a: "To może mały Harry Potter też tu będzie", a Harry na to: "Tak, będę bronił tej szkoły".

Radosław Nowaczewski: Cytat, który ośmiesza tak naprawdę kadrę nauczycielską Hogwartu, która nie umie rozwiązać problemu, który rozwiązuje jakaś banda dzieciaków. Wystarczy pójść do biblioteki i poczytać, to problem się rozwiąże.

mgr Anika Radzka: To jeszcze potwierdza fakt, że oni nie byli w stanie stwierdzić, co tak naprawdę umie Gilderoy Lockhart. Dumbledore mówi w pewnym momencie, że będą musieli uważniej rekrutować wykładowców.

Radosław Nowaczewski: Ale jakie zaufanie mają ci mali uczniowie do swoich profesorów?

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Ale czy Państwo nie zauważyli jednej rzeczy, i byłbym ciekaw, co na to nasi młodsi koledzy, czy nie jest tak, że tylko pierwszy tom, ale z tego by wynikało, że i drugi, bo trzeci nagle zmienia tonacji, Rowling pisze troszkę humorystycznie? W trzecim nagle zmieni się nastrój. Więzień Azkabanu staje się bardzo poważną książką, tam nagle trzeba podjąć bardzo poważne decyzje, a w czwartym mamy już trupy - wszystko na serio. Czy nie jest tak, że pierwsze dwa tomy oparte są na żartach? A więc właśnie to, na co Pan zwrócił uwagę, że Dumbladore wychodzi na lekkiego patałacha. Lockhart - możemy się zastanowić, czy on też nie należy do grupy Voldemorta ze względu na rzucanie zaklęcia zapomnienia, ale to jest już zbyt potężna interpretacja. Trupów jeszcze nie ma, bo nawet Marta jest śmiesznym trupem.

mgr Urszula Lip: I wszystkie złe postaci zostają ukarane, zarówno w pierwszej, jak i w drugiej części, natomiast w trzeciej już nie.

Hubert Zienkiewicz: W książce, kiedy Hagrid dowiaduje się, że ma iść do Azkabanu, jest przerażony. Tutaj wychodzi całkiem spokojnie, nie ma uczucia strachu. Azkaban jest potwornym więzieniem, miejscem, z którego właściwie się nie wraca - a u Hagrida nie widać tego przerażenia.

mgr Karolina Stopa: W książce czytelnik też tego nie wie.

mgr Anika Radzka: Tak, to wychodzi dopiero w trzeciej części.

Kinga Kwaterska: O ile dobrze pamiętam, w książce Hagrid wyglądał bardzo źle po wyjściu z Azkabanu.

mgr Urszula Lip: Cały finał, gdy Hagrid przychodzi do jadalni i wszyscy go witają, a Harry mówi, że nie ma bez niego szkoły, jest po prostu nieznośnie patetyczny.

mgr Anika Radzka: Dlaczego tak trudno dokonać ekranizacji Harry'ego Pottera? Ze względu na specyficzną narrację. To samo, co mamy w Sherlocku Holmesie - autor podaje jakieś fakty, ale nie mamy podanego całego sposobu myślenia. To samo jest w Harry'm. Nieuważny czytelnik zostaje zwiedziony. Wszystkie fakty łączą się dopiero na końcu. Mamy takie wyrywki informacji, które nie pozwalają nam się zorientować, jak jest naprawdę. Kiedy ktoś robi film, ma taki sam problem. Jak opowiedzieć całą tę historię, żeby za dużo nie wyjaśniać - dopiero na końcu ma się wyjaśnić. Kwestia narracji.

Kinga Kwaterska: Moim zdaniem, w części scen trzeba by było coś przebudować i trochę więcej wyjaśnić - w tym wypadku byłabym za skróceniem scen z goniącym tłuczkiem i dodaniem paru takich, które wyjaśniają.

mgr Anika Radzka: Świat Harry'ego to nie tylko to, co widzimy na ekranie, ten świat jest szerszy. Rowling pokazuje to w trzecim tomie, że jest nie tylko Hogwart. Jeżeli już są cztery tomy, to scenarzysta powinien się postarać i pokazać coś więcej i w pierwszej części filmu, i w drugiej, żeby ten świat żył.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja na temat tłumaczenia słowa "petryfikacja".

Ola Brylińska: Nie czytałam książki, ale wszystko zrozumiałam. Podobało mi się.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: I jak my teraz wyglądamy? Ale dlaczego wam się podobało? Słyszałyście naszą dyskusję. Zaznaczam, że nam też się podobało.

