Protokół ze spotkania
Sekcji do Badań Kultury i Literatury Popularnej
Polskiego Towarzystwa Retorycznego
5.03.2003


Dyskusja o filmie Władca Pierścieni: Dwie Wieże


Spotkanie odbyło się w dniu 5.03.2003 r. i 12.02.2003 r. na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego (s. 18). Uczestniczyli w nim, oprócz członków PTR, studenci polonistyki oraz innych wydziałów, a także uczniowie liceum. Spotkanie rozpoczął prof. dr hab. J.Z. Lichański cytując fragment "Dialogu" traktujący o kulturze popularnej. Po burzliwej dyskusji związanej z odbiorem literatury popularnej, dyskutanci przeszli do właściwego tematu, tj. do drugiej części dyskusji na temat "Władca Pierścieni: Dwie Wieże". Po krótkiej wymiany zdań na temat przyszłych losów Aragorna, Arweny i Golluma rozpoczęto właściwą dyskusję:

Hubert Nowaczewski: Pod jakim względem orkowie są ciężką piechotą? Dlaczego to się nie zgadzało z książką i w jakim sensie?

Katarzyna Aust: Orkowie tak opancerzeni niewiele by sobie robili z gradu strzał. Podobnie jak krzyżowcy podczas krucjat - jeżeli przypadkiem musieli walczyć piechotą w polu, właściwie jaki by nie był stosunek sił, zwyciężyć musieli. W momencie, w którym taki przeciętny uruk Sarumana, a więc właściwie każdy, ma pancerz, w którym widać otwory na twarz, a odkryte tylko dłonie i stopy - niewiele sobie robi ze strzał z łuku.

Hubert Zienkiewicz: Ale to tłumaczy, dlaczego orki używają kusz - kusza jest ostatecznym argumentem.

Katarzyna Aust: Kolejna rzecz: Legolas ze swoimi dwoma nożykami nie miałby czego tam robić. On, zauważycie, nie wyszukuje słabych punktów, nie przełamuje blokad, nie trafia w złączenia, tylko po prostu dziurawi te ciężkie zbroje.

Hubert Zienkiewicz: To jest możliwe, jeżeli orki miały zbroje owszem, żelazne, ale nie stalowe, a on miał stalowe noże. Bo żelazo samo z siebie jest dosyć kruche i giętkie. Tylko wtedy cała broń, wszystkie szable, miecze uruk-hai - wszystko to jest bez sensu, ponieważ po trzech ciosach trzeba lecieć i przekłuwać wszystko na nowo, bo się wygnie.

Katarzyna Aust: Miecze uruk-hai są zwykłymi mieczami. Takim mieczem można ewentualnie rąbać płyty styropianu.

Marcin Malicki: W pewnym momencie pada uwaga Legolasa, żeby strzelać pod pachwinę, a w chwilę później elfy strzelają zza muru, gdzie w ogóle nie widać przeciwnika.

Katarzyna Aust: Taka uwaga skierowana do doświadczonych wojowników jest obraźliwa. Oni naprawdę jej nie potrzebują, doskonale o tym wiedzą.

Marcin Malicki: Niekoniecznie, ponieważ w chwilę wcześniej pokazano, jak stoją na murach z łukami także niedoświadczeni wojownicy.

Hubert Zienkiewicz: Poza tym pikinierzy orków ponieśli totalną klęskę w momencie, w którym nie mieli prawa jej ponieść. Kawaleria Rohanu powinna zostać zmiażdżona.

Anika Radzka: Nie wspomniałeś, że Rohirrimowie zjeżdżali po dużej stromiźnie, więc konie właściwie powinny połamać sobie nogi.

Hubert Zienkiewicz: Po stromiźnie można zjeżdżać, Japończycy to udowodnili. Po czymś takim da się zjechać, można zaszarżować.

Radosław Nowaczewski: Tylko nie w tak głębokim szyku, przecież zgniótłbyś sobie tyłem przód - ci z tyłu wjechaliby na tych z przodu.

Katarzyna Kuciel: Ale nimi dowodził Gandalf Biały!

Radosław Nowaczewski: Ale to nieistotne.

Głosy z sali: Jak to nie?!

Radosław Nowaczewski: Kawalerią szarżuje się bardzo krótkimi szeregami.

Kinga Kwaterska: Ja mam inne zastrzeżenie do tego filmu, które częściowo się pokrywa ze wszystkimi komentarzami dotyczącymi Legolasa zjeżdżającego na tarczy itd. Ten film traci bardzo wiele ze swej wielkiej powagi - ja to nazywam powagą Tolkiena, która jest w książce i jest w pierwszej części - brak klimatu i atmosfery: wszyscy sobie zdają sprawę, że walczą w ostatniej bitwie. To jest coś, co rozstrzyga - oni nie mogą się poddać, bo jeśli się poddadzą, to automatycznie przegrywają wszystko, bo tam jest wszystko do przegrania. W drugiej części filmu coraz mniej to widać. Bohaterowie zaczynają się bawić, stosować tricki typu: rzuć mnie, tylko żeby elf nie widział - wszystkie te sceny, moim zdaniem, podważają powagę tego, co się dzieje.

Urszula Lip: Zgadzam się. Zniknęła gdzieś powaga elfów. To, co zrobiono z eflami w drugiej części filmu, totalnie wypaczyło charakter tej wojny. Przecież w pierwszej części filmu nie było nawet słowa, że elfy mają udać się do Szarej Przystani i odjechać. I oto nagle dowiadujemy się, że Elrond się waha, wysyła swoją córkę za morze, ponieważ się o nią boi...

Hubert Zienkiewicz: Elrond jest przedstawiony jako rasista...

Marcin Malicki: ...który boi się o córkę, że mu ją ktoś zabierze. Ten, który od wielu tysięcy lat zajmuje się walką ze złem, który myśli kategoriami całych ludów i jest człowiekiem, który całe swoje życie oddał dla dobra, teraz nie chce oddać swojej córki z tego powodu, że coś mu się nie podoba.

Radosław Nowaczewski: Zmiana tej postaci następuje już w pierwszej części filmu. Pół-elf wcale nie jest taki pro-wszystkie rasy, od samego początku mówi, że ludzie są słabi, że szeregi ich sprzymierzeńców topnieją i że to już właściwie jest przegrana sprawa. Moje odczucie jest takie: bardzo trudno mi się ten film ogląda, dlatego że obok scen i pomysłów świetnych są sceny przerażająco naganne, czego się nie spodziewałem po Jacksonie. Tam jest trochę geniuszu, ale jest bardzo dużo kiepskiej roboty - jak na człowieka, który zrealizował całkiem niezły film pt. Drużyna Pierścienia. Przede wszystkim zarzucić mu można zmianę funkcji postaci. Zmieniony jest Elrond, zmieniony jest Faramir, Eomer.

Marcin Malicki: Dla mnie największą stratą było, choć nie znam się na szczegółach techniczno-militarnych, pominięcie wyraźnego wątku moralnego, który posiada książka; że każdy dobry może ulec złu i że te decyzje odbywają się nieustannie. Dla złego też jest szansa powrotu. Tego w filmie nie ma. W książce w postaci Theodena był bardzo ważny element jego własnej decyzji - Saruman go czaruje, więc jest element złych czarów, ale jest także element decyzji. On się na to zgadza, nie patrzy na swój kraj, doskonale wie o śmierci Theodreda - w momencie, gdy Gandalf go uzdrawia, wie o tym. W filmie mówi: nie wiedziałem o tym. Mało tego, Gandalf wypowiada kwestię niedopuszczalną - mówi: To nie jest twoja wina. Czegoś takiego w książce nie ma. Leczy Theodena także tym, że każe mu spojrzeć na kraj.

Radosław Nowaczewski: Postać króla Theodena, oprócz Faramira, jest zmieniona chyba najbardziej. Nie mogłem uwierzyć, kiedy król Marchii mówi: Nie zaryzykuję otwartej wojny. Chciało mi się wstać i krzyknąć: Nie, nie zaatakujemy Saddama! Zauważyłem, że Jackson miał jakąś koncepcję, bo kiedy drugi raz oglądałem film (za pierwszym razem płakałem ze złości), podobała mi się scena, kiedy Hama ubiera Theodena we zbroję...

J.Z. Lichański: W filmie Gamling ubiera Theodena we zbroję, co jest błędem, ponieważ dowódca twierdzy nie będzie ubierał króla!

Radosław Nowaczewski: Theoden się wtedy waha. Ta scena była dobra: król waha się, ponieważ jego naród staje na krawędzi zniszczenia. Ale później Theoden waha się tak naprawdę przy wszystkich. On się łamie podczas bitwy. To nie jest ten król, o którym czytałem, że jak wstał z tronu, otrząśnięty z zaklęcia, to stwierdził: Zbierzemy tyle wojowników, ile możemy, i stoczymy taką bitwę, o której wszyscy będą śpiewać po kres historii. Filmowy król się nie przejmuje. To Denethor miał być władcą wątpiącym, ale Denethor miał podstawy, by wątpić - widział w palantirze to, co mu podsuwał Sauron. Natomiast Theoden nie miał nigdy podstaw, aby wątpić, on nie był taką osobą. To była taka postać, która wsiądzie na konia, weźmie dwa tysiące wojowników, pojedzie, zginie, ale będą o tym śpiewać pieśni.

Agnika Radzka: Wychodzi tu jeszcze jeden aspekt, że w filmie Gandalf nie odczarował go tak do końca, bo Theoden ciągle jest słaby.

Radosław Nowaczewski: Całkiem mnie zabiła scena, kiedy Theoden rzuca się na Grimę z mieczem.

Karolina Stopa: W filmie wyraźnie jest pokazane, że Theoden został opętany przez Sarumana. W książce przedstawiono Theodena nie jako człowieka opętanego przez zło, przez złego człowieka, ale jako człowieka starego, złamanego nieszczęściami, które spadły na jego kraj, w związku z tym dającego posłuch złym podszeptom.

J.Z. Lichański: Wszyscy błądzicie. Jedna uwaga: nikt nie przeczytał uważnie wprowadzenia do filmu. Zemściło się to, co chcieli zrobić dobrze. Rohirrimowie zostali pokazani jako Brytowie gdzieś z okresu bitwy pod Hastings. I tu jest olbrzymi błąd. Bitwa pod Hastings była końcem, tak samo jak bitwa pod Marną była końcem. Tymczasem bitwa w Helmowym Jarze nie była końcem. Theoden w to nie wierzył. Theoden ma moment zwątpienia, ale to będzie przed bitwą na polach Pelennoru. Jedyny raz wyłamuję się z tego, co sam powiedziałem. W którym momencie jest śpiewana słynna ballada o jeźdźcu, zresztą autentyczna pieśń? Przed rozpoczęciem ostatniej szarży - to pierwsze odstępstwo. Drugie odstępstwo - ona jest śpiewana przez Aragorna, kiedy przyjeżdżają do Edoras. Natomiast w książce recytuje ją król, który za chwilę rusza do boju, o którym wie, że to jest już ostatni. Jackson wpakował się razem z resztą scenarzystów i doradcami w sytuację, z której nie wiem, jak wybrnie. Końcowa scena jest dla mnie dość szokująca, dlatego że to jest ostatni dowódca, któremu powierzyłbym cokolwiek. Może Eomer - jest narwany, głupi, ale do szarży się nadaje. Ale nie Theoden, który się załamał.

Hubert Zienkiewicz: Ale tu jest jeszcze jeden problem. Jeżeli to mają być Brytowie, to powinni być opancerzeni i walczyć pieszo z dwumetrowymi toporami, żeby zdejmować jeźdźców. Rohirrimowie książkowi byli kawalerią nordycką.

J.Z. Lichański: Nie, wszystko się zgadza, to jest Mercja. Oni zachowują się tak jak kawaleria rzymska, z tym że dołożyli sobie lance. Tu jest podstawowy problem: niepotrzebnie, a proszę uważnie przeczytać, jaka to była straszliwa duma, właśnie między innymi Theoden i jeźdźcy Rohanu, i jeszcze ktoś, już nie pamiętam kto, chyba Gondorczycy, są ubierani w stroje, które mają potwierdzenie archeologiczne w archeologii wysp brytyjskich. I to jest debilizm, to nie ma sensu, nawet jeśli zgodzimy się, że Tolkien miał taki pomysł, np. ballada, którą śpiewa Frodo, to autentyczna ballada ludowa z pogranicza angielsko-walijskiego Człowiek z księżyca, która funkcjonuje od XVII w. Po co? Niepotrzebnie. Oni się wpakowali w coś, co jest nonsensem. Architektura Rohirrimów jest architekturą normańską. Tego to ja już nie rozumiem.

Hubert Zienkiewicz: Żeby mieć szansę z orkami, powinni być ciężką kawalerią normańską w pełnych zbrojach.

J.Z. Lichański: Ale po co w ogóle jest podjęty wątek jakichkolwiek źródeł archeologicznych? To jest niepotrzebne. To jest mylące, bo to nas przesuwa w okolice między V a VI w., po co? Tak samo, z całym szacunkiem, scena śmierci Aragorna i odejścia Arwen, fenomenalna jako sama w sobie, to jest nałożenie na siebie dwóch tradycji, połączenie elementów niełączliwych. Sama w sobie scena jest cudowna i wprowadza element, którego nie będzie. Dla mnie ten film jest niespójny w takich punktach, w których powinien być spójny. O ile pierwsza część jest dobrze zrobiona (połączenie architektury indyjskiej z kolonialną), to tutaj jest połączenie rzeczy niełączliwych: archeologia wysp brytyjskich z okresu wczesnego średniowiecza i elementy malarstwa prerafaelickiego. To samo dotyczy architektury Osgiliath - z obrazów prerafaelitów, a panorama - taką makietę pamiętam z Panienki z okienka, co jest skandalem w odniesieniu do takiego filmu. To jest po prostu źle zrobiona makieta i źle sfotografowana. I w dodatku niepotrzebna. Ponadto mam jedno proste pytanie: na którym brzegu Anduiny oni w końcu są?!

Hubert Zienkiewicz: To jest mniej ważne, bo tak naprawdę to jest Stalingrad. Jak się popatrzy na zachowanie żołnierzy Gondoru - oni się bronią jak Niemcy w Stalingradzie, brakuje tylko biegnących Rosjan.

J.Z. Lichański: Moje pytanie jest bardzo uzasadnione. Jeżeli w książce nadchodzą lewym brzegiem Anduiny, to są po lewej stronie, czyli most mają za plecami. Tutaj mają most przed sobą, bo od lewego brzegu atakuje nazgul, ale wychodzi na to, że orkowie miotają katapulty z prawego brzegu.

Hubert Zienkiewicz: To jest sprytny manewr taktyczny orków: magiczne kamienie, które zawracają, żeby zmylić obrońców.

Katarzyna Kuciel: Nazgul zjawia się nagle i jego pojawienie się ma sens wyłącznie w odniesieniu do zachowania Faramira.

Marcin Malicki: Ale co to jest za osoba, która podejmuje decyzję, że zaprowadzi Froda do ojca, a potem go puszcza...

Katarzyna Kuciel: Ponieważ całe zachowanie Faramira jest bez sensu w tym filmie.