Ola Brylińska: To jest fantastyka, tu nie można oczekiwać, że coś będzie skrócone, coś będzie dodane, bo i tak się wszystko wyjaśnia. Kiedy dziecko ogląda ten film, i tak wie, o co chodzi. Nieważne, czy jest więcej scen, czy nie, czy są dłuższe, czy krótsze.

mgr Urszula Lip: A jak podobała wam się scena finałowa?

Ola Brylińska: Rzeczywiście, była trochę przydługa. Nie wiedziałam na przykład, czy na końcu Dumbledore wiedział wszystko, czy nie. W końcu pomagał Harry'emu, ale udawał, że nic nie wie.

mgr Urszula Lip: Niestety, rola Dumbledore'a została bardzo ograniczona.

mgr Anika Radzka: My oglądaliśmy ten film z polskim dubbingiem. Gilderoy Lockhart był rewelacyjny - tutaj dubbing jest na piątkę z plusem. Natomiast do dubbingowania Dumbladore'a wzięli osobę o głosie straszliwie skrzeczącym i starczym - to była osoba stara, zmęczona i za pięć minut umrze. Nie było w nim żadnej energii. W polskiej wersji było to bardzo rażące. Harry mówił chłopięcym głosikiem, Ron już po mutacji... Hermiona była w porządku. Jednak najwięcej stracił Snape. Dobrano mu ładny, głęboki głos, ale w oryginale jest sto razy lepszy.

Radosław Nowaczewski: Dumbledore mnie zawiódł, nie tylko jako dubbing, ale także jako postać. To jest czarodziej, którego Voldermort się bał, czarodziej, którego miejsce jest przez Vodermorta niezagrożone, on jest "bezpiecznikiem" - tutaj w filmie wychodzi na strasznie słabą osobę.

mgr Anika Radzka: Jedyny moment, kiedy Dumbledore jest sobą, to ten, kiedy widzi Harry'ego i Rona przez pelerynę-niewidkę.

Kinga Kwaterska: Wszyscy wiedzieli, że on tam stoi, i wszyscy oddali mu ostatnie wskazówki - oczywiście w powietrze.

mgr Anika Radzka: Ta scena dowodzi jeszcze jednego, że Harry jest głupkiem, który ma straszne szczęście i tak naprawdę nic więcej. Uciekł przed bazyliszkiem, ponieważ ten go nie wyczuł.

Hubert Zienkiewicz: Inaczej - od myślenia ma Hermione, od głupich min ma Rona.

mgr Agnieszka Kruszyńska: W filmie doszło do podwójnego przesunięcia kategorii postaci. To, co Ola powiedziała, że nie wiadomo do końca, kim jest Dumbladore. W opowieści Rowling też do końca nie wiadomo, ale pozostaje pewność co do tego, że nie wiemy, czego możemy się po tym czarodzieju spodziewać, i tego, że on operuje wielką magią. On nie używa całej mocy z nie do końca wyjaśnionych przyczyn, on pozwala działać Harry'emu. W tym jest pewien plan - do końca też tego nie możemy określić z powodu nieukończenia cyklu. Nastąpiło przesunięcie kategorii postaci Dumbladore'a, które sprawiało, że nie jest on już tą postacią, co do której nie wiemy, czego możemy się spodziewać, ale jest wielkim czarodziejem. Teraz jest to postać, co do której nie wiemy, co ona robi na stanowisku dyrektora takiej właśnie szkoły czarnoksięstwa, bo ta postać jest po prostu słaba. On staje się kimś, kto niewiele może i nie, jak w powieści, pozwala działać Harry'emu ze względu na pewien plan, ale dlatego, że sam nie umie działać.

Hubert Zienkiewicz: W filmie Dumbledore pozwala działać Harry'emu, bo nie ma nawet wpływu na to, co Harry robi.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Drugie przesunięcie nastąpiło w kwestii Toma Riddle'a. Wypadła cała bardzo ważna i dużo mówiąca sprawa, dlaczego Ginny i jak Ginny przywołała go do świata. To było bardzo ważne, bo pokazywało charakter Toma Riddle'a. W książce są wspaniałe filozoficzne ustępy o tym, jak Ginny, powodowana samotnością i niezrozumieniem, typowy problem nastolatka i w ogóle człowieka, zaczyna - to w pewnym sensie odpowiednik współczesnego Internetu: zastępowanie znajomości z ludźmi żywymi przez techniki komputerowe - przelewać swoją duszę, swoje uczucia, troski, życie w to, co ma pozwolić odrodzić się Voldemortowi. To jest niewyjaśnione na pułapie filmu. Ta motywacja jest zaznaczona bardzo śladowo, a potężny pułap filozoficzny w książce zostaje zupełnie pominięty.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Film popełnia w tym wypadku dwa błędy - dwukrotnie ten sam błąd. To, co mówi pani Agnieszka - najpierw Tom Riddle robi długi wykład (bazyliszek już się oblizuje), i drugi wykład jest zrobiony przez samą Ginny, kiedy jest ta scena, dość nieźle zrobiona technicznie, ale wyjaśniająca wszystko tylko czysto werbalnie. To jest najgorsza rzecz, która może zdarzyć się w filmie - kiedy wychodzi aktor, siada i zaczyna czytać lub mówić. Po co? Ja bym to wolał zobaczyć. Przecież w książce są sytuacje, w których czujemy, że coś się z Ginny dzieje i nikt tego nie chce zobaczyć. Jest dokładnie lekceważona przede wszystkim przez Harry'ego (wątek zaczęty, ale nie skończony), Hermiona lekceważy ją całkowicie, Ron, George i Fred traktują jako takiego malucha, który bez przerwy się kręci i przeszkadza. Ani ten ukochany chłopak, ani dziewczyna, w której można by znaleźć oparcie, ani bracia - w książce to jest jasno powiedziane.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Na poziomie książki jest to potężną wartością tego tekstu, tekstu, któremu się tyle zarzuca, jest potężną wartością czysto humanistyczną. Okazuje się, że w filmie jest to nieistotne. Ta zaniechana wartość to jedna sprawa, druga sprawa to przesunięcie, bo jaką właściwie widz uzyskuje informację z filmu? Taką że Voldermort jest przywołany przez użytkowanie pewnego przedmiotu, co jest związane z jakimś tam zaklęciem, ale właściwie nie wiadomo, jaki to czar. Ten czar w rzeczywistości jest dalece głębszy. Polega na jakimś wampiryzmie duchowym. To zostało odrzucone. Jeszcze jedna sprawa. Mówiliśmy o tej scenie finałowej - moja ukochana scena z książki. Scena z pierwszego filmu, kiedy mamy grę w szachy czarodziejów - ta scena jest tysiąc razy lepsza. Natomiast w tym filmie scena, która była wielka i heroiczna, i przy okazji symboliczna - rozlazła się, bo była za długa, za monumentalna (to był przerośnięty wąż, a nie dinozaur) i nie było dramatyzmu.

mgr Anika Radzka: Wracając do bazyliszka. Sprawdziłam w książce, jak to jest z bazyliszkiem. Przecież mamy naszego słowiańskiego bazyliszka, który jest złożeniem kilku innych zwierząt - ma skrzydła i kurze nogi. Druga, brytyjska wersja bazyliszka to wąż w koronie - i nic więcej.

W tym miejscu nastąpiła zażarta dyskusja na temat wyglądu bazyliszków i innych stworów.

mgr Urszula Lip: Mnie tu martwi inna rzecz. Bazyliszek ma za małe oczy. Skoro on zabijał wzrokiem, to dlaczego nie miał wyrazistych, strasznych oczu? Według mnie to jest dość poważny motyw. Jest taka scena, w której nie pamiętam już kto tłumaczy, dlaczego żadna ofiara bazyliszka nie zginęła - ponieważ jego odbicie zostało przefiltrowane przez lusterko, obiektyw, wodę, ducha... Ta scena była świetna, aż ciarki przechodziły po plecach. Szkoda, że nie zrobiono więcej takich scen.

Radosław Nowaczewski: Został popełniony podstawowy błąd. Jeśli chce się potwora przestraszyć, to się go nie pokazuje. Pokazuje się jego kawałeczki.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja o horrorach, m.in. o japońskich i amerykańskim "Ringu".

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Uważam, że Rowling jako pisarka scenę finałową rozegrała genialnie - teraz się zastanówmy, jak by to można było zrobić w filmie. W pewnym momencie Harry tylko słyszy - zamyka oczy po to, żeby nie widzieć. Nie ma tam żadnego biegania, wąż wyłazi i idzie w stronę Harry'ego. Ponieważ Harry przed nim ucieka, a wąż macha ogonem, w pewnym momencie uderza w tiarę i tiara przelatuje i uderza mocno Harry'ego w głowę. Harry ją łapie i nagle orientuje się, że coś w niej jest. Wyciąga to podświadomie. To jest ta sama historia, która mi przyszła do głowy, kiedy zastanawiałem się, jak rozegrać scenę z Lorien. To jest genialność narracji Tolkiena i Rowling również, zobaczcie Państwo, to jest zrobione przy pomocy jak prostego efektu. Ktoś zwrócił uwagę, że największym błędem Jacksona jest niepokazanie jednej sceny - kiedy Gimli na propozycję zasłonięcia oczu wyciąga topór zza pasa. Wtedy Aragorn mówi: wszystkim zawiąż oczy. Wtedy Legolas chwyta za łuk. Wtedy Aragorn ruga równo wszystkich. Od tego momentu oni wszyscy idą na równych prawach. Dalszy opis odbywa się ze wskazaniem tylko na słyszenie i odczucia. Innymi słowy, co powinno być na ekranie? Ciemność i głosy z offu. To samo powinno być w początkowej fazie walki z bazyliszkiem. Wtedy ta scena robiłaby bardzo duże wrażenie, ale po to jest off i po to jest pełne zaciemnienie ekranu. Tutaj Jackson zrobił błąd. Proszę zauważyć, że kiedy po lecących z offu słowach elfa skierowanych do Gilmliego: A teraz zobaczysz nasz świat po raz pierwszy od czasów Durina, nagle spadłaby zasłona i nagle ukazałaby się feeria barw, byłby to wielki efekt - prymitywny, kiczowaty, wiem, ale o to chodziło.