Paweł Skalski: Ja uważam za największą wadę tego filmu, która może przestać funkcjonować jako największa wada, jeśli całkowicie oderwiemy się od książki, ale - jak pokazuje przebieg dotychczasowej dyskusji - nie jesteśmy w stanie tego zrobić mimo najszczerszych deklaracji. Chodzi o coś, co ja uważam za odwrócenie funkcji postaci, które - jeśli chodzi o drugi tom książki - niosą ze sobą podstawowe przesłanie. Faramir, któremu udaje się sprostać zadaniu, któremu nie sprostał Boromir: świadomie wyrzekł się Pierścienia. Co z niego zrobiono? Ad demonstrandum. Theoden, który jest szlachetnym władcą, który daje się opętać doradcy, daje się uleczyć i później przebacza Grimie, albo lepiej: daje mu udowodnić, czy jest mu wierny, czy nie, bo jeżeli go spotka drugi raz, to już mu nie da szansy. W tym momencie funkcję Theodena przejmuje w jakiś przewrotny sposób Aragorn. W podobny sposób funkcję Theodena przejmuje Aragorn w czasie ostatniej szarży - o czym była mowa. Jeżeli chodzi o odwrócenie funkcji postaci, mamy też do czynienia z postacią, o której jeszcze nie było mowy, która jest jedną z fundamentalnych, prywatnie ulubionych przeze mnie: mianowicie Drzewiec. Kim jest Drzewiec w filmie? On ma wszystko totalnie gdzieś. Z całej niepochopnej narady entów wychodzi to, że enty mają wszystko gdzieś i decydują się na jedną szlachetną rzecz: mianowicie na taksówkę dla hobbitów do skraju Fangornu. Po czym podejmują wybitnie niepochopną decyzję zobaczywszy kilka karczów. Te postacie w ogóle przestają być pozytywnymi postaciami.

Anika Radzka: Nie umieją upilnować swojego własnego kraju. Nie zauważyły, jak im orki wycięły pół lasu.

Marcin Malicki: Moim zdaniem jedną z głównych funkcji entów jest to, że one są bardzo głęboko osadzone w języku i w pamięci tego świata. Jackson jednak bardzo konsekwentnie zrezygnował z poezji w filmie i całej warstwy językowej, spojrzenia na kulturę przez język. Jeśliby miał coś ciąć, to powinien wyciąć tych entów i wprowadzić inne sceny, które są bardzo istotne.

Paweł Skalski: I z całej konstrukcji, ze wszystkiego, co niosą w sobie postaci entów, zostały tarany do kruszenia murów.

Kamila Stępień: Mnie zaniepokoiło to, że strona zła jest zdeterminowana, zorganizowana i wszyscy idą wspólną ławą, natomiast bardzo rozproszona jest ta strona dobra. Jest rozbicie. Najsilniejsze filary dobra, które traktowałam jako nadzieję, entowie, którzy byli bezsprzecznie pozytywni, nagle są odczłowieczani w sensie cech, np. współczucia, i przestają być jakimkolwiek oparciem. Tak samo elfy są tak bardzo zdehumanizowane, że jak zobaczyłam wojsko łuczników, to bardziej mnie przerazili niż wnieśli nadzieję do mojego serca.

W tym miejscu nastąpiła bardzo burzliwa dyskusja na temat wyglądu wojska elfów.

Katarzyna Aust: W momencie, w którym już przeszliśmy do porównywania książki i filmu: całkowita zmiana funkcji postaci, i to właściwie przy wszystkich postaciach. I także w stosunku do pierwszej części filmu.

Katarzyna Kuciel: Ale film sam w sobie jest dzięki temu spójny.

Katarzyna Aust: Jedziemy po wszystkich postaciach po kolei i wszystkim się przyglądamy. Aragorn, prezentacja z pierwszej i drugiej części: w pierwszej człowiek z lasu, trudno tu mówić o jakimkolwiek majestacie, królewskich echach; w drugiej części niby jest tym działającym, przyjmuje funkcję działającego Theodena, działającego Drzewca, ale jednocześnie chodzi po Helmowym Jarze i kracze: na pewno upadniemy, na pewno zginiemy. Z Legolasem obaj razem do siebie kraczą. Gimli: krasnolud, w książce postać poważna, jest po prostu zwykłym błaznem.

Anika Radzka: Przeczytałam gdzieś recenzję, że ktoś był bardzo zachwycony, jak cudownie został wykorzystany talent komiczny aktora, który grał Gimliego.

Katarzyna Aust: To się wiąże z pewną rzeczą. Pierwsza część filmu, w porównaniu z książką, była monolityczna w nastroju posępnym, o tyle tu, gdzie w książce druga część jest bardziej jednorodna, poważna - co chwila pojawiają się elementy komiczne w postaci krasnoluda w przydługiej kolczudze, to elfa zjeżdżającego na tarczy.

Marcin Malicki: W drugim tomie książki mamy element mitu króla, który ma majestat w samym sobie, i ta scena, w której Aragorn rozmawia z orkami na murze i orkowie nie boją się samego majestatu. Jest w tym głębokie mityczne osadzenie tego - w filmie dla odbiorcy amerykańskiego to, że ktoś nie atakuje, ponieważ ten drugi ma bombę atomową, jest nie do zrozumienia, tak samo jak dla Jacksona było nie do zrozumienia to, że można było odpędzić nazgula przywołaniem imienia Elbereth w pierwszej części, zamiast przyłożenia mu płonącą pałką. To jest argument.

Katarzyna Aust: Elementem tego samego będzie na przykład to, że w filmie zachowano rozbrajanie Gandalfa i kompanii przed pałacem Edoras, ale jest element całkowicie bez znaczenia. Na tym tle koresponduje scena z mieczem Boromira i Aragorna. Tamta scena pokazuje, że Aragorn jest tym, który do miecza ma do szacunek.

Paweł Skalski: Boromir poznał przecież i obraz, i miecz.

Katarzyna Aust: Dla Boromira jest to po prostu martwa rzecz.

W tym miejscu nastąpiła krótka wymiana zdań na temat starożytnych mieczy i zbroi. Potem dyskutanci przeszli do omawiania sceny opętania Theodena.

Katarzyna Aust: Zauważycie, że Aragorn jest na dworze Thodena gościem. Gdyby gość zachował się tak, jak on, i zaczął bić gwardzistów króla, po prostu dostałby mieczem w głowę, i tyle. Zresztą wprowadzono osoby, których w książce nie ma. Możemy się domyślać, że to byli strażnicy, ale ponieważ znamy książkę, wiemy, że takich osobników nie było. Na tle filmu to jest po prostu kilku ludzi z bliskiego otoczenia króla, a więc czy to doradców, czy gwardzistów, kimś tam są, skoro się tam znaleźli. I nasi wspaniali bohaterowie biją ich.

Kamila Stępień: To jest kolejna komiksowa scena: czarodziej czaruje, z tyłu taki dymek...

Katarzyna Aust: Wracając do przesunięcia znaków przy postaciach. Saruman - w książce nie jest sługą Saurona w swych zamierzeniach, a tu - od początku zaprezentowano idealnie monolityczne zło, Saruman, który pociąga za wszystkie sznureczki.

Hubert Zienkiewicz: Tak, a ponadto Saruman z dużą radością biega za Sauronem i żeby mu się przypodobać, sam pójdzie na Rohan, żeby mistrz się nie męczył, bo ma jeszcze Gondor do zdobycia.

J.Z. Lichański: I dlatego Christopher Tolkien wyszedł z prezentacji z kwaśną miną - bo Christopher, w odróżnieniu od nas, zna już całość. Z tego, co wiem, nie wypowiedział się ani "tak", ani "nie". Skasował dwanaście milionów dolarów...

Katarzyna Aust: ...więc nie może się źle wypowiadać.

J.Z. Lichański: Ale nie był zachwycony. Przepraszam, skoro mówimy o Theodenie. To jest sprawa skomplikowana. [W tym miejscu następuje cytat z "Dwóch Wież" od słów: "Podobno nigdy jeszcze nieprzyjaciel nie zdobył Rogatego Grodu szturmem - rzekł Theoden".] I po tym Aragorn wychodzi na mury, spotyka się z orkami, zeskakuje z murów i wtedy następuje wysadzenie murów w powietrze. Ale wtedy też słychać nadchodzących huornów. Wcześniej jeszcze jest taka sytuacja, kiedy Tolkien pokazuje w walce dwie sprawy - to jest to, co wypadło - wejście do jaskiń troszkę inaczej wygląda, tutaj ono jest jakby wewnętrznym wejściem. Tymczasem Gimli i Eomer zamykają przepływ i w momencie, kiedy orkowie chcą szturmować, okazuje się, że nie mogą wejść dalej. Nie ma możliwości wejścia do jaskiń. Gdyby nawet zginęli Rohirrimowie w szarży, to i tak lud ocaleje w jaskiniach. Ale mnie chodzi o tę sytuację zwątpienia Theodena. Theoden wątpi tuż przed świtem, przed rozpoczęciem szarży.

Katarzyna Aust: Ale też sam sobie daje odpowiedź. Dzieli się wątpliwościami z Aragornem, ale Aragorn nie musi go przekonywać, Theoden podejmuje decyzję sam.

Marcin Malicki: Tak, ale jest to również odwrócenie w filmie. W książce jest powiedziane, że król boi się pozostać w twierdzy, że chciałby walczyć w polu. W filmie jest tak, że Gandalf go namawia do walki w polu, jak on nie chce walczyć - co jest absurdalne dla króla jeźdźców, który czuje się pewnie tylko w polu.

Kinga Kwaterska: Chciałabym na chwilę wrócić do problemu rozproszenia władz dobra. Wygląda to tak, że oni naprawdę nie mają żadnego planu. Elrond, który miał być postacią w pierwszej części w miarę pozytywną, to safanduła, a do tego elfy pakują się na statki i uciekają, bo tu nie ma co robić. Tak to wygląda - ucieczka w panice. Nie jest wyjaśnione, dlaczego elfy właśnie w tej chwili odpływają. Nie chodzi o to, że odpływają od lat - oni się nagle pakują na statki i odpływają. Tak samo dwaj wielcy królowie... Nawet ten biedny Frodo, który gdzieś tam się wlecze i w ogóle nie wie, co ma ze sobą zrobić... Jedynymi osobami, które mają jakiś plan i są w miarę odważne, są Aragorn i Gandalf.

Katarzyna Aust: I w porywach Pippin - nagle przypływ inteligencji, inicjatywy i długoterminowego myślenia.

Urszula Lip: I w tym momencie nie ma sensu narada u Elronda. Po co ona była?

Kinga Kwaterska: Nie ma sensu. Zastanawiam się, kto w takim razie pokona nazgula, bo chyba nie Theoden, który na widok zwykłych orków ucieka. Na widok nazgula chyba umrze ze strachu.

J.Z. Lichański: Przyjedzie Arwena i przywiezie Andurila.

Paweł Skalski: Wypadł wątek przywiezienia chorągwi. A propos Szarej Drużyny, której funkcję pełnią może ci elfowie przybyli do Helmowego Jaru, chciałbym zwrócić uwagę na pewną szaloną niekonsekwencję i niespójność w filmie, jeśli już mówimy o realiach. Skąd ci elfowie się tam wzięli? To jest niejasne. Niby Galadriela była inicjatorką, ale przynoszą pozdrowienie z Rivendell. Gdyby wyruszyli z Rivendell, musieliby wyruszyć na dobry miesiąc zanim ruszyła Drużyna, żeby dojść na czas do Helmowego Jaru.

Marcin Malicki: I jeszcze jedna rzecz: dlaczego elfami z Rivendell dowodzi Haldir z Lorien?

Paweł Skalski: Po drodze musieli jeszcze wpaść po Haldira.

Radosław Nowaczewski: Ponadto musieli przejść pod nosem Sarumana. A oni tak tupali, że obudziliby samego Saurona.

Paweł Skalski: W filmie było to rozegrane w ten sposób, że tuż przed bitwą był dialog telepatyczny między Galadrielą a Elrondem wyjaśniający w jakiś sposób wątpliwości Elronda i natychmiast w ten sam sposób został przeteleportowany zbrojny zastęp.

Kinga Kwaterska: A wiemy, że oddział, który odjechał trzysta staj, wracał pięć dni.

Paweł Sklaski: Elfowie szli pieszo, a tamci mieli konie.

Urszula Lip: Czy mogę zwrócić uwagę na postać, którą pominięto, a która może nie jest tak bardzo ważna, ale jednak jest moją ulubioną postacią - Eomera. W tym filmie Eomer nie jest złą postacią: pokazano go jako człowieka dosyć odważnego, prawnego, zdecydowanego, patriotę, ale nic nie zostało z jego "ludowej" mądrości. W książce Eomer jest mądry "mądrością ludową", jak ja to nazywam. Nie kłamie, więc nie da się go okłamać. Wyczuwa w Aragornie przyszłego króla, nie potrzeba mu dowodów. W tym momencie czegoś w tej postaci brakuje. Właściwie to bardzo dużo - nie potrafię zrozumieć, dlaczego scenarzysta wysłał go trzysta staj na północ. To znaczy rozumiem, że jest to kwestia konwencji, więc ktoś musiał zjawić się na odsiecz. Skoro o Erkenbardzie nie było mowy, o huornach też, musieli dać na odsiecz Eomera.

Katarzyna Aust: Malutka niekonsekwencja techniczna: w momencie, kiedy spotyka Aragorna, Eomer wędruje sobie z małą drużynką, a później zjawia się z armią.

Hubert Zienkiewicz: Bo Eomer przygotowuje się do przewrotu wojskowego.

Urszula Lip: Chciałabym teraz trochę obronić Jacksona: być może zrobiono to, co w pierwszej części: zbyt dużo wycięto w montażu i z tego powodu sceny nie składają się w jedną całość. Może kiedy na DVD wyjdzie czterogodzinna wersja, zobaczymy, dlaczego Eomer pojechał na tę północ.

Kinga Kwaterska: Ale montażem nie można całego filmu tłumaczyć.

Radosław Nowaczewski: Właśnie, i widać, jak wiele tracą Eomer i Faramir. Faramir jest tą osobą, która nie miała w sobie błękitnej krwi, jak Aragorn, tylko według mnie był jednym ze zwykłych ludzi, który mówi w pewnym momencie: choćby to leżało na bruku, to ja się nie schylę. To jest zwykły człowiek, szary, z rodzaju tych, przez których Śródziemie jest odgrodzone od Saurona.

Urszula Lip: Ja bym powiedziała, że on niezupełnie jest zwykłym, szarym człowiekiem.

Radosław Nowaczewski: Jest wykształcony, bardzo inteligentny, niezwykły, ale jego krew i pochodzenie, w porównaniu z Aragornem, nie jest tak wielkie.

Paweł Sklaski: Dokładnie nie zacytuję, ale odpowiedź na to dał sam mistrz, który w oczach Peregrina dokładnie określił, kim jest Faramir: że jest władcą wśród ludzi. Był to jeden z ludzkich władców w odróżnieniu od Aragorna, który był jednym z elfich, boskich władców, tych z dawnych dni.

Radosław Nowaczewski: Pippin mówi, że Faramir ma w sobie coś z Gandalfa. Może moje rozumowanie jest błędne, ale jednak można tu zobaczyć, jak wysoko może zajść zwykły człowiek, bez żadnego mistycznego wsparcia elfów.

Agnieszka Szurek: W filmie wszystkie postaci są do siebie podobne - Aragorn jest podobny do Faramira, Faramir do Eomera - nawet jeśli chodzi o typ urody. Nie ma wyczuwalnego dystansu między prostą, ludową mądrością Eomera a dworską kulturą Faramira. Wracając do rozproszenia się dobra, wydaje mi się, że oba filmy próbują budować taką wizję, że jest to wojna ludzi przeciwko zło. Nawet pada taka kwestia, że armia Sarumana jest przygotowana po to, by zniszczyć świat ludzi.

Urszula Lip: Ale to przecież Frodo niszczy Pierścień, a Frodo nie jest człowiekiem!

Hubert Zienkiewicz: Tego się nie dało wyciąć.

Paweł Skalski: W książce jest często podkreślane, że przeciw złu walczy koalicja wszystkich ludzi.

Agnieszka Szurek: Tak, i w filmie tego zabrakło.

Kinga Kwaterska: Jeśli chodzi o koalicję, to enty zostały sprowadzone do poziomu niżej niż parteru. W książce enty są ludem, który przetrzymuje pamięć o wszystkim, co się wydarzyło. Jednym z moich ulubionych fragmentów poetyckich jest wiersz dotyczący wszystkich ras wszystkich ludów, które zamieszkują Śródziemie. Nie ma w niej hobbitów, dlatego Drzewiec ich nie rozpoznaje. Poza tym doskonale zdaje sobie z tego sprawę, jakie są układy.

J.Z. Lichański: Pozwolę sobie przypomnieć, że wyleciała pieśń entów, która przypomina Beleriand. Jeszcze jedna uwaga - to mnie dręczyło, nie mogłem znaleźć tego fragmentu, teraz go mam. [W tym miejscu nastąpił cytat z "Dwóch Wież" od słów: "Gandalf zaczął mówić szybko, głosem tak ściszonym...".] Theoden jest po prostu olbrzymem, jest wielki. A w filmie on jest kurdupel.

Paweł Skalski: Tam jest fragment, gdy przyjaciele wchodzą i widzą męża, który za młodu musiał zadziwiać wspaniałą postawą. To nie jest tak, że on jest nagle zamieniony w starca.

J.Z. Lichański: "Starzec z wolna dźwignął się na nogi". Po pierwsze - grzeczność zobowiązuje. Tego nie ma! To jest właśnie wstrząsające w postaci Theodena! Tego w książce Eomer nie może przeżyć, bo Theoden jest wielki i potężny. Jeśli on rozpoczyna szarżę, to wie, co mówi - bo jeśli machnie mieczem, a trzeba wziąć pod uwagę, że będzie miał w ręku coś w rodzaju Zerwikaptura, to tam trzech od razu padnie, a czwartego skosi jelcem. To jest coś, czego mi brakuje. Trzeba pamiętać, że tak naprawdę są to Longobarodowie. Jeśli reżyser poszedł w kierunku rekonstrukcji historycznej, co jest bzdurą, to musi pamiętać, że Rohirrimowie są Longobardami, a oni z kolei byli dość potężni. Tak jak Zygfryd. Ja nie akceptuje tego. Pani mówiła o Aragornie - zgoda. Ale jedyną postacią, jaka się rozwija, jest Arwena, w związku z tym boję się, że to Arwena przyleci na pola Pelennoru z Andurilem, albo jej tatuś przyjedzie i zginie, niezgodnie z historią - ale chyba nie.

Urszula Lip: Musi przybyć, nie oszukujmy się, bo tu chodzi o Eowinę. W amerykańskim filmie nie może się obejść bez rywalizacji o mężczyznę.

Anika Radzka: Aktor, który grał Faramira, przypominam mi taką zimną rybę w galarecie: zero jakichkolwiek emocji. Jak Eowina, która jest w tym filmie pełna ciepłych emocji, może się w takiej zimnej rybie zakochać?

Urszula Lip: To jest odwrócenie ról. W książce Eowina była zimna, w filmie Faramir.

Marcin Malicki: Eowina jest jedną z barwniejszych postaci. Dialog pomiędzy nią a Grimą jest dobry, choć oczywiście nie ma takiego dialogu w książce, ponieważ oddaje ducha oddziaływania. W książce tego ducha widać podczas rozmowy, której też w filmie nie ma, czego nie mogłem przeboleć, bo uważam, że jest fundamentalna, kiedy przybywają do Ortharku. Chodzi o to, że zły szuka miejsca najsłabszego w dobrym, jakiejś pychy, pragnienia własnej wielkości - w ten sposób Grima ją uwodzi i prawie się mu to udaje.

Urszula Lip: Dobrze, ale w takim razie nie ma elementu zaskoczenia dla widza. W książce Eowina jest pokazana w jakimś procesie, na początku nie wiemy, dlaczego ona się zachowuje tak, a nie inaczej, to okazuje się dopiero później.

Paweł Skalski: Słowa, które w tej rozmowie padają, są słowami Aragorna z trzeciej części - to jest wyjaśnienie wsteczne.

Marcin Malicki: Co jest jeszcze ważne, kiedy Faramir rozmawia o Pierścieniu - nie chce patrzeć na Pierścień, bo wie, że Pierścień jest potężny i nie może się wystawiać na taką próbę. W filmie on sobie go po prostu ogląda, jakby to była zabawka. Przegrałby natychmiast, zabiłbym Froda w tym momencie, wziąłby Pierścień. Jeśli on był tak dalece pyszny, jak w tej scenie z filmu, tak dalece ufał sobie - to Pierścień by go usidlił. W książę Faramir jest skromny.

Radosław Nowaczewski: Na samym początku, kiedy zaczyna się domyślać, czym jest Zguba Isildura, mówił Frodowi: Nie schyliłbym się po to, nawet gdyby leżało na drodze. Potem jest scena podczas uczty, gdy Sam zdradza, co niesie Frodo. Faramir wstaje, w tym momencie Pierścień go kusi. Natomiast nie ma tam sceny, żeby on wyjmował jakąś broń - to po pierwsze, a po drugie, żeby na Pierścień patrzył. W tym momencie Faramir mówi: Przyrzekłem ci, że nie schyliłbym się po to, choćby leżało na bruku, a ja nie zwykłem łamać własnego słowa.

Urszula Lip: Chciałabym się dowiedzieć, po co Faramir ich ciągnął z powrotem tyle mil do Osgiliath? Przecież to jest kompletnie nielogiczne! Po pierwsze, ile oni musieliby dni iść do Osgiliath?

Hubert Zienkiewicz: Oni tam poszli po to, by spotkać nazgula.

Urszula Lip: W momencie, gdyby nazgul wyczuł Pierścień, to byłby już koniec.

Hubert Zienkiewicz: A Frodo machał mu nim przed nosem.

Katarzyna Aust: I ktoś strzela do nazgula!

Radosław Nowaczewski: Podczas tej sceny dziewczyna, która siedziała obok mnie, a która raczej chyba nie czytała książki, obgryzła paznokcie.

Katarzyna Aust: Wpadnę w słowo. Też miałam taką sytuację w rozmowie z osobą, która Władcy nie czytała. Zauważyłam, że tego, czego mi brakuje, to zaufanie wewnątrz Drużyny. Na co usłyszałam odpowiedź: Przecież tam zaufania nie ma, czego dowodem Boromir, który próbuje zabrać Pierścień. Ja odpowiedziałam: To właśnie wpływ Pierścienia. Ta osoba powiedziała: Pierścień to tylko symbol. Na co ja podskoczyłam, zaczęłam przez dłuższy czas perorować, że Pierścień nie może być symbolem, ponieważ cała wyprawa staje się czymś rodzaju: "Anarchiści idą pod ambasadę spalić flagę". Nie przekonałam rozmówcy.

Urszula Lip: Ja spotkałam się z zupełnie innym odczuciem, że Pierścień jest niebezpieczny.

Katarzyna Aust: Z tego wniosek, że film nie pokazuje jednej wersji.

Kinga Kwaterska: Jeśli chodzi o Pierścień i nazgule, to i tak druga część w stosunku do pierwszej nie zachowuje spójności. W pierwszej jeszcze są te sceny, które pokazują zły wpływ Pierścienia. Później już tego nie ma, chociaż Frodo zbliża się coraz bardziej i Pierścień powinien na niego wpływać.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja na temat różnych koncepcji postaci Froda i Sama w filmie "Dwie wieże".

Urszula Lip: Uważam, że sceny z Frodem i Gollumem są bardzo dobre.

Marcin Malicki: To prawda, chociaż postać Golluma jest spłaszczona. Scena dialogu Golluma samego ze sobą i zaraz potem Gollum podejmuje decyzję, że jednak ich zaprowadzi do Szeloby... W książce jest pokazane, jak nikłe jest to dobro w Gollumie. W filmie jest pokazany dobry Gollum, który właściwie już wygrał, a właściwie Faramir to wszystko schrzanił. Gollum wątpi dopiero po tej scenie, kiedy został przez Faramira złapany, i zaczyna mówić, że został oszukany. Wcześniej było wszystko w porządku.

Radosław Nowaczewski: Ja uważam, że Gollum nie został dobrze zrobiony. Ciekawe, czy można było w ogóle w filmie zrobić go lepiej. Sądzę, że jest to bardzo trudne. Dziwię się, dlaczego Jackson, który tak świetnie robi Golluma, partaczy Faramira i Theodena.

Katarzyna Kuciel: Mam ciągle wrażenie, że to partaczenie wszystkich ważnych postaci w kontekście Aragorna jest celowe. Święta krew, łaska Valarów, zlatuje z klifu - oczywiście orki wiedzą, kto spadł - i wszystko jest w porządku. Każda konfrontacja z jakąkolwiek inną ważną postacią wychodzi na korzyść Aragorna. To on przyjmuje inicjatywę, to on mówi słowa, które w książce wypowiadają inne postaci. On jest po prostu przedstawiony jako ten, który zawsze jest nad. Nikt nie może być lepszy, nie może być tak samo dobry.

Paweł Skalski: Ale jednocześnie została gdzieś zgubiona królewskość Aragorna.

Marcin Malicki: To jest atrybutem samym w sobie w tym świecie mitycznym, prawda? I jest czymś niezależnym i nie sprowadzanym do działania. Majestat nie polega na tym, że Aragorn dobrze gada, tylko że jest w nim.

Karolina Stępień: Ale czy to można pokazać?

Katarzyna Aust: Na początku jest pięknie pokazany w pierwszej części moment pojawienia się Saurona na polu bitwy. Nie mam na myśli chwili, kiedy pojawia się i zaczyna rozrzucać rycerzy na wszystkie strony, tylko ten moment, kiedy widać przerażenie w oczach Elronda. Jeszcze jedna rzecz. Nie chciałam o tym mówić wcześniej, ponieważ jest to winą wyłącznie w kontekście książki, wręcz zbrodnią, wewnątrz filmu może się tłumaczyć doskonale. Moment, kiedy spostrzegają Białego Czarodzieja w lesie i Aragorn (sic!) mówi: Strzelacie szybko, bo rzuci na nas czar! Tego nie może powiedzieć Aragorn, bo mówimy z niego w tym momencie głupca, bo intuicja go zawodzi. W książce mówi wyraźnie: "Nie godzi się znienacka, bez uprzedzenia i wyzwania zabić tego starca".

Hubert Zienkiewicz: Prewencja!

Urszula Lip: Myślę, że to jest element tego, co zrobili w filmie: kwestie, które różne postacie z Tolkiena wypowiadają w książce, włożyli w filmie w usta innych postaci.

Paweł Skalski: W jaki sposób pokazuje się majestat słowami? Choćby tym, że nie wkłada się w usta postaci słów, które nie wypada im wypowiedzieć, czy przypisywać nieodpowiednich zachowań. Król pewnych rzeczy nie robi. Za to robi inne rzeczy. W momencie, gdyby jedno zachowanie czy wypowiedź niegodne króla zostały włożone w usta Aragorna, to pada cała postać.

J.Z. Lichański: No tak, ale ten błąd zauważyliśmy w pierwszej części, kiedy Gandalf zaczyna walkę z Balrogiem. W książce Aragorn i Boromir rzucają mu się na pomoc. Tutaj stoją z boku, patrzą, jak to się rozegra, i na końcu powstrzymują Froda. To jest bez sensu. Pani Katarzyna próbowała to wytłumaczyć. Ale już w drugiej części tych potknięć jest coraz więcej. Ta scena z przywróceniem do życia przez Arwen - nie, nie oszukujmy się, on by nie przeżył upadku z tak wysokiego urwiska. Arwen przywraca Aragorna do życia pocałunkiem - to jest odbitka sceny z Berenem i Luthien. Ale ta scena nie ma sensu. Po pierwsze, nie ma w ogóle sensu potyczka z wargami.

W tym miejscu nastąpiła długa dyskusja na temat całowania ludzi przez konie. Generalnie dyskutanci doszli do wniosku, że scena z koniem całującym Aragorna jest pełna patosu, ale jednocześnie śmieszna i niepotrzebna.

Radosław Nowczewski: Ktoś, kto nie czytał książki, może pomyśleć, że u Tolkiena bardzo wiele osób zmartwychwstaje w obu częściach. W trzeciej części mamy Eowinę, która dostanie potężny cios w ramię. Nie wiem, czy ludzie nie pogubią się w pewnym momencie w tych zmartwychwstankach.

J.Z. Lichański: I tu się w końcu okaże, że kolega Aragorn jest jednak królem, bo będzie ich hurtem uzdrawiał.

Kamila Stępień: Nie dość, że te zmartwychwstania zaburzają wątek poświęcenia, to jeszcze moim zdaniem zaburzają poświęcenie Arweny, bo jak ona się poświęca, kiedy ma określony zasób przywróceń do życia. Ile jej jeszcze pozostało?

Kasia Kuciel: Ale jest jeszcze jedna niespójność. Ona w pierwszej części filmu daje mu swoją nieśmiertelność, po czym w drugiej ojciec jej tłumaczy, że będzie patrzyła, jak umiera Aragorn. Może i później powiedział jej, że umrze, ale kiedy pierwszy raz ten film oglądałam, widziałam tylko, jak ona stoi i stoi, i stoi...

Marcin Malicki: Jest tutaj element myślenia mitycznego, w którym bardzo istotne jest przejście przez śmierć i który to motyw jest później u Aragorna na Ścieżce Umarłych. On przechodzi przez śmierć, żeby odnaleźć swoje prawdziwe ja. A tutaj traci to wszystko sens. Może zostało tego motywu trochę w opowieści Gandalfa, ale to także jest bardzo spłycone...

W tym miejscu nastąpiła dyskusja na temat ewentualnego przedstawienia Ścieżki Umarłych i ewentualnych przedstawień upiorów, po czym dyskutanci przeszli na temat aury.

Agnieszka Szurek: Zauważcie, że znowu szwankuje pogoda. W pierwszej części jesień trwała trochę za długo, a jeśli wziąć pod uwagę obie części, bardzo mi się nie podoba, że tu w ogóle nie ma pór roku. U Tolkiena było to bardzo ważne. Uważam, że można było to bardzo wdzięcznie pokazać w filmie, bo obrazem można przekazać bardzo wiele.

Marcin Malicki: Poza tym nie ma jeszcze - być może się pojawi - wypowiedzi Froda, która by wszystko przewartościowała: może przyjedzie taki czas, kiedy założę Pierścień i wtedy zrobisz wszystko, co ci rozkażę, nawet skoczysz w ogień. Sam nie rozumie, o czym on mówi, Gollum tego słucha z wybałuszonymi oczami. Tutaj tego nie ma. To nadaje pewną jednoznaczność scenie ostatniej przy wrzucaniu Pierścienia do szczeliny.

Katarzyna Aust: Jeśli o tym mowa, to zauważycie, że w filmie Gollum obiecuje, że przysięgnie, ale nie ma momentu przysięgi, co jest fatalne. Nie ma żadnego skrótu sugerującego, że ten moment został wycięty.

Anika Radzka: Ale Jacksonowi udało się zrobić coś wizualnie dobrego: Frodo ma coraz bardziej niebieskie oczy i jest coraz bardziej podobny do Golluma.

Radosław Nowaczewski: Tak mógł zrobić z wieloma elementami w tym filmie.

Katarzyna Kuciel: Myślę, że Jackson nie miał na to wpływu, ale miał za to wielu doradców. To jest wizja wielu osób, to się pomieszało.

Urszula Lip: Musimy wziąć pod uwagę, że jakkolwiek Jackson nie jest Amerykaninem (a może jest, nie wiem, gdzie on się urodził), to jednak film jest przeznaczony przede wszystkim dla przeciętnych Amerykanów.

Katarzyna Kuciel: To jest film, który ma przede wszystkim zarobić pieniądze.

Urszula Lip: Może Jackson nie dostałby tylu pieniędzy na realizację, gdyby chciał zrobić swoją własną wizję, bliską Tolkienowi...