Iwona Szop: To jest rzeczywiście bardzo dobry efekt. Jest taki film Tańcząc w ciemnościach z Bj?rk. To jest czarna groteska, jeśli można tak to nazwać, musical również, o kobiecie, która traci wzrok. Tam jest na początku i na końcu ciemność i głos.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: W wypadku walki z bazyliszkiem... Dlaczego Harry podchodzi po zabiciu bazyliszka do Ginny? Podchodzi mechanicznie, bo i tak nie ma co robić. Natomiast w filmie to jest bez sensu. Proszę zauważyć, że pisarka okazała większy rozsądek niż scenarzysta. Rozegranie takiej sceny byłoby trudniejsze, co prawda, ale dałoby efekt dramaturgiczny dużo lepszy. Być może wiązałoby się z tym, o czym powiedziała pani Agnieszka, ja bym na to położył duży nacisk - delikatne przesunięcia spowodowały niezrozumienie postaci. Tak naprawdę jedyną postacią wbijającą się w pamięć w drugiej części jest Lockhart.

mgr Urszula Lip: I Lucius.

mgr Anika Radzka: Lucius wymaga trochę pracy. Na początku widać, że jego syn jest nerwowy, a on go uspokaja, z kamienną twarzą, a potem ląduje na drugim końcu korytarza.

mgr Urszula Lip: Według mnie scena, w której Lucius mierzy się na słowa z Dumbladore'em, jest bardzo dobrze rozegrana, gdyby tylko Dumbladore był w trochę lepszej formie... Nie wiem, czy zauważyliście, ale światło pada na twarz Luciusa i z tej twarzy robi się taka biała maska. Efekt trywialny, ale robi wrażenie.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: To kwestia efektu, bo film musi grać na efektach wizualnych.

mgr Agnieszka Szurek: Lucius zrobił na mnie wrażenie, natomiast nie przyłączę się do fan-klubu Lockharta, który w ogóle mi się nie podobał. Kennetha Brannaha bardzo lubię, jest znakomitym aktorem, natomiast uważam, że postać Lockharta została okrojona, zostały szczątki - nie ma spójnego obrazu postaci. Co ona miał do zagrania? A poza tym gra wytwornego angielskiego dżentelmena, a nie kiczowatego Lockharta, który miał seledynowe szaty i różową tiarą. On był ubrany w gustowne beże. To nie był Lockhart.

W tym miejscu nastąpiła dyskusja o ubiorze Lockharta.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: W tym momencie państwo widzą, pani Agnieszka nam to udowodniła, że jednak nie możemy uciec od książki. Ja zupełnie o zapomniałem o ubraniu. Nie możemy abstrahować od książki, bo Rowling z jakiegoś powodu tak skonstruowała tę postać. Zatem można tylko zadać pytanie, dlaczego w filmie zgodziła się na taką konwencję?

Kinga Kwaterska: Muszę przyznać, że z jednej strony Lockhart faktycznie miał tandetne stroje, ale z drugiej strony zabieg, że on wyszedł do pojedynku na szable w odpowiednim stroju, był bardzo dobry.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja o pojedynkach i strojach do nich, a potem o dziecięcej sprawiedliwości, zbrodni i karze.

Katarzyna Kuciel: Ale czy w książce Lucius został także ukarany?

mgr Anika Radzka: Tak, specjalnie sprawdzałam w książce, bo mi to tak nie pasowało... Jak to, Lucius dostał naprawdę?

Radosław Nowaczewski: Dlaczego sprawdzałaś? Bo to jest moment książki, który się czyta właściwie na wydechu. Nie zwraca się na to tak bardzo uwagi i nie rejestruje się tego. W filmie to bardzo wyraźnie widać ten konflikt, skądinąd między małym chłopczykiem a wielkim dorosłym mężczyzną, czarodziejem - to też jest na niekorzyść Luciusa.