Radosław Nowaczewski: Ale mógł kilka rzeczy zostawić. Czy np. Theoden był mniej zrozumiały, gdyby był bohaterski? Właśnie byłby bardziej zrozumiały.

Katarzyna Kuciel: Wiesz co, czytałam wywiad z A. Brzezińską - jej wydawcy nie pozwolili umieścić na pierwszej stronie jedenastu głównych bohaterów. Myślę, że film nie może mieć kilku głównych bohaterów. Tutaj jest Frodo, Gollum, Aragorn, gdzieś daleko jest Gimli i Legolas i reszta. Ja teraz tłumaczę film.

Radosław Nowaczewski: Theoden był władcą bohaterskim, jego odwaga była pokazana w pewnych decyzjach, w myśleniu. Można by go pokazać jako przeciwwagę dla Aragorna.

Katarzyna Kuciel: Nie, bo przyćmiłby "królewskość" Aragorna.

Radosław Nowaczewski: To nakręćmy film o samym Aragornie, niech on rzuci Pierścień, założy koronę.

Urszula Lip: Może to by było lepsze dla filmu?

Marcin Malicki: Ale jeśli oni chcieli wyeksponować Aragorna, to i tak zrobili to źle, dlatego że Aragorn jest jednowymiarowy. W książce pokazane jest jego odsłanianie się, ale w filmie tego nie ma.

Radosław Nowaczewski: Ale pytanie, czy Jackson mógł to zrobić?

Kinga Kwaterska: W pierwszej części z tego, co pamiętam, była taka scena, w której Aragorn mówił, że on się nie czuje gotowy do bycia królem. On do końca nie jest przekonany...

Radosław Nowaczewski: Ale albo Elrond, albo Gandalf mówili, że jest to ten, który może zjednoczyć wszystkich ludzi. A potem od razu pokazany jest Aragorn, który czyta książkę, i od razu jest ta scena z Boromirem i Arweną.

Urszula Lip: W książce Aragorn mówi: jestem potomkiem Isildura, nie Isildurem. W filmie to Arwena mówi tak do Aragorna, co sugeruje, że Aragorn się waha.

Radosław Nowaczewski: W filmie pokazane jest dojrzewanie Aragorna. W trzeciej części to będzie ten, który weźmie palantir, spojrzy w niego i rzuci wezwanie Sauronowi.

W tym miejscu nastąpiła burzliwa dyskusja na temat predyspozycji filmowego Aragorna do rzucania wyzwań komukolwiek. Potem dyskusja przeszła na temat nazgulów, a potem Faramira.

Radosław Nowaczewski: Mam żal do Jacksona, bo właśnie Faramira można było pokazać na tle Boromira jako pozytywnego bohatera, jako kontrast. To bardzo prosta rzecz. Tutaj Faramir nie musiałby konkurować z Aragornem, bo oni się jeszcze nie spotkali.

Agnieszka Szurek: Wydaje mi się, że Aragorn "obrabował" trochę Faramira pod koniec pierwszej części - jest ta scena z Aragornem z Fordem, bez sensu, moim zdaniem - i tam właśnie ukazano Aragorna jako tego, który umie się świadomie wyrzec Pierścienia.

J.Z. Lichański: Proszę się zastanowić, co będzie z kwestią połączenia tych wątków? Tam jest potężne zaburzenie chronologii. Nie wygrany element czasu, przemian pór roku. Niepotrzebnie wprowadzono Osgiliath. Ważne jest, jak to się wszystko zakończy. Frodo pójdzie do Mordoru, na Kirith Ungol będą mieli spotkanie z Szelobą, w porządku - dojdą, wrzucą. Ale reszta wątków? Przede wszystkim mamy dwie bitwy: na polach Pelennoru oraz przy bramie Morannonu. To jest bardzo skomplikowane. Może jednej z nich nie będzie? Ale Faramir i Eowina muszą się gdzieś spotkać.

Urszula Lip: Mam wizję, wiem co będzie! Bitwa na polach Pelennoru będzie bitwą finałową. W tym filmie nie ma innego wyjścia. Wszystko się tam rozstrzygnie.

W tym miejscu nastąpiły długie i fantazyjne spekulacje na temat trzeciej części trylogii. Potem dyskutanci wrócili, acz niechętnie, do analizy "Dwóch Wież".

Katarzyna Aust: Chciałabym przypomnieć jedną rzecz w ramach filmu: Po co Grima, jeśli król Theoden jest opętany przez Saurona? Jeśli Saruman egzekwuje swoją wolę ustami króla, Grima jest niepotrzebny.

Kamila Stępień: Jest jeszcze jedna niekonsekwencja. Po co Grima w ogóle jedzie do Sarumana, skoro został wypędzony?

Paweł Skalski: Jest na to uzasadnienie: żeby mógł zdradzić słabe punkty Helmowego Jaru.

W tym miejscu nastąpiła burzliwa dyskusja na temat usytuowania Helmowego Jaru. Uczestnicy dyskusji doszli do zgodnego wniosku, iż filmowy Helmowy Jar nie ma wiele wspólnego z książkowym i tak naprawdę nie ma prawa istnieć. Potem wrócili do omawiania szczegółów technicznych.

J.Z. Lichański: Obrona polegała na tym, że najpierw była obrona szańca. Zanim orkowie przełamali szaniec, został zniszczony most prowadzący bezpośrednio do strażnicy. W filmie przyspieszyli sam szturm, ale spowodowali nowe komplikacje. Po pierwsze, wygonili Eomera, w związku z tym nie ma kto z nimi być w jarze - twierdza blokuje dostęp do jaru. Po zdobyciu twierdzy automatycznie wchodzą do jaskiń. Zupełnie inaczej niż w książce. Ta zmiana jest dziwaczną zmianą krajobrazową. Natomiast groźniejsza zmiana polega na zlikwidowaniu huornów. Nie rozumiem tego. Groza polega na tym, że w pewnym momencie Isengard otaczają drzewa i Mery i Pippin są przerażeni. Woda Iseny zostaje skierowana specjalnie na Isengard. Zresztą w tym filmie szyby są tak głębokie, że nie ma szans, by woda je zalała.

W tym miejscu rozpętała się dyskusja na temat głębokości szybów w Isengardzie oraz sensu budowania tam na rzekach. Potem dyskutanci przeszli do omawiania "nieentowanych" entów.

Urszula Lip: Uważam, że filmowi zaszkodziły te wszystkie animacje komputerowe. Proszę się ze mnie nie śmiać, ale dla mnie bardziej są wiarygodne kukiełki Jima Hensona niż takie komputerowe postaci.

J.Z. Lichański: Rzeczywiście, sceny w Isengardzie są niewiarygodne i śmieszne.

Katarzyna Kuciel: Jest taka jedna dziwna scena, którą w kontekście filmu nie rozumiem: kiedy Pippin i Merry, siedząc na Drzewcu, widzą nagle Białego Czarodzieja. My go widzimy od tyłu... Ale nic z tego nie wynika.

Kamila Stępień: Wynika, bo Aragorn, Legolas i Gimli spotykają czarodzieja.

Katarzyna Kuciel: Ale nie dla Pippina i Merry'ego. Ja nie wiem, czy ten czarodziej to Gandalf, ja muszę się tego domyślać.

Paweł Skalski: Co robi Drzewiec? Próbuje ich zgnieść, a potem mówi: poczekajcie, biały czarodziej będzie wiedział, kim jesteście. Później dopiero rada entów decyduje: nie jesteście orkami. To co właściwie robi biały czarodziej?

Radosław Nowaczewski: Być może tu chodzi o to, że enty same decydują, w majestacie swego lasu, czy mają zabić hobbitów, czy nie.

Urszula Lip: Tak, ale to uwłacza inteligencji Drzewca, jeżeli on musi się radzić swoich kolegów, żeby razem zdecydowali, czy to są orkowie, czy hobbici.

W tym momencie nastąpiła krótka dyskusja na temat entów, ich prowadzenia się i języka, po czym rozmowa zeszła na temat Sarumana i jego podłych planów.

Marcin Malicki: Jeśli nie będzie rozmowy Gandalfa z Sarumanem i tych ostatnich scen w Shire... One są bardzo ważne, ponieważ pokazują, że zawsze istnieje droga odwrotu, że zło nie jest monolityczne. Mam wrażenie, że w książce podczas rozmowy z Sarumanem Gandalf chce poddać próbie wszystkich, doprowadza do rozmowy i nie integruje w nią, pozwala, by Saruman kusił, by potem pokazać, że tak naprawdę Saruman nie ma żadnej władzy. Gandalf walczy po to, by Saruman się przyznał. Prosi go, by oddał laskę tylko ze względu na niego samego, bo wie, że w każdej chwili może ją złamać. Potem, kiedy jest rozmowa w Shire, to jest walka o Grimę - pokazuje, że zło nie jest monolityczne, że zawsze jest wybór.

Urszula Lip: Tak, ale w filmie tak nie może być z dwóch względów. Po pierwsze, Saruman jest zły - absolutnie zły. Nie widzę sposobu, w jaki można by go było przekonać na stronę dobra, skoro jest absolutnie zły. Po za tym druga sprawa: w filmie Saruman nie dysponuje swoim czarodziejskim głosem. On nie używa słowa jako swoistego czasu, nie czaruje słowem, nie używa odpowiednich technik argumentacji. On robi czary-mary. W takiej sytuacji rozmowa w Orthanku nie ma większego sensu. W książce Saruman był mistrzem przekonywania.

Paweł Skalski: Nie chodziło tylko o to, jak mówi, ale także, co mówi.

Radosław Nowaczewski: Saruman w filmie tak naprawdę mówi bardzo mało.

W tej chwili dyskutanci zaczęli omawiać różne warianty sceny rozmowy Gandalfa z Sarumanem w Orthanku, a potem przeszli na problem magii.

Kinga Kwaterska: Magia w ogóle w tym filmie jest inaczej przedstawiona. Moim zdaniem ta scena z uwolnieniem od czaru Theodena mogła być pokazana zupełnie inaczej - od słów Gandlafa, a nie od pokazania głupich błysków.

Marcin Malicki: To jest bardzo ważne przekłamanie - w całej kategorii antropologicznej. U Tolkiena nie ma magii w tradycyjnym rozumieniu religioznawczym, tzn. za pomocą jakiegoś zespołu praktyk dokonuję konkretnego efektu na rzeczywistości. Magia u Tolkiena to wola, moc, siła charakteru, ale zawsze jest wolność. W filmie nie ma tego. Saruman po prostu opętuje Theodena i Theoden nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności, Gandalf Sarumana po prostu z niego wyrzuca...

W tym miejscu dyskusja wróciła do tematu sceny rozmowy między Gandalfem a Sarumanem w Orthanku, przy czym omówiono sposoby używania argumentacji przez zdegenerowane jednostki. Po krótkich spekulacjach na temat Ścieżki Umarłych, dyskutanci bardzo niechętnie wrócili do omawiania "Dwóch Wież".

Katarzyna Aust: Film jest zdecydowanie bardziej feministyczny. Zauważmy, że w książce Eowina wcześniej przywdziewa zbroję, a tu cały czas paraduje w sukni i głaszcze dzieci po główkach.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja o feminizmie i dzieciach (Jacksona i w ogóle).

Paweł Skalski: Fragmenty z Tolkiena wzięto niby wiernie, ale wsadzono w przypadkowe miejsca i bez sensu.

Marcin Malicki: Może to należy tłumaczyć, że Theoden poświęci swój lud dla pieśni. Theoden mówi: zróbmy to dla pieśni, Aragron mówi: zrób to dla swoich ludzi. Theoden bierze swój lud i zapędza go do walki - oni go nie obchodzą, tylko Aragrona oni obchodzą.

Urszula Lip: Kasia już o tym mówiła: tu chodzi o to, by wyeksponować Aragorna, pokazać, jaki Aragorn jest dobry.

Marcin Malicki: Ale Theoden jest świnią wobec swoich ludzi.

Paweł Skalski: On jest świnią nie tylko wobec swoich ludzi, on jest świnią też wobec tych elfów, co mu przyszli na pomoc. Ta scena jest okropna. Elfy są sieczone, a Aragorn stoi i patrzy...

Katarzyna Aust: Elfy w lekkich zbrojach, z krótką bronią, idą naprzeciw orkom w ciężkich zbrojach z pięciometrowymi włóczniami. Co więcej - nie zatykają przełomów, tylko wychodzą na otwarte pole. Aragorna należy podać pod sąd wojskowy.

Kinga Kwaterska: Ja miałam wrażenie, że elfy i Aragorn wyszli po to tylko, by wyłowić krasnoluda.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja na temat sposobów wyrzucania krasnoludów zza murów, po czym dyskutanci po zażartej kłótni doszli do wniosku, że scena z Haldirem jest jednocześnie piękna i bez sensu. Potem powrócono do omawiania sceny bitwy w Helmowym Jarze.

Katarzyna Aust: Ta scena, w której Aragron po wybuchu wylatuje z korony murów, wpada w błoto, po czym się podnosi - ona ma być chyba zastąpieniem tej, w której Aragorn ze zmęczenia potyka się i przewraca. Wydaje mi się, że o wiele większą siłę ma scena, w której bohater pada, bo już jest tak zmęczony, że nie może się utrzymać na nogach.

Radosław Nowaczewski: Wracając do Theodena - nie podoba mi się bardzo, że Theoden swoją męskość buduje w odniesieniu do wizerunku Aragorna. Theoden atakuje bohaterów mówiąc: To ja jestem królem Marchii!

Urszula Lip: Tutaj wychodzi grzech pychy. Król Theoden jest zbyt pewny siebie i nie umie przyjąć rady od życzliwych ludzi.

Katarzyna Aust: Tak, ale zauważymy też, że Aragorn, mimo że jest potokiem Elendila, nie ma powodów i żadnych praw, by dyktować cokolwiek Theodenowi. Gondor i Rohan łączy wyłącznie sojusz.

Paweł Skalski: W książce, gdy wchodzą do Złotego Dworu, kiedy Aragorn oddaje miecz, mówi: Nie wiem, czy wola potomka Elendila jest wyższa od woli Theodena, i Hama na to odpowiada: Ale jesteś w domu Theodena. Aragorn uznaje wolę Theodena.

Urszula Lip: Ale z drugiej strony żaden szlachetny człowiek nie utrze nosa drugiemu mówiąc: To ja jestem królem Rohanu. A poza tym mam pytanie: Aragorn w końcu nosi Anduril, czy nie?

J.Z. Lichański: Nie, nie ma Andurila.

Urszula Lip: To Aragorn może sobie odłożyć ten mieczyk spokojnie. Ta scena nie ma sensu.

Katarzyna Aust: W tej scenie chodzi o to, by pokazać, jak oni gołymi rękami rozbijają gwardię królewską.

J.Z. Lichański: Skoro mówimy o problemie walki. Miałem przyjemność obejrzeć wszystkie filmy w wielkim Toshiro Mifune, który był mistrzem w aikido i judo. Oglądałem Mifunego, kiedy pokazywał, jak się walczy. Co do możliwości obrony. Dobrze wyszkolony samuraj zabijał w ciągu dwunastu sekund ok. 20 ludzi. W filmie Jacksona mi tego zabrakło. Tutaj sceny są fałszywe. My nie możemy uwierzyć w sceny z Helmowego Jaru, ponieważ są nieprawdziwe. Gdyby tam był samuraj, z tych orków zostałyby flaczki.

Katarzyna Aust: Nie zgadzam się. Samuraj z ciężkozbrojnymi piechurami miałby maleńkie szansę.

J.Z. Lichański: Może i zgoda, ale trzeba by było pokombinować.

Urszula Lip: Czy w książce orkowie mają zbroje?

Katarzyna Aust: Tak, ale nie takie jak w filmie - napierśnik i hełm mniej więcej, kolczugę.

J.Z. Lichański: Tolkien nie opisuje tu precyzyjnie, on wcale nie wprowadza zbroi płytowych. Nie pokazano technik walki rycerzy średniowiecznych, ale rycerze średniowieczni by sobie z tym poradzili. Z drugiej strony obrońcy zrobili jeden błąd w trakcie likwidacji tego żółwia, który tam szturmował - z góry rzucało się po prostu beleczki i nie ma sprawy.

Katarzyna Aust: I orkowie nie mają jeszcze opancerzenia po bokach, kiedy idą bokiem do ściany z obrońcami - mają tarcze z góry, z przodu, natomiast od tej strony, gdzie idą, nie są osłonięci.

J.Z. Lichański: Ten błąd powstaje dlatego, że tego szturmu w książce nie ma. On się odbywa w ostatniej chwili, nie następuje tak szybko. Orkowie muszą najpierw zdobyć szaniec. Szańca nie ma. Szarża nie była chyba fingowana, konie się wyraźnie ślizgały na kamieniach, w związku z tym, gdyby to była prawdziwa szarża, to przypuszczalnie oni nie daliby rady przejechać dalej niż do połowy mostu. Przypuszczam, że Tolkien wyobraził sobie to inaczej, że jest to nasyp ziemny, którym oni wylatują z twierdzy i dojeżdżają do szańca. Z opisu wynika, że w pierwszym uderzeniu wyrzucili orków aż na szaniec. Realnie rzecz biorąc w momencie szarży orki powinny zeskoczyć z mostu i po prostu poczekać na jeźdźców, aż zjadą. To nie miało sensu. Nie wiem, po co to zrobili.

Radosław Nowaczewski: A na końcu zobaczyłem ostateczne zwycięstwo kawalerii hollywoodzkiej nad prawami fizyki - szarżę w lesie, efektowną i bezsensowną, oraz szarżę w przedpokoju. U Tolkiena szarżowało się na dziedzińcu, a tutaj w sali.

Urszula Lip: Chciałabym wygłosić pewną generalną uwagę. My jesteśmy skrzywieni. Rozmawiałam z kilkoma osobami, którzy nie są aż takimi miłośnikami Tolkiena. One by się bardzo zdumiały, o czym my tutaj rozmawiamy, jakie zarzuty stawiamy temu filmowi. Z całą tą dyskusją jest tak jak teorią nieoznaczoności Heisenberga - nie można jednocześnie określić pędu i położenia cząstki. Jesteśmy badaczami, zajmujemy się teorią literatury i jednocześnie jesteśmy też entuzjastami Tolkiena.

Marcin Malicki: No dobrze, ale co innego są sceny walki, a co innego operacja łopatą na otwartym sercu.

Urszula Lip: Kilka scen jest rzeczywiście bez sensu, ale nie czyniono z tego zarzutu. Spotkałam się tylko z zarzutem co do długości pewnych scen walki - że są one długie i nudne. Natomiast wszystkim moim znajomym podobała się szarża na piki - nikt z nich się nie zastanawiał, czy to jest logiczne, czy nie. Ewentualne pretensje były co do motywacji bohaterów. Niektóre osoby nie wiedziały, dlaczego Faramir nagle, gdy nagzul zaatakował, zmienił zdanie i puścił Froda. Jeżeli coś jest tak jaskrawo przerysowane, to osoby, które nie czytały książki, zaczynają się zastanawiać. Natomiast przy intuicyjnym oglądaniu nie grają roli takie szczegóły jak czy coś jest logiczne, czy ktoś nosi taką a taką zbroję.

Paweł Skalski: No właśnie, bez sensu jest czepianie się zbroi czy pik w kontekście, kiedy chodzi zupełnie o co innego. To ma znaczenie jednak bardzo, bardzo marginalne.

Radosław Nowaczewski: Dlatego właśnie mówimy o tym na końcu.

Anika Radzka: Mimo, że szczegóły się nie zgadzały, mnie się bardziej podobała druga część. W pierwszej nie było momentu wytchnienia, ciągle coś się działo. W drugiej części Jackson to naprawił - były tam różne sceny wytchnienia.

Urszula Lip: Osobom, które nie czytały książki, a z którymi rozmawiałam, zdecydowanie podobała się bardziej pierwsza część. Jest spójna, oczywiście nie ma elementów wytchnienia, ale jest bardziej zwarta, wydarzenia postępują po sobie z pewną konsekwencją.

Paweł Skalski: Miało to by sens, gdyby to były różne wydarzenia z różnym natężeniem emocji. A tutaj są bezsensowne przerwy.

Anika Radzka: Druga część została zrobiona bardziej w konwencji teledysku.

Urszula Lip: Mnie raziła zbyt długa scena bitwy o Helmowy Jar. Z punktu widzenia widza, który to ogląda, który nie jest "skażony" tak jak my, film jest nieźle zrobiony. Widz naprawdę nie ma czasu się zastanawiać, czy ta szarża jest logiczna, czy nie. Tu chodzi o efekt, podobnie jak w naszym ukochanym, prześmiesznym "Ataku klonów". Kiedy zaczęliśmy się zastanawiać nad szczegółami, to wszyło nam, że bez przerwy są tam głupoty.

Katarzyna Aust: Ja do końca się z tym nie mogę zgodzić. Mniejsze dla mnie znaczenie mają w tym momencie detale, czy odtworzono wiernie architekturę w Rohanie czy włócznie orków są macedońskie. Natomiast ma dla mnie znaczenie, czy Aragorn, o którym wiemy w filmie, że był wcześniej dowódcą, prowadzi swoich podkomendnych na masakrę i zachowuje się jak głupiec. Ma to dla mnie znaczenie i osoby, z którymi rozmawiałam, czy to obeznane trochę z książką, czy nie, też to zauważały.

Urszula Lip: To jest nielogiczne. Ten film to produkcja amerykańska, komercyjna.

Agnieszka Szurek: To dlaczego w tej amerykańskiej komercyjnej produkcji nie ma ani jednego przystojnego faceta?

Urszula Lip: Agnieszko, kwestia urody to zawsze kwestia subiektywna.

W tym miejscu nastąpiła dyskusja o ideałach męskiej urody. Omówiono szczegółowo postaci Aragorna, Faramira, Legolasa i Froda, ale ponieważ dyskutantki nie mogły dojść do porozumienia w tej kwestii, powrócono go wątku kreacji bohaterów w "Dwóch Wieżach".

J.Z. Lichański: Przywołałem świadomie Toshiro Mifune. Otóż Mifune, nawet jeśli nie grał samuraja, robił zawsze wrażenie człowieka, który skrywa swoją właściwą naturę. Tak naprawdę Aragorna mógłby zagrać Mifune, a film mógłby nakręcić Kurosawa. Uwaga pani Agnieszki jest złośliwa, ale celna: żaden z tych mężczyzn tak naprawdę nie umie machać mieczem. Ci ludzie nie umieją walczyć. Nikt nie ma siły walki. Po walce z wargami, która nie wiadomo po co została wprowadzona, odpowiedź szarży Rohanu powinna być taka, że po tamtych zostają flaczki. Orkowie są dobrzy, bo walczą, by zabijać, ale ich przeciwnicy są kiepscy - to sobie powiedzmy jasno. Jacksonowi nie udało się zmobilizować do tego filmu ani jednej postaci, ani jednego aktora, który rzeczywiście umie się pojedynkować, który walczył autentycznie na białą broń. Ci ludzie są nieprzekonywujący od tej strony. Aragorn w swoim pojedynku zachowuje się jak ktoś zastrachany, kto właśnie spadł z konia i próbuje się utrzymać wisząc na tym orku nie wiadomo po co. Film ma opowiedzieć o wielkich wydarzeniach epickich, w związku z czym bohaterowie walczą jak bohaterowie eposu. Tak jak na początku Sauron - to jest wojownik eposu. Natomiast tutaj mamy kiepsko wyszkolonych faciów. Jackson zapomniał, że robi film, który ma być eposem. Druga część ma być próbą obrony - ludzkość szykuje się do obrony przed hordami orków. Co my im przeciwstawiamy? My nie umiemy im nic przeciwstawić.

Katarzyna Kuciel: Mamy młodzieńca, którego Aragorn uczy machać mieczem.

J.Z. Lichański: Po co? Scena jest bez sensu.

Urszula Lip: Nie, tu chodzi o to, że Aragorn umie się opiekować dziećmi.

J.Z. Lichański: Teraz przypomnijcie sobie Państwo, dlaczego "Pan Wołodyjowski" był dobrze zrobiony? Ponieważ Hoffman zaangażował do pojedynków autentycznych szermierzy. To, co pokazano, w "Ogniem i mieczem", to była groza. W "Dwóch Wieżach" nie ma ani jednej dobrej sceny walki. Ja się zgadzam, że w takiej konwencji, jaką przyjął Jackson, to dziwne, że orkowie tak długo zdobywali Rogaty Gród.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja, dlaczego orkowie nie zaważyli furteczki w murze i nastąpiły spekulacje, ile tak naprawdę mogła trwać w takich warunkach sama bitwa.

Urszula Lip: Pytanie do eksperta: jeśli obrońcy zamknęliby się w Rogatym Grodzie, mając za plecami skałę, to chyba mogliby długo się bronić, mają zapasy żywności?

Katarzyna Aust: Zasadniczo tak. To jeszcze zależy, jak Rogaty Gród ujmiemy - w filmie niewiele on przypomina twierdzę.

J.Z. Lichański: W filmie jest to po prostu baszta zatykająca wejście do jaskiń. Sprawdziłem w książce jak to jest - do bramy muszą wchodzić gęsiego. Szarża nie rozpoczyna się od bramy. Kontratak następuje z trzech stron przez wyrwę i z głębi Helmowego Jaru.

W tym momencie nastąpiła dyskusja o topografii Rohanu i liczebności obrońców Helmowego Jaru.

J.Z. Lichański: Jeszcze jedna rzecz jest niewykorzystana. W Helmowym Jarze istotną rzeczą jest tajemniczy Róg Helma. W momencie, kiedy Róg Helma się odzywa, odzywają się echa - jesteśmy w górach! Nie wykorzystano narastającego efektu huku - powstawał straszliwy grzmot. W filmie mamy taki sobie zwykły duży róg, w który ktoś sobie zadął.

Paweł Skalski: W pierwszej części nie wykorzystano także motywu rogu Boromira - kiedy nadchodzi Barlog, Boromir dmie w róg i orkowie się cofają.

Kinga Kwaterska: Chciałabym dodać złośliwą uwagę na temat tych mężczyzn mocno nieświeżych... To nie jest tylko kwestia tego, że oni się nie potrafią bić, tylko że oni zwyczajnie nie mają krzepy. To są współcześni mężczyźni. Oni mają zbroję, tak jakby to było lekkie ubranko. Nie mają krzepy, by wziąć bardzo ciężki dwuręczny miecz i po prostu machnąć sobie nim nad głową jak Podbipięta. Oni wyglądają tak, jakby się mieli przewrócić pod tymi zbrojami i mieczami. Moim zdaniem oni są już zmęczeni, zanim zaczną bić.

J.Z. Lichański: Czyli jednak Schwarzenegger.

Kinga Kwaterska: Ale Schwarzenegger przynajmniej jakość wyglądał.

Katarzyna Kuciel: Mogli ich jakoś podretuszować komputerowo.

W tym miejscu nastąpiła zażarta dyskusja na temat grubości i chudości niektórych postaci oraz zbawiennego wpływu siłowni i sterydów na rozwój niektórych partii mięśni.

J.Z.Lichański: Warto w tym roku rzeczywiście popatrzeć na Oscary. "Władca Pierścieni: Dwie Wieże" jest nominowany, nie wiem, w ilu kategoriach.

W tym miejscu nastąpiła umiarkowana dyskusja na temat typowania filmów na tegoroczne Oscary.

Kamila Stępień: Na grupie dyskusyjnej dotyczącej "Pianisty" przeczytałam dosyć okrutną uwagę na temat "Władcy Pierścieni". Ktoś bronił "Pianisty", że powinien dostać Oscara i ktoś użył argumentu: "Pianista" jest naprawdę wspaniały w porównaniu z tą bajką fantasy o grupce dziwadeł.

J.Z. Lichański: Musimy pomału kończyć. Możemy spróbować zrobić drugą część dyskusji, bo trudno dziś cokolwiek podsumowywać. Jeżeli zrobimy normalne spotkanie za miesiąc, to może ochłoniemy i będziemy mieli jakieś informacje dotyczące trzeciej części. Jesteśmy w trudnej sytuacji. Ktoś bardzo rozsądnie powiedział, że to przypomina "Imperium kontraktuje", o którym lepiej byłoby szybko zapomnieć. To rzeczywiście był nieudany film.

W tym momencie podniosły się gwałtowane głosy protestu. Po burzliwej debacie na temat tego, która z części "Gwiezdnych wojen" jest najlepsza, powrócono do przerwanego wątku.

J.Z.Lichański: Tak naprawdę to zjechaliśmy "Dwie Wieże". Nie mówiliśmy o wszystkich sprawach związanych z relacjami z książką. Jedna kwestia została wyciągnięta i nie do końca przeanalizowana, tj. przede wszystkim odwrócenie funkcji postaci - to jest rzecz groźna i można się nad tym zastanowić. Ja bym proponował, byśmy to połączyli z próbą zastanowienia się nad tym, dlaczego to nastąpiło. Może trzecia część będzie genialna, w co wątpię, bo trzeba będzie wiele wątków skończyć, wiele rzeczy zostało wprowadzonych bez sensu... Np. zniszczenie Rohanu. Wiadomo, że w czasie wojny niszczy się wszystko. Wystarczyło pokazać szeroką panoramę Rohanu z wieży w Helmowym Jarze i płonące wsie. Inne sceny nie robią wrażenia i są bez sensu. Zepsuto tam potworną ilość rzeczy i warto się zastanowić, dlaczego. Po drugie, czy rzeczywiście ze śmiercią tak wielkich ludzi jak Kurosawa skończyła się również szansa na zrobienie wielkich filmów epickich, w których pojawia się wielki bohater epicki. Film, w którym poczujemy, że ktoś próbuje powrócić do tego czasu wiecznego trwania. Możemy się zastanowić, dlaczego kultura masowa poszła w kierunku tak prymitywnych rozwiązań. Co się stało? To jest dla nas bardzo ważne. Film Jacksona niechętnym krytykom podsuwa argumenty. Sposób zepsucia "Harry'ego Pottera" jest jeszcze większy. Dlaczego to się stało? Możemy próbować znaleźć odpowiedź na to pytanie. W film Jackson włożono gigantyczną pracę i z tego nic nie wyszło. Przy wszystkich swych wadach pierwsza część była jednak dobrym filmem, wersja DVD jest znakomita. Druga jest fantastycznym gniotem.

J.Z. Lichański: Czy naprawdę nic nie możemy dobrego powiedzieć o drugiej części?

Hubert Zienkiewicz: Można. Po zastanowieniu się nad całą bitwą, pomijając wszystkie szczegóły techniczne, to jest bardzo piękne zrobiona scena. Jest deszcz, który bardzo pasuje do tego nastroju, który jest tak ponury... Cały szturm, mimo wszystkich błędów technicznych, jest zrobiony fenomenalnie. Jest odpowiedni nastrój.

Katarzyna Kuciel: Gimli z Legolasem próbują ciągle ten nastrój psuć tymi swoimi pudełkami, które będą podstawiać i rzucaniem się...

W tym miejscu nastąpiła burzliwa dyskusja na temat czystości na polu bitwy oraz blondwłosych dzieci na murach.

Urszula Lip: Mam pytanie feministyczne: dlaczego kobiety nie mogły stanąć na murach, tylko musiały to robić dzieci?