Kinga Kwaterska: Nieprawda, że się tego nie zauważa. Ja to zauważyłam, dla mnie to był dowód na zniewolenie skrzatów. Dla mnie to było jasne w książce, bo skrzat mówił wprost, że ma wielką moc, ale nie może jej użyć, i bardziej było wiadomo, dlaczego się bije w głowę, dlaczego sobie przysmaża ręce itd. Kiedy został wolny, to się na Luciusu odegrał. Natomiast w filmie trochę to było groteskowe.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Wróćmy do kwestii poruszonej przez panią Agnieszkę - to jest problem przesunięcia znaczeń postaci. To kluczowa kwestia. Bo jeśli część pań nie zgadza się ze sposobem ukazania Lockharta, to w takim razie mamy dalszy problem. Okazuje się, że nawet postać częściowo groteskowa musi być inaczej groteskowa. Być może Lockhart wygląda śmiesznie tylko w stroju, natomiast z twarzy przypomina Luciusa - nie wiem.

mgr Anika Radzka: Był taki moment, kiedy Lockhart rzuca zaklęcie - w tym momencie ma zupełnie taką samą twarz jak Lucius. To był jedyny moment, w którym on rzeczywiście był groźny, zdjął maskę. I można zobaczyć, że to wszystko to tylko kostium, a na co dzień jest zupełnie inny. Myślę, że to udowodniło, że on wszystkich potrafił tak świetnie oszukać.

Hubert Zienkiewicz: Ale w filmie nie był aż tak tandetny. Było za mało pisków widowni żeńskiej w Hogwardzie, która za nim lata. On cały czas był w kręgu zainteresowania.

mgr Urszula Lip: Wydaje mi się, że filmie on jest zakochany w sobie, przede wszystkim. W książce natomiast on bardziej dba o to, jak otoczenie go widzi.

Kinga Kwaterska: I jego stosunek do Harry'ego - cały czas mówi: Harry, będziesz kiedyś tak popularny jak ja. Moim zdaniem trochę niezrozumiała jest scena, w której Harry dostał tłuczkiem, podchodzi Lockhart, a Harry jęczy: O, nie! Ale dlaczego? Przecież Lockhart jeszcze mu nie zaszedł za skórę.

mgr Anika Radzka: Może warto tu dodać jedną rzecz. Ja oglądałam relację z planu filmowego i jaką interpretację postaci miał Kenneth Brannah? To mnie bardzo zaskoczyło. Powiedział, że Gilderoy Lockhart jest taką osobą, która stara się zrobić na wszystkich dobre wrażenie - tego nie było w filmie - i, co najważniejsze, stara się zaprzyjaźnić z Harry'm, żeby razem mogli być sławni. W filmie tego nie ma.

mgr Agnieszka Kruszyńska: W filmie widać to w jednej scenie, kiedy się spotykają w księgarni.

mgr Urszula Lip: Tak, i to właśnie może tłumaczyć późniejszą niechęć Harry'ego. Na siłę, ale jednak.

Radosław Nowaczewski: Harry nie wykazuje takiej inteligencji w innych scenach.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: A może problem sprowadza się jeszcze do jednej kwestii, skoro porównujemy Władcę Pierscieni, że jednak aktorzy, którzy grają we Władcy, ostrzej wcielili się w te postacie, bardziej chcą nas przekonać o ich prawdziwości. Zgadzam się, że w tym momencie przypominam starą teorię Stanisławskiego, ale czy aktor musi nas jednak przekonać o prawdziwości postaci? Bo teraz proszę zauważyć, że wszystkie nasze uwagi praktycznie od samego początku oscylują wokół kwestii może nie tyle realizmu, co w jakimś sensie prawdziwości? Ta prawdziwość może być oparta na zasadzie prawdopodobieństwa, nie ma to znaczenia. Chodzi o to, żeby nas przekonać. Tam jest kilka świetnych scen, np. Ron otrzymuje wyjca. Dobrze, ale to jest zrobione przy pomocy tricku. Natomiast sama postać pani Wesley, moim zdaniem, jest źle zrobiona. Ona ma rzeczywiście mało do zagrania, ale coś tu jest nie tak.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Mnie się wydaje, że mama Rona w filmie jest taką czarownicą od gospodarowania domem, gospodynią domową. Natomiast w książce ona jest prawdziwą matką i postacią znacznie poważniejszą.

mgr Urszula Lip: To jest to, o czym pisała Agnieszka: Harry znalazł u Wesley'ów substytut domu, którego nie miał. W filmie mamy groteskę - tatuś w śmiesznej czapce pyta, do czego służy gumowa kaczka.

Hubert Zienkiewicz: W książce matka owszem, krzyczy, ale jednocześnie trzyma rękę na pulsie. Matka załatwia wszystko i gdyby nie ona, ten dom by się dawno zawalił.