Kinga Kwaterska: A Eowina z przerażoną miną siedzi w piwnicy.

Katarzyna Kuciel: Z dziećmi Jacksona.

Katarzyna Aust: Dlaczego dzieci ubierano w zbroje, a nie kobiety? Dlatego, że filmowo dziecko ubierane w zbroje wygląda bardziej dramatycznie niż kobieta ubierana w zbroję.

Katarzyna Kuciel: Nie wszystkie zbroję mogą pasować na kobiety.

Hubert Zienkiewicz: Skoro już ubierano dzieci w zbroję i te dzieci miały walczyć, to trzeba było zrobić scenę, w której wpadają orki i masakrują te dzieci, żeby pokazać cały tragizm sytuacji.

Agnieszka Szurek: Film miał być od dwunastu lat, jest od piętnastu. To by nie przeszło.

Urszula Lip: Ja mogę coś powiedzieć pozytywnego o filmie. Wątek Aragorna i Arweny. Osobiście nie podoba mi się, ale słyszałam od kilku osób, że ten wątek jest bardzo piękny, że on się tłumaczy w filmie. W pierwszej części mają być razem, w drugiej już wiadomo, że do siebie nie pasują, ponieważ ona jest elfem, a on człowiekiem. Wprowadzono postać Eowiny. Eowina jest człowiekiem, Aragorn jest człowiekiem. Chodzi o to, by nie mieszać ras...

Katarzyna Kuciel: To jest rasizm, to jest niepoprawne politycznie!

Urszula Lip: Nie, poważnie mówiąc, tutaj chodzi o próbę. Trzeba wypróbować Aragorna, pokazać, że jego miłość jest niezłomna. Jest taka piękna scena, którą można różnie interpretować, kiedy Aragorn wraca do Helmowego Jaru i Eowina oddaje mu wisiorek. Jedna z koleżanek powiedziała, że Aragorn jest wtedy wyraźnie zasmucony - tak jakby żałować, że mu Eowina ten wisiorek oddaje. Generalnie uważam, że ten wątek nie jest zły.

J.Z. Lichański: Dobrze, ale to wątek. Helmowy Jar rzeczywiście jest skopany, chociaż schemat samej twierdzy jest zgodny - co muszę z przykrością przyznać - z jednym z rysunków Johna Howe. Czy nie jest tak, że oni wpadli w drugiej części i to już zaczyna być po prostu męczące. Allan Lee i John Howe, niezależnie od tego, czy są dobrzy, czy źli, uwięźli we własnej wizji i nie są w stanie wyjść poza nią nawet milimetr. Efekt tego jest porażający. Wszystko się zgadza - ale z rysunkiem Johna Howe. Mnie to bardzo martwi. Jeśli twierdza byłaby tak usytuowana, my byśmy ją zdobyli tracąc połowę ludzi w trzy - cztery godziny, po prostu weszłoby się po trupach kumpli. Tam jest jeden drobiazg, którego oni nie zauważyli. W tekście jest wyraźnie powiedziane, że w momencie, kiedy odzywa się róg, odzywały się echa. Echa tam nie ma.

Hubert Zienkiewicz: Tam echo trudno byłoby uzyskać, bo tam jest otwarta przestrzeń z dwóch stron. Ten jar jest naciągany, bo skoro z jednej strony jest zielona trawka i ściana, po której można zjechać, to nie jest do końca jar. Ta dolina jest bardzo szeroka, a nie długi jar. To może być naturalne, ale to nie jest jar - to jest brak góry. Coś na zasadzie kamieniołomu, lekko nieużywany.

J.Z. Lichański: Pierwsze zdjęcia, jakie w ogóle pokazywali z "Dwóch Wież", to były właśnie zdjęcia Helmowego Jarku. Podobno były to pierwsze zdjęcia, jakie w ogóle kręcono. Teoretycznie wygląda to nieźle. Tam jest jeszcze jeden błąd, który się później mści. Oni muszą wyprowadzić tę szarżę z głębi wieży, co jest nonsensem, bo konie by tego nie wytrzymały, ale mniejsza o to, bo nie było zewnętrznego szańca. Ten sam błąd jest w atlasie Barbary Strachett. Efekt jest taki, że po zdobyciu muru oni sobie po prostu wchodzą i muszą zdobywać blanki. Jazda, która stoi na dziedzińcu, muszą się cofnąć do wieży. W powieści oni szarżują z dziedzińca.

Hubert Zienkiewicz: W tym momencie nie byłoby nawet impetu szarży. Oni otwierają drzwi, tam jest jakieś dziesięć metrów od miejsca, gdzie stał Theoden do wpadających orków. Oni nie mają gdzie tego konia rozpędzić. Zresztą na śliskiej posadzce to życzę dużo szczęścia temu koniowi.

Kinga Kwaterska: Pomijając już ten fakt, rozpędzonym koniem nie jeździ się na bruku, bo mu się podbijają kopyta.

J.Z. Lichański: To po pierwsze, a po drugie może się poślizgnąć. One wyszły do szarży, ale... Ja to specjalnie trzy czy cztery razy czytałem na nowo. Tolkien wyraźnie podkreśla, że jest wał ziemny i że owszem, przechodzą przez groblę, ale później idą już wałem ziemnym. Tolkien służył w wojsku i widział, jak wygląda szarża.

Hubert Zienkiewicz: Jeszcze jedna sprawa. Jak widać, doliną płynie rzeka, a dalej jest płasko. Dlaczego nikt nie wziął chłopaków z łapotami i nie wykopał fosy? Pierwsza rzecz to zbudowanie muru - kopie się dziurę. U Tolkiena tego nie ma, ale jest założenie, bo jest stary szaniec i dopiero potem jest mur. Ale skoro nie ma starego szańca, kopiemy fosę i niech się orki topią, niech sobie stawiają drabiny, niech się bawią i będą mieli dużo radości na dłuższy okres czasu.

J.Z. Lichański: Przynajmniej na całą noc. Innymi słowy, ta część zawiodła. Poza tym jednego nie potrafię zrozumieć: to kręcą Anglicy, niby z Nowej Zelandii, ale jednak Anglicy. Las birnamski to był uczciwy las - las przyszedł. W powieści wyraźnie się mówi o tłumie huornów. A tutaj wychodzi kilku faciów, trochę długaśnych, z lekką grzywką. Dobrze, armia orków zostaje rozbita, ale tak naprawdę zostaje rozbita tylko dlatego, że wpada w panikę, bo zapada na moment cisza i słychać podejrzany szum. W momencie kiedy zaczyna się szturm, to idzie piechota na piechotę - znowu Tolkien wykazuje rozsądek. Orkowie wpadają w panikę - z góry idzie na nich piechota, bo nie mają odwrotu. A tutaj po prostu sobie poszli.

Urszula Lip: Zapomnieliśmy o jednym ważnym szczególe. W pierwszej, części, kiedy jest ta scena, według pana profesora bardzo kiepska, z Balrogiem, kiedy orkowie łażą po ścianach. A tutaj tego robić nie umieją. To jest poważna niekonsekwencja.

Hubert Zienkiewicz: Uruk-hai Jacksona są skrzyżowaniem orka z goblinem. Widać gobliny nie chodzą po ścianach. Ja z błota wylazł, to mógłby kopać rowy, a nie chodzić po ścianach.

Urszula Lip: Ale tam są nie tylko Uruk-hai, także zwykli orkowie. Jeśli w pierwszej części mogą chodzić po ścianach jak karaluchy, a w drugiej już nie, to jest poważna niekonsekwencja.

J.Z. Lichański: Tak, to jest niekonsekwencja, zwłaszcza że scena w Morii, jeszcze raz do tego wrócę, znowu jest zrobiona nieźle filmowo, ale beznadziejnie w stosunku do powieści, zwłaszcza że w powieści zrobiona jest daleko bardziej dramatycznie. Przypomnijmy sobie, że oni się zamykają, blokują, potem się to wszystko zawala, zbiegają tylnymi schodami, wychodzą i na dół schodzi Barlog. Barlog walczy sam.

Urszula Lip: Tak, orkowie i trolle dopiero sypią kładki przez szczelinę.

J.Z. Lichański: W oryginale ta szczelina przebiega przez środek sali, a dalej jest wiele miejsca do biegnięcia. Nie ma żadnych schodów zaraz, tam jest pusta przestrzeń. Na tym polega problem. W filmie bohaterowie biegli nie od tej strony co trzeba - normalnie orkowie by ich zatrzymali, chociażby na tych schodach. Zaufać pisarzowi, to jest to samo, o czym mówiliśmy przy "Harrym Potterze".

Karolina Stopa: Wydaje mi się, że zabrakło pewnego rzemiosła filmowego. Te chwyty, które Jackson zastosował w tym filmie, one tak naprawdę są znane z bardzo wielu filmów katastroficznych czy horrorów - wziął po prostu takie łatwe, znane, sprawdzone chwyty filmowe, które jest najprościej zastosować, niż spróbować wymyślić samemu coś nowego. Ludzie oglądali już wcześniej takie filmy, te sceny wywołują określone emocje.

Urszula Lip: Jackson nie zastosował scenariusza Tolkiena z jednego powodu: musiał być konsekwencję. Od samego początku zacząć realizować sceny z Tolkiena. Jeśli jedną scenę zrobią według Tolkiena, następną także. U Tolkiena wszystko się ze sobą wiążę. Musieliby zmienić Elronda, zmienić Lorien...

Hubert Zienkiewicz: Musieliby wprowadzić upiora kurhanów, by wytłumaczyć miecze.

Urszula Lip: Bez Toma Bombadila mógłby się film obejść, bo jest to postać epizodyczna i nie wpływa bezpośrednio na fabułę. Ale posiadanie mieczów mogliby jakoś uzasadnić, ponieważ to ważny wątek. Trzeba by było wymyślić, skąd one się wzięły.

Hubert Zienkiewicz: W filmie miecze daje im Aragorn, nie wyjaśniając, skąd się wzięły.

J.Z. Lichański: Weźmy pod uwagę jeden drobiazg. Dobrze, miecze są starożytne, zostały wymyślone w celu niszczenia orków albo informowały o ich obecności. Jest bezsensowna scena, w które Frodo o mały figiel nie zabija Sama. Wyciąga na niego żądło. W tym momencie, kiedy nazgul gdzieś tam się czai, orków jest chmara w okolicy, a żądło jest blade, a powinno błyszczeć.

Katarzyna Aust: Nie pomyślano o konsekwencji. O Tolkiena świeciło, więc świeci, ale nie jest to traktowano kompleksowo, jest to po prostu przedmiot. Włożono scenę, której nie było u Tolkiena, więc nie wiedziano, co z nim zrobić. Jest napisane, że miecz świeci.

Urszula Lip: Miecze hobbitów są o tyle ważne, że one zostały wykute przeciwko Czarnoksiężnikowi. W konsekwencji Merry rani nazgula właśnie tym mieczem - mieczem, który został wykłuty przez elfów, to jest istotne. W tym filmie nie będzie tego, bo skąd? Chyba, że Merry znajdzie jakiś miecz po drodze...

Kinga Kwaterska: Merry zrani nazgula, a potem będzie moment, w którym ktoś powie: To był miecz wykuty przez...

Katarzyna Kuciel: Mnie męczy jeszcze jedna sprawa: Rohan i Edoras, które w filmie jest na czubku góry. Na samym szczycie jest Meduseld, a wokół wiocha okryta skórami. Co to jest? Piękna jest muzyka z Rohanu, od razu wiadomo, że to kraj koni...

Urszula Lip: Pan profesor już mówi, że to jest rekonstrukcja, ale nie wiadomo czego.

Katarzyna Kuciel: Kiedy zobaczyła tę słomę wystającą z chałup...

Urszula Lip: To była urzeczywistniona wizja Sarumana.

Katarzyna Kuciel: Czy faktycznie usytuowanie na czubku góry jest strategicznie rozsądne dla miasta? Musieli strasznie długo iść, zanim weszli na górę. Jak ta czarna chusta spłynęła Aragornowi do stóp, to on musiał strasznie wysoko zadrzeć głowę do góry...

Katarzyna Aust: To było wyobrażenie siedziby wikinga jarla-łupieżcy - też konwencjonalne, bo wiadomo, że wikingowie zupełnie inaczej mieszkali, a ich łupieskie wyprawy stanowiły mały odcinek ich budżetu. Tutaj w Rohanie widać pewną rysę, która się przejawia, że ludność ucieka - nie ma pól. Rohan wygląda tak jak w niskobudżetowym filmie fanasty przedstawienie czegokolwiek. Armia imperatora - proszę, pięciu osobników w czarnych strojach, szczęśliwe królestwo - dwie chatki, a przed jedną mamusia z dzieckiem.

Hubert Zienkiewicz: Jeszcze jedno. Edoras, jako stolica kraju, jest wyjątkowo niewielkie. Eomer zabrał trzy tysiące jeźdźców i gdzie? Gdzie się podziali?

Urszula Lip: Ja odczuwam dotkliwie brak koni. Rohan to Kraina Koni. Gdzie one są te konie? Widziałam kilka, ale żadnych stad!

W tym miejscu nastąpiła burzliwa dyskusja na temat liczebności armii Rohirrimów, zarówno w książce jak i w filmie, a potem dyskusja zeszła na temat chatek z darni oraz ciekawostek, gdzie można ukryć konie, tak by nikt ich nie znalazł.

Urszula Lip: Rohirrimowie mogli ukryć swoje konie jak zrobili to bohaterowie "Willow" - wykopać dziury w ziemi i zakryć płachtami.

Katarzyna Aust: Jeśli został przywołany "Willow" - czy tylko mnie się wydaje, że Aragorn przypomina Madmortigena? To pytanie zadałam jako powrót do kwestii, którą określiłaby jako "wtórny odbiór Tolkiena", czyli: Aragorn i jego leczące dłonie jako motyw DD-kowski. Tak samo tu mamy po prostu awanturnika, który zostanie królem.

Urszula Lip: W odróżnieniu od Madmortigena Aragorn jest szlachetny od początku. Madmortigen był jednak szują i zbójem. Natomiast można tu znaleźć pewne podobieństwo, jeśli chodzi o przemianę z chłopa w króla.

Katarzyna Aust: Największa różnica jest w tym, że Madmortigen startuje niżej, natomiast jeśli chodzi o Aragorna, to Jackson zaplanował rzeczywiście jakąś ewolucję postaci. Aragorn jest sympatycznym awanturnikiem, nie ma specjalnie cech królewskich, wzniosłości, heroizmu też nie, dobry. Jednak dla mnie cały czas jest znaczącą ta scena, w której do elfa mówi: Strzelaj pierwszy, bo rzuci na nas czar.

J.Z. Lichański: Zanim przejdziemy dalej, chcę zacytować jedną uwagę z tej dyskusji, o której mówiłem na początku. Jedna z dziewczyn podczas dyskusji "Kultura i metalica" mówi tak: a mnie zastanawia, skąd się wzięła estetyka, która na stałe zapanowała już w fantastyce i jest z nią utożsamiana, ta przedziwna mieszanina malarstwa sielankowe, prerafaelitów, Blake'a, Friedricha, secesji, gotyku i dworcowego graffiti. To jest niegłupie. Zauważmy, że to, co tak mocno atakujemy w tej chwili, niestety potwierdza ten fakt. Ja bym jeszcze do tego dorzucił tę straszliwą architekturę Rivendell, po zastanowieniu przestaje mi się podobać. Skąd to się wzięło? Niektóre elementy są dokładnie w stylu prerafaelickim - w pierwszej części wszystkie sceny Aragorn-Arwena. W drugiej części wchodzimy w jakieś dziwaczne malarstwo taki styl skansenowy i nie wiadomo co, drugorzędny materiał. Skąd im się to wzięło?

Karolina Stopa: Wydaje mi się, to właśnie jest ten problem. Zamiast zawierzyć Tolkienowi, powierzono stworzenie świata osobom mającym już pewną konkretną wizję.

J.Z. Lichański: Pani ciągle wraca do tego, że jest to pewna tradycja. Zgoda, ale nie mogę się z tym pogodzić.

Małgorzata Grzechocińska: Myślę, że to jest zakorzenione w tradycji amerykańskiego kina. To, co mówiła Kinga: brak poszanowania dla dzieł i dla jakichś wzorców. To, co w kulturze amerykańskiej jest dość charakterystyczne: przeciąganie jakichś elementów do swojej kultury, coś w rodzaju sprowadzania zamków z Europy. To jest chyba charakterystyczne zresztą dla kultury angielskiej również - to, co jest zrobione w British Muzeum, mnie to doprowadza do pasji: ściągnięte ze wszystkich możliwych miejsc świata, skradzione przedmioty, poukładane tak, że się robi słabo. To leży jedne obok drugiego, nieważne, czy pasuje, czy nie.

Hubert Zienkiewicz: Jeśli chodzi o brak poszanowania kultury, to wrócę do tego, co mówiłem przy filmie o królu Arturze. Tam jest scena: zebranie w Stonehage, gdzie większość rodów nie chce uznać Artura. Oni obalają kawałek Stonehage, by się tam schować! Nikt nie szanuje starożytnych kamieni.

Kinga Kwaterska: To się łączy z poszanowaniem tradycji. Chciałabym wspomnieć o tym mieczu, który nie został przekuty w odpowiednim momencie. To jest zabicie jednej bardzo ważnej rzeczy, która dla mnie Tolkiena wyróżnia - konsekwencji, która u Tolkiena jest bardzo wyraźna. Bohaterowie u niego walczą ze Złem bardzo, bardzo długo i to nie jest pierwsza próba i jedyna.

J.Z. Lichański: Ale początek filmu kroił na arcydzieło.

Kinga Kwaterska: Tak, pierwsza scena była rewelacyjna. Wprowadzenie tego, czego we "Władcy Pierścieni" nie ma na początku, ale potem jest wyjaśnione, jest bardzo dobre. Natomiast później nie ma już tego i przez te wszystkie cięcia film pada.

J.Z. Lichański: Tutaj mi łazi po głowie taki straszny pomysł, że albo Arwen przyjedzie z Anurilem i zrobi koźbę, albo przyjedzie Elrond i zrobi to samo, potem miecz przekaże, a następnie padnie.

Hubert Zienkiewicz: Być może Jackson ma kłopoty z wycinaniem. On wycina nie to, co trzeba i na DVD będzie to lepiej wyglądało.

Urszula Lip: Być może nie ma na to wpływu, być może ktoś inny decyduje o ostatecznym kształcie filmu. Mam jednak bardzo duże obawy, że nawet w wersji DVD ten film nie będzie dobry.

J.Z. Lichański: Druga część jest słabsza. W pierwszej mogliśmy jasno określić, czego brakuje i okazuje się, że w wersji DVD te sceny doszły, przede wszystkim sceny rozdania darów. W drugiej jest wszystko.

Katarzyna Aust: Tu się pojawiają rzeczy, których nie było, typu: Gandalf musi koniecznie egzorcyzmować Theodena. Dlaczego? Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że jest to konsekwencją tego, że w pierwszej części Saruman przyłożył Gandalfowi, więc Gandalf musiał oddać. Jedna scena jest wprowadzona po to, by spełnić hollywoodzkie wymogi kinowe, to pociąga za sobą następną.

Urszula Lip: Tu nie chodzi o konsekwencję w sensie wizualności hollywoodzkiej, tu chodzi o konsekwencję w sensie moralności hollywoodzkiej: ty mi dałeś popalić, to ja ci też dam. Saruman nie może pozostać bez kary, chociaż takiej, że został wyekzorcyzmowany i spadł ze stołka. Ośmieszono go w jakiś sposób.

Katarzyna Kuciel: Mnie martwią dwie rzeczy z drugiej części, których nie było. Pierwszy: palantir. On już powinien być w drugiej części. Aragorn na samym początku "Powrotu Króla" zagląda w palantir i pokazuje swój miecz.

Urszula Lip: To będzie w trzeciej części, bo to musi być. W trzeciej części skumuluje się bardzo wiele wątków i pewnie akcja będzie galopować. Pewnie bitwa na polach Pelennoru będzie finałowa, a podróż Sama i Froda skrócą do maksimum, tylko Szeloba i nic innego.

Katarzyna Kuciel: Ciekawe, czy będzie Ścieżka Umarłych.

Urszula Lip: Wydaje mi się, że powinna być. To rzecz bardzo efektowna, jeśli chodzi o film, to bardzo widowiskowa scena. Jackson, który zrobił "Przerażaczy", potrafi zrobić film o duchach.

J.Z. Lichański: Ale nie starczy czasu. Jest kwestia palantiru, chyba że Jackson z niego zrezygnuje.

W tym miejscu nastąpiła ożywiona dyskusja na temat palantiru i wsadzania Sauronowi palca do oka

J.Z. Lichański: Wracając jeszcze do pewnych rozwiązań. Pewna rzecz mnie oburzyła. Dobra, to oko jest straszne na samym początku. Ale w momencie, kiedy na rogach Barad-dur gania sobie piorun - tego typu wizualizacja jest groźna. Ona by zasugerowała, że Sauron, skoro to jest tylko jego oczko, to on malutki nie jest.

Urszula Lip: Myślę, że brakuje w tym filmie przede wszystkim fantazji, nieskrępowanej, uczciwej fantazji - nie sugerowania się rysunkami, ale własnej wizji. W tym momencie ten film jest mieszanką różnych wizji, różnych konwencji, nie jest spójny pod tym kątem.

J.Z. Lichański: To prawda, bo jeśli bierzemy pod uwagę Johna Ho i Allana Lee, to oni nie wszystko narysowali. To grozi mechanicznym powielaniem efektów, z których nic nie wynika. W dodatku jedna ze scen, która ma w wyobrażeniu Jacksona być jedną wielką grozą, to jest "Helikopter w ogniu". On się unosi jak helikopter!

Hubert Zienkiewicz: Jest jedna scena, w której brak jednej rzeczy, mianowicie pokazania heroizmu. Tam nie ma bohaterów. Brakuje sceny, w której w bramie Helmowego Jaru staje rycerz i zostaje pocięty na kawałki. Kiedy na kolanach walczy i daje ostatni cios, umiera, ale jeszcze walczy.

Urszula Lip: To wszystko byłoby dobre, gdyby reżyser trzymał się jednej konwencji. To są pewne sprawdzone działania, które wywołują określone emocje u widza. Ja to rozumiem, bo ja sama bardzo lubię konwencję.

W tym miejscu nastąpiła krótka dyskusja na temat konwencjonalnych stworów, wargów i misiaczków Ewoków.

Urszula Lip: To też jest kwestia taka, że jeśli wszystko się generuje komputerowo, to to przestaje być wiarygodne. Uważam, że jest pluszowy misio niż taki warg.

Hubert Zienkiewicz: Jeśli chodzi o heroizm, to w tej potyczce z wargami pierwszy rycerz jedzie, a stwór urywa mu głowę. No i co z tego, przechodzimy dalej. Brakuje jeszcze jednej rzeczy. A gdzie jest scena, że zginęło iluś tam ich przyjaciół? No dobra, Aragorn spadł, popatrzyli, popatrzyli i pojechali.

Katarzyna Aust: To jest wynikiem tego, że cały świat, poza postaciami z Drużyny, jest tylko tłem. Chciałabym przypomnieć termin epos: portretuje losy zbiorowości na tle ważnych wydarzeń historycznych. "Władca Pierścieni" portretuje losy Drużyny, która się rozpada, po czym mamy trzech wspaniałych. Każdy z tej Drużyny od czasu do czasu ma swoje trzy minuty, pojawia się jakaś postać typu Theoden, Grima, pojawiają się tłumy orków, nie wiadomo skąd wzięty zastęp elfów - to są tylko figurki, które się trąca, a one przewracają się, spadają, nie ma ich, koniec.

Hubert Zienkiewicz: To przypomina pewne komiksy, w których są rysowane bitwy. Główny bohater jedzie, wycina sobie ścieżkę, staje przed nim główny zły. Wtedy dopiero zaczyna się akcja. Zły pada, główny bohater ociera sobie pot z czoła i mówi: Dobra, wykonałem robotę, idę na piwo, a wy sobie walczcie dalej. Nieważne, ile zginie elgów, ilu zginie Rohirrimów, dopóki my żyjemy.

Urszula Lip: Jest taka piękna scena po bitwie na polach Pelennoru, kiedy Aragorn, Eomer i Imrahil wracają do grodu, tak zmęczeni, że niezdolni ani do radości, ani do smutku, i jest przepiękne wyliczenie ludzi, którzy polegli.

Hubert Zienkiewicz: No właśnie, ciekaw jestem, co zrobią z moim drugim ulubionym bohaterem po Wodzu Nazguli, czyli księciem Imrahilem. Jest to jedna z bardziej pozytywnych postaci. Przyjeżdża z Południa i mimo że Denethor robi wszystko, by się ten Gondor rozpadł, on przyjeżdża i walczy. Jest wiernym sojusznikiem, bardzo dobrym dowódcą, on jest przyjacielem króla.

Urszula Lip: Wydaje mi się, że jeśli będzie wprowadzona ta postać, to w ograniczonym zakresie.

Katarzyna Woźniak: Czytałam trochę na temat "Powrotu króla". Podobno po pierwszym montażu trwa to sześć godzin. Oni to strasznie potną. Jeśli się zdecydują wątek konfliktu Denethora z Faramirem, to pozbędą się wszystkich dodatkowych postaci, a Faramir przejmie rolę Imrahila.

Hubert Zienkiewicz: Nie wiem, jak można by to zrobić. Przecież Imrahil rozpoznał w Aragornie króla.

W tym miejscu nastąpiła dyskusja na temat rozpoznawania królów i ich znaków szczególnych.

Karolina Stopa: Była mowa o tym, że w pierwotnej wersji "Powrót króla" miał trwać sześć godzin. Ja się zastanawiam, czy te wszystkie niekonsekwencje nie są spowodowane tym, że nakręcono materiału filmowego na o wiele dłuższy czas niż planowana projekcja? W tej chwili powstaje problem zbudowania opowieści filmowej, która mieściłaby się w filmowym czasie. Od samego początku obliczono pewien limit i według niej budowano narrację filmową.

J.Z. Lichański: Pamiętają państwo dwa filmy, oba dobre. "Wojna i pokój" w wersji z Audrey Heburn i w wersji Bondarczuka. Wersja Bondarczuka była wierniejsza książce, ale była skopana. Natomiast wersja amerykańska była oczywiście bardzo uproszczona, ale robiła wrażenie.

Urszula Lip: Myślę, że Jackson mógłby się skonsultować ze starymi reżyserami polskimi. Niektóre z dawnych polskich filmów były arcydziełami. Przykładowo "Pan Wołodyjowski", który był najpierw filmem pełnometrażowym, a potem serialem.

Hubert Zienkiewicz: W tamtym filmach było tak: bierzemy pięć dywizji radzieckich i mamy armię. Jeśli chodzi o rozmach, to Jackson mógłby się uczyć o tych ludzi, którzy robili "Kleopatrę".

J.Z. Lichański: Nie w tym problem. Jak oglądałem wersję Bakshie'ego, doszedłem do wniosku, że wbrew wszystkiemu Jackson oparł się na scenariuszu Bakshie'go. Te same cięcia, ten sam sposób budowania postaci, te same klatki. Bakshie budował to inaczej i niektóre rzeczy u niego zostały genialnie rozegrane. Oczywiście jest nie do zaakceptowania, ale nie jest kiepski. Natomiast Jackson sobie nie poradził. Rozbudował widowiskowo sceny, bo nie mógł sobie tego odmówić, ale z nich nic wynika. Scena pod bramą Morannonu - wysmakowana, ale co z tego? Scena bijatyki z olifantami - żywcem z Howe'a. No i co z tego? Nic z tego nie wynika. U Tolkiena nie ma takiej sceny. Pokazuje się jeden olifant i jeden południowiec, trup. A tutaj jest wiele trupów i co z tego?

Urszula Lip: Amerykański widz jest przyzwyczajony do dużej ilości trupów. Musi być jakiś standard, nie może być mniej.

J.Z. Lichański: Dobrze, ale zauważcie, że robi to samo co w pierwszej części: po co ta scena, kiedy orkowie biegną sobie przez las? Zamiast tego trzeba było dać scenę z rozdaniem darów.

Urszula Lip: To jest właśnie scena, która z punktu widzenia logiki jest absolutnie niezbędna.

Hubert Zienkiewicz: Poza tym brakuje tym wszystkim bitewnym scenom uczucia, serca. Poza tym większe wrażenie robi na mnie bitwa pod Grunwaldem w naszych "Krzyżakach". Tam jest uczciwa rąbanka, a nie głaskanie po główce.

Urszula Lip: Scena ostatniej bitwy w "Willow" też jest wiarygodna i porywająca. Aktorzy wczuwają się w rolę. Kiedy ginie znajomek Madmortigena mówi: Wygraj tę wojnę dla mnie, to bardzo wzruszająca scena.

Kinga Kwaterska: Dla mnie, jeśli jesteśmy już przy Sienkiewicza, to Aragorn powinien pójść bardziej w stronę Kmicica. Przykładowo, kiedy Kmicic zostaje oskarżony o próbę zabicia króla, ze wzruszenia po prostu... mdleje. Uważam, że to jest świetna scena. Tutaj takiego przejęcia brakuje Aragornowi.

Hubert Zienkiewicz: Jeszcze trochę pomarudzę o bitwach. "Braveheart" - można było "Władcę" przerobić na "Bravehart". Tam jest taka piękna scena, kiedy jedzie ciężka jazda i widać z perspektywy jeźdźca tą masę Szkotów, te twarze Szkotów. I oni zbliżają się, piękna muzyka i zaczyna się uczciwa rąbanka. Nawet w "Joannie D'arc", który jest filmem przeciętnym, jest piękna scena bitwy.

Katarzyna Kuciel: Brakuje pierwszej perspektywy, spojrzenia w pierwszej osobie. To by bardzo dużo załatwiło.

J.Z. Lichański: Czy przypadkiem Jackson nie wyłożył się na pierwszej części, która na nas zrobiła wrażenie w pierwszej części? Ta pierwsza bitwa jest świetna. Niestety, Jackson powtarza efekt. Zauważcie, że w Helmowym Jarze znowu mamy po prostu komputerowo pomnożonych orków, którzy idą do szturmu. Nawet ten wybuch, który ich miażdży, to oni tego nawet nie zauważyli. Zgoda, oni są zezwierzęceni, zwyrodniali, ale nawet takich by ruszyło, gdyby połowę ich załatwili swoi. Bo oni sami ich załatwili.

Kinga Kwaterska: Uważam, że scena śmierci Haldira jest po prostu piękna.

Hubert Zienkiewicz: Bo tam po raz pierwszy użyto the first person perspective. Haldir patrzy na trupy elfów. To jest jedyny raz, w którym patrzymy oczami jednego z bohaterów.

Urszula Lip: Piękna jest jeszcze scena, dodana, bo nie było jej u Tolkiena, i ona się nie tłumaczy, kiedy Eowina idzie do króla i mówi: Panie, twój syn nie żyje. Nie pójdziesz do niego? I ma autentyczne łzy w oczach. Ona jest przekonująca.

Katarzyna Kuciel: Eowina nawet jak wyciąga miecz w tej komnacie jest przekonująca, mimo że to nie jest dobra scena. Ona jest jedyną osobą, która w tym filmie coś czuje i przykuwa uwagę.