Radosław Nowaczewski: W książce to są ludzie biedni, ale poczciwi, i to jest takie ciepłe miejsce, gdzie mimo ograniczonych środków można stworzyć coś ładnego. W filmie to jakby dwójka byłych hippisów założyła niechcący rodzinę. Jest bałagan, wszystko porozrzucane...

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Czyli dochodzimy jednak do kwestii swoistego realizmu. To, co mi się na początku nie podobało, że jest troszkę bałaganu u pana Bilba Bagginsa, to jednak słusznie Agnieszka zwróciła mi uwagę, że to jest taki bałagan użytkowy. Ktoś mieszka, więc musi być nieład.

Katarzyna Kuciel: Ale tam jest nie tylko domowy bałagan, tam jest taki klasyczny bałagan.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Otóż to. I mam pytanie: dlaczego tylko jedna patelnia jest ciągle myta? Najprostsza rzecz, która jest we wszystkich filmach rysunkowych, opartych na bajce o uczniu czarnoksiężnika: tam coraz to nowe talerze są myte. A tutaj tylko ta jedna patelnia. Czyli jednak realizm i prawdziwość postaci.

Hubert Zienkiewicz: To jest problem starszej generacji filmów s-f, gdzie kajuty są idealnie sterylne, łóżka są idealnie zasłane, na stoliku stoi jeden wazon do kwiatków... Nie ma czegoś takiego, że ktoś gubi długopis - wszystko jest na swoim miejscu.

W tym miejscu nastąpiła dyskusja na temat cyklu Star Trek.

Katarzyna Aust: To jest po prostu pewne oczekiwanie konwencji, tak samo dla mnie nie było zupełnie rażące, że miecz Gryfindoru jest zwykłym gadżetem ozdobnym i takiego miecza nie można by było użyć w praktyce. W tym filmie mnie to nie razi, we Władcy by mnie raziło.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Mnie uraziło coś innego: że miecz nie jest wyczyszczony.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Mam wrażenie, że film jest bardzo nierówny. Do połowy mniej więcej czasu trwania obfituje w sceny realne psychologicznie. Pani Wesley jest dobra w jednej scenie, kiedy rodzice dowiadują się, że chłopcy wzięli samochód, a tatuś spytał: I jak było? Wtedy spojrzenie pani Wesley i słowo: Arturze! To jest realnie psychologicznie.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Pierwsze odczucie pani Katarzyny, że po zmianie pierwszej płyty jest tylko gorzej, potwierdza pani Agnieszka.

mgr Agnieszka Kruszyńska: Później tych scen brakuje, one są bardzo pośpieszne i brakuje mi gestu, przemilczenia, mimiki, zawahania - takie mam wrażenie.

mgr Urszula Lip: Chyba musimy wziąć pod uwagę, że ten film jest przeznaczony dla określonego typu widowni. Nie wiem, czy macie dzieci w domu, ale to jest tak, że jednak poziom agresji i "dziwnych rzeczy" w filmach dla dzieci wzrasta z roku na rok. Mogło być tak, że autorzy filmu wyszli z założenia, że dzieci potrzebują czegoś nowego, jakichś nowych bodźców; tych dzieci nie przerazi plastykowy feniks, trzeba pokazać wielkiego węża.

W tym miejscu nastąpiła gorąca dyskusja na temat bohaterek kreskówek i aparatów na zębach.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Podniesione są trzy sceny, które są niepotrzebnie przedłużone: jak zwykle mecz quiddicha, scena z pająkami i bijatyka z bazyliszkiem. Proszę zauważyć, jak bardzo efektownie zrobiona jest scena, która jest w książce, a która nie robi tak dużego wrażenia, kiedy Harry na skutek pomyłki ląduje na ulicy Śmiertelnego Noktorunu. To jest pierwszy sygnał, że ten świat niekoniecznie jest taki wesoły. To jest scena zrobiona bardzo dobrze - jest króciutka, sugestywna. Teraz to, o czym pani mówi: klasyczna scena z filmu rodzinnego, w którym tatuś pozwala dzieciom na wszystko, a mamusia trzyma wszystkich za twarz. Dlaczego tego typu sceny nie zostały wydłużone? Natomiast przedłużenie sceny z bazyliszkiem jest bez sensu. Gdyby skrócić scenę z pająkami, zyskałoby się dwie minuty projekcji, które mogłyby się na coś przydać, np. pokazać kawałek lekcji... Trzeba by się było zastanowić.

W tym momencie nastąpiła dyskusja na temat wiszących w powietrzu duszków.

mgr Urszula Lip: W filmie jest dużo "efekciarskich" scen tylko dla samego efektu, np. z tą łapą w sklepie.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Brak jest innej sceny - podsłuchania rozmowy z Malfoy'em w innym sklepie. Czekałem, kiedy wreszcie pojawi się Malfoy, który sprzedaje jakieś gadżety Voldermorta. Ta scena wyjaśniłaby wiele spraw.

Kinga Kwaterska: Zwłaszcza że w tej scenie w księgarni widać było, jak Malfoy wsuwa książeczkę do koszyka Ginny - rzeczywiście byłby z tego taki detektywistyczny trop - że on ma takie rzeczy i nie bez powodu dał to Ginny.

Katarzyna Kuciel: Na samym końcu Harry tłumaczy, że Lucius miał dostęp do tych rzeczy.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Gdyby była scena początkowa, to widz miałby szansę dotrzeć do prawdy, ale wtedy automatycznie trzeba by powiększyć sceny z Ginny. Te minuty zarobione na niepotrzebnej bijatyce z pająkami mogłyby posłużyć do rozbudowania jednej lub dwóch scen z Ginny. To, o czym mówiła pani Agnieszka - powiększające się osamotnienie Ginny. To byłoby zresztą ciekawą rzeczą, bo nagle pokazalibyśmy, że w takiej szkole wcale do końca nie jest tak dobrze. Jest moment w książce, kiedy ona chce wszystko wyznać, ale najpierw Ron ją odrzuca, potem Fred i George, na końcu Percy i ona z płaczem ucieka. I wtedy Harry znajduje pamiętnik.

Kinga Kwaterska: W filmie pominięto też kwestię przyjaźni w tej szkole. Mamy trójkę przyjaciół i właściwie nikt poza nimi nie trzyma się razem. Koledzy Draco są jego ochroną. Nie widać tego, że ona ma rodzinę w tej szkole.

Katarzyna Kuciel: Tam nie ma klimatu szkoły. To klimat takiej drużyny RPG-owskiej, która biega po lochach. Wszyscy tylko razem jedzą. W pierwszej części wiedziałam, że to jest szkoła, a tutaj nie, chociaż są dwie czy trzy lekcje. Co prawda, one niczego nie wnoszą... W ogóle nie ma tam klimatu szkoły, bohaterowie biegają sobie po pustych korytarzach, nikt ich tam nie pilnuje, robią, co chcą, nie mają żadnych obowiązków.

Kinga Kwaterska: Znowu nie pokazali tej lekcji, która jest nudna - historii magii. Te sceny mogłyby pokazać, że miejsce jest szkołą. Tym bardziej że mógłby to być pomysł wprowadzający nas w ten świat, a przy okazji nudnej lekcji i nudnego wykładu profesora przekazać kilka rzeczy, które są istotne, których uczniowie nie słuchają, z wyjątkiem Hermiony. Ale widzowie mogliby coś usłyszeć.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Genialny pomysł, tak! Można by było wytłumaczyć wszystko, co jest niejasne, właśnie na takiej lekcji. To byłoby świetne. Zauważcie, jak w wypadku Władcy Jackson bardzo się wsłuchiwał w różne opinię i jak sam był niespokojny, bo ta poszerzona wersja, niezależnie od tego, że brak jest tej jednej sceny z Lorien, daje wizję znakomitego filmu.

W tym miejscu nastąpiła krótka i burzliwa dyskusja na temat filmu Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: W każdym razie Jacksona to niepokoi, bo on chce zbudować dobry film. Tutaj uwaga do naszych młodszych gości. Żebyście zrozumiały, dlaczego my tak negatywnie to oceniamy - nie dlatego, że lubimy krytykować, a sami nic nie zrobiliśmy, ale dlatego że brakuje nam pewnych rzeczy i chcemy wam także pokazać, czego w tym filmie brakuje, np. w odniesieniu do książki. I uwaga, którą wcześniej zrobiła pani Agnieszka, jest bardzo ważna, ponieważ przesunięcie znaczenia postaci, które pozornie nie ma większego znaczenia, okazuje się w konsekwencjach bardzo poważne. Końcowa scena powoduje, że najważniejszą postacią w Hogwarcie robi się Hagrid, co jest nonsensem. Nawet jeżeli to ma być scena rehabilitacji Hagrida, to ona jest niepotrzebna.

mgr Anika Radzka: To jest konwencja amerykańskiego happy endu. Wszyscy płaczą z radości, klaszczą...

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Harry Potter podobał nam się, ale byłoby dobrze, gdyby Columbus troszkę to jednak przebudował. W moim przekonaniu trzecia część będzie sprawdzianem, dlatego że nie może być już zrobiona tylko dla dzieci. To będzie sprawdzenie, czy on sobie z tym poradzi.