Kinga Kwaterska: I, paradoksalnie, elf. Ja mam wrażenie, że elfy to zostały wysłane na galery.

Hubert Zienkiewicz: Kompania karna. Haldir naraził się władcom z Lorien.

Katarzyna Kuciel: Rzeczywiście, mity o tej masce elfów, że to są to zimne ludy, które nie czują nic, pęka. U Tolkiena wcale to nie jest taki zimny lud. I Legolas, który pierwszy w filmie się martwi, że nie obrońcy nie podołają... W filmie uczucia okazuje elf. Elfy są bardziej ludzkie od ludzi.

Urszula Lip: Akurat scena śmierci Haldira jest o tyle fajna, że - jak tu już ktoś kiedyś powiedział - elfy mają do stracenia więcej niż ludzie.

Hubert Zienkiewicz: To jest właśnie ta scena, w której bohater stoi sam i rąbią go na kawałki. I nikt mu nie pomaga. On zrobił wszystko, co mógł, a potem jeszcze spogląda na trupy i rozumie, że elfy - tylko elfy - przegrały tę bitwę.

Anika Radzka: Ktoś, kto nie czytał Tolkiena, absolutnie nie zrozumie tej sceny.

Hubert Zienkiewicz: Haldir postąpił heroicznie.

Urszula Lip: Dobrze, ale nie widać jego motywacji. Jaka jest motywacja Haldira?

Hubert Zienkiewicz: Tu chodzi mi o coś innego, chodzi o samą scenę, o scenę patrzenia.

Urszula Lip: Ale nic z niej nie wynika. Ja chciałabym wiedzieć wcześniej, po co on się tam znalazł.

Hubert Zienkiewicz: Nie, bo to dowódca, który widzi wszystkich swoich żołnierzy zabitych.

J.Z. Lichański: Scena jako scena się tłumaczy, zgoda, ale to potwierdza, że w drugiej części Jackson niestety pękł - kilka dobrych scen i brak ciągłej narracji.

Urszula Lip: Może to wynika, tak jak mówiła to Karolina, z urwanego montażu, i może to się wyjaśni na DVD.

J.Z. Lichański: Jeśli to prawda, że w montażu wyszło sześć godzin, to z góry wiadomo, że trzecia część będzie skopana. To będą przypadkowe cięcia, usuwane będą przypadkowe sceny.

Katarzyna Kuciel: To samo zrobiono z "Wiedźminem", który jako serial dał się jakoś logicznie wytłumaczyć, film natomiast to był horror.

Katarzyna Woźniak: Chciałabym powiedzieć coś w obronie tego filmu. Pierwsza część była lepsza, ale ona była łatwiejsza do sfilmowania. W drugim tomie są dwie równoległe historie. W filmie byłoby bardzo ciężko wprowadzić wszystkie elementy, żeby każdy był zadowolony. Tym bardziej że Jackson mówi, że miał swoją wizję, ale liczył się z tym, że jest wiele milionów ludzi, którzy uwielbiają tę książkę, więc chciał to pokazać po trochu z każdego punktu widzenia. Znam wiele osób, które nie miały wcześniej kontaktu z Tolkienem, a które po obejrzeniu pierwszej części patrzyły w ekran i mówiły: No jak to, skończyło się? Co dalej? One to odbierają zupełnie inaczej. To film zrobiony dla masowej widowni, to jest widowisko.

Urszula Lip: Przepraszam z góry, ale to film zbliżony do serialów tego rodzaju co "Xena" czy "Herkules". Jeśli jest to film oparty na prozie Tolkiena, to musi mieć jakiś sens, ale zmieniono bardzo wiele, żeby to dopasować do masowego odbioru.

Katarzyna Woźniak: Aragorn to jest typowa postać bohater - wojownik. Brakuje mi bardzo tej królewskości, która jest w książce. Kolega wpadł na pomysł, że mogli go podświetlić, wtedy byłyby bardziej królewski.

Urszula Lip: Myślę, że tutaj wychodzi brak umiejętności aktorskich Viggo Mortensena, którego osobiście bardzo lubię, ale on się nadaje do takich filmów jak "J.I. Jane" i filmów sensacyjnych. Widziałam go w dramacie psychologicznym "28 dni", gdzie był bardzo przystojny i sympatyczny, ale nic poza tym.

J.Z. Lichański: Wiecie kto mógłby go zagrać? Chociaż on już jest zbyt stary... Clint Eastwood. Z jednego powodu: on musi grać momentami dwa przeciwstawne uczucia, które - moim zdaniem - Mortensen nie jest w stanie zagra: znużenie (bo Aragorn jest już stary w kategoriach ludzkich, jest ostra różnica wieku między nim a Arwen), poza tym on musi przerażać. I to Clint Eastwood umie zrobić.

Kinga Kwaterska: Mogli to zrobić w taki sposób, jak pokazywali Gandalfa, jak on się potrafi zmienić. To jest trik filmowy.

J.Z. Lichański: Faktycznie. To były dobre sceny w pierwszej części. Chwyt najniższego rzędu, ale scena przerażająca. Jedna - w momencie, kiedy Gandalf wpada i żąda od Froda, aby natychmiast wyjechał.

Urszula Lip: Tak, to by było dobre, ale konstrukcja postaci Aragorna od początku była inna. On się od samego początku waha. Jeśli pokazujemy bohatera od samego początku jako tego, który się waha, niezdecydowanego, to później nie można go przedstawić inaczej.

J.Z. Lichański: Czyli reżyser nie wiedział, co zrobić.

Kinga Kwaterska: Aragorn jest podobny do Froda. Froda też ciągle się waha. Frodo musi wziąć Pierścień, ale nie do końca chciał to zrobić.

J.Z. Lichański: Już wiemy, czego zabrakło. Kiedy się ujawnia królewskość Aragorna? Na uczcie u Elronda. Tego zabrakło.

Katarzyna Woźniak: Mnie zabrakło o wiele ważniejszej rzeczy: przeznaczenia. Tutaj zmieniono historię. Byłam zaskoczona, gdy Aragorn w rozmowie z Eowiną mówi o Arwenie: Odpływa ze swoim ludem. Od początku było wiadomo, że oni będą razem. Rozumiem, że w tym momencie musi okazać się jego szlachetność - oto jego kobieta odpływa, więc może zakochać się w drugiej.

Urszula Lip: Ale tylko pozornie. On się nie zakocha, bo on może tego zrobić w amerykańskim filmie.

Kinga Kwaterska: A czy on nie jest trochę dwulicowy, jak się przed tym biednym dzieckiem popisuje, że tak świetnie włada mieczem?

Katarzyna Aust: Filmowy Aragorn dość wyrazie uwodzi Eowinę. W filmie wychodzi na to: sytuacja życiowa, moja dziewczyna odpływa za może, więc może zaczniemy razem?

Urszula Lip: Koleżanka, która nie czytała książki, powiedziała właśnie tak. Dlaczego on ma się kochać w elfce, która gdzieś tam wyjechała, skoro pod nosem ma kobietę z krwi i kości?

Katarzyna Woźniak: Oglądałam film na temat realizacji "Władcy" i wypowiadali się sami aktorzy. Mortensen stwierdza, że między Aragornem a Eowiną pojawia się wielka miłość, oni są bardziej do siebie podobni niż Aragorn i Arwena. To mnie także zbiło z tropu. Skoro w książce Aragorn ciągle daje do zrozumienia Eowinie, że kocha inną, to tutaj...

Katarzyna Kuciel: Zastanawiałam się, jak to wygląda z punktu widzenia Eowiny. Kiedy Aragorn odchodzi Ścieżką Umarłych, on mówi: Twoi przyjaciele idą z tobą, ponieważ cię kochają. To nie jest taka zwykła miłość.

Urszula Lip: Nie, to wyjaśnia sam Aragorn, a później i Eowina. Kiedy uzdrawia Eowinę, Aragorn mówi: We mnie pokochała cień i marzenia, nadzieję sławy i wielkich czynów, odległych od stepów Rohanu. Ona czuła się jak zwierzątko w klatce, była w depresji, mówiąc dzisiejszym językiem, i miała nadzieję, że się wyrwie z takiego życia, jakie prowadzi.

Kinga Kwaterska: I że ma jakąś szansę z czysto ludzkiego punktu widzenia.

J.Z. Lichański: Jedyna dobra scena jest z Grimą. To ma sens.

Katarzyna Aust: Grima filmowy jest doskonały, a zarazem stało się coś niepokojącego: Grima jest naprawdę przekonywający intelektualnie, natomiast u Tolkiena zło przekonywające intelektualnie nie jest. Saruman może argumentować na krótką metę, ale w końcu zostanie pokonany w tej argumentacji, Grima także. Tymczasem w filmie Grima zostaje pokonany przez Gandalfa siłowo, właściwie przytrzymany przez Gimliego. Filmowy Grima to nawet nie jest czarny charakter. To wygląda tak, jakby on przed Eowiną się odsłaniał. On wygląda raczej na realistę. Co więcej, taki przedstawiciel real politic oczywiście jest antypatycznym typem, jest czarnym charakterem. W filmie Grima jest inteligentnym facetem...

Małgorzata Grzechocińska: ...który jest pokrzywdzony przez los, bo jest brzydki i musi się ratować intelektem.

Anika Radzka: On jest nieszczęśliwy jeszcze dlatego, że kobieta, którą kochał, odtrąca go, ponieważ jest brzydki.

Katarzyna Kuciel: Znowu błąd. Jak Jackson robi nowe sceny, wychodzi mu dobrze, ale jak próbuje je przerabiać, to jest gorzej.

Katarzyna Aust: Zauważmy, że w książce hobbici widzą Grime jadącego na byle jakim koniu. W filmie wjeżdża na czarnym wierzchowcu i bardzo malowniczo się prezentuje.

Małgorzata Grzechocińska: Po przeczytaniu książki wyobrażałam sobie Grimę zupełnie inaczej - jako sługusa, ale raczej z gatunku takich mętów społecznych niż czegoś w rodzaju szlachcica. Nie wyobrażam sobie, jak później będzie się za tym Sarumanem płaszczył. Sarumana złamanego sobie wyobrażam, ale Grimę?

Anika Radzka: Grima ucierpiał na charakteryzacji. Blada twarz, sine usta, mętne oczy - od razu widać, kto jest zły.

Katarzyna Aust: Bardzo ważnym przesunięciem, co sugerowałam na ostatnim spotkaniu, że Grimie w usta włożono słowa Aragorna.

Urszula Lip: Mówiłam także, że różne kwestie, które w książce wypowiadają pewne postaci, w filmie włożono w usta innych.

Katarzyna Aust: Grima w sumie był bardzo sympatyczny, zimny, może wyrachowany, ale sympatyczny.

Katarzyna Kuciel: Ja twoich uczuć nie podzielam, we mnie nie budzi żadnych uczuć, a jeżeli już, to wstręt.

Urszula Lip: W każdym razie przykuwa uwagę, tak jak Sauron w pierwszej scenie z pierwszej części.

Kinga Kwaterska: Tak, osoby nie czytające książki mówiły, że Sauron jest piękny. Gdyby nie ten komentarz Galadrieli, mieliby trudności z połapaniem się, kto się kim.

Urszula Lip: A propos pierwszej części, która jest bardzo genialna i bardzo piękna, ale mimo wszystko nie jest pokreślone, kto jest ważny po drugiej stronie. Elronda widać, ale Elendil i Isildur za bardzo się nie wyróżniają. Nie wiem, w jaki sposób można to by było zrobić, nie mówię, żeby ich od razu podświetlać aureolą, ale można było to podkreślić w jakiś inny sposób. Trzeba było pokazać, że ten miecz, który został złamany, jest szalenie ważny i od odgrywa dużą rolę.

Katarzyna Aust: Sądzę, że zabrakło, nazwijmy to, wymiaru epickiego. To jest to, że kiedy u Homera walczy Achilles, to w tym momencie pola bitwy zamiera. Czy rzeczywiście zamarła, czy nie znajduje się w narracji, to zupełnie inna sprawa. Ostatnią walkę z Sauronem zrobiono tak: był Sauron, Elrond, Gil-galad, Isildur.

Anika Radzka: Rzeczywiście, Gil-galad pojawia się, ale dosłownie na sekundę.

Małgorzata Grzechocińska: Chcąc tę bitwę pokazać jak najbardziej prawdopodobnie - bo wyraźnie się starają, by oni wyglądali jak najbardziej prawdopodobnie, mają nawet brud za paznokciami - to wbrew pozorom, to, co szkodzi filmom, że są za mało realistyczne, tutaj szkodzi zbyt wielkim realizmem. Co by szkodziło wymyć głównych bohaterów, dać świecącą zbroję...

J.Z. Lichański: Aragorn nie powinien się wyróżniać, ewentualnie delikatnie, np. wszyscy mogą być zmęczeni, a on nie.

Katarzyna Aust: Oglądałam kiedyś taki film, w sumie bardzo tandetny, ale był tam jeden fajny chwyt: po bitwie wszyscy zabłoceni, a król Artur w płaszczu czystym, nieskalanym. Co do tego zarzutu o zbyt wielki realizm. Powiem inaczej: realizm źle potraktowany. Moje dwa do tej kwestii ulubione momenty: z pierwszej części. Po wyjściu z Morii przecinają strumyczek. Aragorn brnie po wodzie. Trzy metry wyżej strumyczek ma szerokość kroku, ale Aragorn brodzi tam, gdzie strumień ma trzy metry szerokości. To nie jest realizm. Z drugiej części: Aragorn, przez cały czas obrony Helmowego Jaru biega z estetycznym dekolcikiem, idealnym, by w niego wbić parę strzał. Rozchełstana zbroja, nie ma czasu zadbać o wygląd, bo on walczy! Zbroja służy do tego, by dawała ochronę. Teoretycznie realizm, a tak naprawdę nie, bo nie pomyślano, jak bohater naprawdę w danej sytuacji by się zachowywał.

J.Z. Lichański: Jeszcze jedna sprawa. Poprzednio użyłem w stosunku do tej słynnej ballady "Gdzie jest jeździec i koń?" określenia, że jest to ballada. Tymczasem profesor Kokot zwróciła uwagę, że to jest elegia. Proszę wziąć pod uwagę, że tam są Anglicy i oni muszą wiedzieć, że to jest elegia. Nie ma możliwości, by król, przygotowując się do rozstrzygającej bitwy, śpiewał sobie piosenkę na zasadzie: "Wołga, Wołga, mać radnaja". Zamiast zaśpiewać pieśń zagrzewającą do boju, on sobie śpiewa elegię. Przecież tego nie wolno mówić. To jest błąd merytoryczny. W książce Aragorn śpiewa tę pieśń, kiedy jadą pomiędzy kurhanami, gdzie są pochowani poprzedni władcy Rohanu. To się zgadza - na cmentarzu nie śpiewamy pieśni weselnych. Natomiast w momencie bitwy powinniśmy śpiewać jakąś uczciwą pieśń bojową.

W tym miejscu nastąpiła wesoła dyskusja na temat pieśni bojowych w ogóle oraz związku pieśni "Witaj, Zosieńko, otwórz okienko na wschodnią stronę" z wyjazdem Eomera.

J.Z. Lichański: Doszliśmy zatem do strasznych wniosków, ale konkluzja jest jedna: musimy czekać do czerwca, kiedy wejdą pierwsze trailery. Poza tym częściową odpowiedzią na te wszystkie nasze złośliwości będzie kwestia, czy "Dwie Wieże" dostaną w tym roku jakiegokolwiek Oscara, czy nie. Moim zdaniem nie dostanie nic i to nie dlatego, że jest "Chicago". Przepadł w Anglii, skoro tam większość nagród zgarnął "Pianista". Jeżeli już, to muzyka.

©Protokół sporządziła Urszula Lip




wróć do spisu dyskusji