Radosław Nowaczewski: Wiele ryzykuję, ale jednak to powiem: moim zdaniem druga część Harry'ego jest zdecydowanie słabszą częścią. Pierwsza wprowadza nas w magiczny świat, wzbudza naszą wyobraźnię, pokazuje coś nowego, w trzeciej części pojawia się poważniejsza intryga, jest szerszy horyzont na pewne wydarzenia, co jest kontynuowane w dalszych częściach. Druga cześć jest po prostu nijaka, bo nic nie wnosi. Nie ma nic ważnego dla historii tego cyklu.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Jedna ważna rzecz: pojawia się Tom Riddle, jak się okazuje, dla czwartej części bardzo istotny. Nie wiedzielibyśmy, skąd wziął się Tom Riddle i dlaczego tak bardzo nienawidził swoich rodziców. To jest bardzo istotne, tu się z panem nie zgadzam. To że ta część może być słaba, to jest inny problem - autorka w drugiej części nie do końca wiedziała, czy robić to serio. Pierwsza część jest znakomita. W drugiej wyłażą te wszystkie słabizny, na które zwróciliśmy uwagę, tkwią one w tym, że w powieści autorka też nie wie: żart czy serio. W filmie jest pół-serio, ale za dużo jest jeszcze śmiesznych momentów, to jest duża słabość. Trzecia cześć wprowadza nas nagle w świat, który jest poważny, nie ma żadnych dowcipów. Nadmuchanie ciotki wcale nie musi być śmieszne, ono może być sceną pełną grozy - Harry mógł ją zabić, mimo że rzucił słabe zaklęcie. Tu już trzeba to rozegrać jak w ostrym thrillerze, w stylu Hitchcocka. Jeśli pójdzie w stronę dowcipasów, będziemy mieli knota.

mgr Agnieszka Szurek: Chciałam powiedzieć, że moim zdaniem druga część jest najlepsza z całego cyklu, właśnie dlatego, że oscyluje między humorem a grozą. To dla mnie jest dużą zaletą. I dlatego film mi się nie podobał, bo zupełnie nie było tu gry pomiędzy dowcipem a grozą, napięcia, tylko bardzo niekonsekwentnie i nieumiejętnie budowana groza. Uważam, że trzecia i czwarta część rozszerzają świat - zgadza się, jest wiele ciekawych szczegółów, ale mam wrażenie że pomysły się powtarzają. To, co w drugiej części jeszcze świeże, w trzeciej i czwartej staje się już trochę przechodzone. Ale to są też dobre książki, chociaż dla mnie druga jest najlepsza.

Kinga Kwaterska: Chciałam coś jeszcze powiedzieć na temat adaptacji i całego cyklu. Wydaje mi się, że wypadek z ciotką Marge pokazuje jeszcze jedną rzecz, która nie jest pokazana, jeśli chodzi o film - to, że to jest zwykły chłopiec, który też popełnia błędy, ale mimo to usiłuje coś dobrego zrobić. To jest, moim zdaniem, ta część książki, która jest bardzo ważna dla dzieci - to nie jest tak, że Harry jest idealny, tylko jest zwykłym chłopcem. W filmie to zanika, bo udaje mu się cokolwiek tylko dzięki szczęściu i przyjaźń też jest pokazana bardzo słabo.

prof. dr hab. J.Z. Lichański: Ale tu już wkraczamy w trochę inne pola dyskusji. Pomału będziemy też kończyć. W każdej chwili możemy wrócić do tej dyskusji. Próbując podsumować, ja bym to ujął tak: nie możemy, mimo dążenia do znalezienia wspólnych punktów, znaleźć konsensusu. Ile głów, tyle znaczeń. I chyba rzeczywiście jesteśmy w takiej sytuacji, bo każdy ma trochę inną wizję tego filmu i książki. Jedną rzeczą wspólną, którą mamy, jest przekonanie, że zarówno pewnego rodzaju realizm lub dążenie do realizmu, a z drugiej strony wierność wobec pewnej koncepcji postaci, byłoby z korzyścią dla filmu. Co do tego zgodziliśmy się, jest to najcenniejsza uwaga. Powieść Rowling mimo wszystko zwycięża tym, że próbuje umieścić swój świat w świecie całkowicie normalnym i pokazać pewnego rodzaju nieprzystawalność obu tych światów lub, paradoksalnie, ich przystawalność. Tutaj rzeczywiście Columbus popełnia błąd idąc w kierunku kina rozrywkowego, gdzie w gruncie rzeczy pewne poważne lub groźne tematy zostają spłycone w sposób dość dramatyczny. Cała reszta jest jednak zakresem indywidualnych odczuć. Na tym protokół zakończono o godz. 19.00.

©Protokołowała mgr Urszula Lip




wróć do spisu dyskusji