Agnieszka Szurek

HARRY POTTER PO RAZ PIĄTY


uwaga --- spoilery!!!

   Napisanie piątej części jakiegokolwiek cyklu - pod warunkiem, że autor nie chce podawać odgrzewanych pierożków - jest zawsze dużym wyzwaniem. W przypadku Harry'ego Pottera dochodzi jeszcze sprawa presji ze strony czytelników i mediów, pragnących wiecznie "więcej tego samego". Z tymi żądaniami koliduje do pewnego stopnia wyraźna zmiana tonu i atmosfery powieści, zapoczątkowana w trzeciej części. Zakończenie Czary ognia sugerowało zaś ostateczne zerwanie z modelem pogodnej powieści szkolnej skrzyżowanej z dobroduszną bajką.
   W Zakonie feniksa autorka z pewnością nie serwuje odgrzewanych pierożków i również - moim zdaniem - należy ją podziwiać za to, że nie poddała się presji publiczności i podjęła kilka odważnych decyzji (np. - Harry nie gra w quidditcha). W sumie udało jej się na pewno osiągnąć jedno: piąta cześć Harry'ego to książka "dorosła". Nie ma w niej puddingów rozpryskujących się na głowie niechcianych gości, zginęły gdzieś fasolki wszystkich smaków i czekoladowe żaby. Zakon feniksa jest "dorosły" do tego stopnia, że niekiedy mogą razić w nim "dziecinne" pozostałości z poprzednich części.
   Harry zaczyna widzieć więcej. Jego światem nie rządzi już prosty podział na dobrych i złych, na mugoli i czarodziejów. Powoli zaczyna zacierać się granica między światem magicznym a zwyczajnym: dementorzy pojawiają się na Privet Drive, ciotka Petunia rozumie, jakie zagrożenie stanowi Voldemort. Sam Harry staje się - co uważam za jedno z najlepszych posunięć autorki - postacią o wiele mniej sympatyczną. Jest całkowicie wiarygodne pod względem psychologicznym, że pod koniec używa jednego z zakazanych zaklęć: czujemy, że Harry MOŻE stać się kopią Voldemorta. Jest to jedno z głębokich, doskonale zaprojektowanych źródeł napięcia w książce: co będzie barierą, która powstrzyma Harry'ego od stania się Voldemortem? Dumbledoore? Nad piątą częścią unosi się aura jego znaczącej nieobecności. Rodzina? Te więzy zostają mocno osłabione wraz ze śmiercią Syriusza i odkryciem prawdy o postępowaniu ojca. Miłość? Najwyraźniej Cho nie była dla Harry'ego dużym oparciem. Przyjaźń? Tylko ona, jak na razie, przetrwała wszystkie próby. Może faktycznie już tylko Ron i Hermiona stoją między Harrym a Mrocznym Panem?
   Z mroczną i poważną atmosferą książki wiąże się wprowadzenie nowych symboli - niektórych wiele mówiących i ciekawych (upiorne konie), niektórych nieco zbyt banalnych (wizja zamkniętych drzwi w nocnych koszmarach Harry'ego). W Zakonie feniksa nie brakuje dających do myślenia i znakomicie opowiedzianych fragmentów.
   Za najlepsze uważam:

- Makabryczny "szlaban" Harry'ego. Niby nic wielkiego - co znaczy rozcięcie ręki w porównaniu z koszmarami nasyłanymi przez Voldemorta - a jednak ta scena wzbudziła we mnie więcej czystego strachu niż wszelkie późniejsze bijatyki w podziemiach Ministerstwa Magii;

- Harry jako nauczyciel - w pewien sposób potwierdza to moje przewidywania co do przyszłości bohatera (widzę w Harrym następcę Dumbledore'a);

- Konflikt między Percym a jego rodzicami - pokazuje nieco głębszy wymiar pozornie tak komicznych postaci Weasleyów;

- Krótki komentarz Dumbledore'a dotyczący okoliczności śmierci Syriusza: sprawy mogłyby się potoczyć inaczej, gdyby Syriusz okazywał nieco więcej zrozumienia i uprzejmości swojemu domowemu skrzatowi. Scena ta nasunęła mi skojarzenia z Emmą Jane Austen. Podoba mi się, kiedy o losach bohatera decyduje nie spektakularna ucieczka czy pojedynek, a pozorna błahostka: kilka uprzejmych słów, odrobina dobrego wychowania;

- spotkanie z Lockhartem w szpitalu. Wprowadza to nieco ponurych tonów w pogodne zakończenie drugiego tomu. Uświadamia, że sprawy nie kończą się wraz z zejściem bohatera ze sceny; że komicznie opowiedziane wydarzenia niczym z kreskówki (różdżka odpaliła do tyłu i zamieniła Lockharta w karykaturę bohatera z amnezją) mają mniej śmieszne konsekwencje. Lata na oddziale psychiatrycznym wydają się zbyt surową karą za odrobinę błazenady.

- Pokazanie niezbyt sympatycznej strony charakteru ojca Harry'ego. Jest to z pewnością punkt zwrotny w całej opowieści; coś, co definitywnie burzy czarno-biały obraz świata. Zabrakło mi jednak po tej scenie konfrontacji Harry'ego ze Snape'em. Postać Snape'a została wyraźnie "odłożona" do następnego tomu.

   "Odkładanie na potem" jest zresztą jedną z największych wad piątej części Harry'ego. O tytułowym Zakonie feniksa nie dowiadujemy się w zasadzie niczego i prawie nie widzimy jego członków w działaniu. Nie dowiadujemy się niczego o tajemniczej misji Snape'a. Hagrid pojawia się i znika w dość niewytłumaczony sposób. Intrygi Voldemorta stają się jeszcze bardziej zawikłane, ostatecznie jednak nie jesteśmy ani o krok bliżej do ich zrozumienia. Uwielbiam długie książki; ale Zakon feniksa jest ZA długi. Autorka wyraźnie odrabia tu pewne zaległości z poprzednich części (wiąże się to z nadaniem opowieści "dorosłego" nastroju i zupełnym przeorientowaniem charakteru niektórych postaci; jak np. Neville Longbottom). Prócz tego jednak, ponieważ w czwartej części zostały domknięte pewne wątki, Zakon jest jakby początkiem nowego cyklu i służy zawiązaniu nowych intryg i stworzeniu fundamentów pod kolejne tomy. W rezultacie piąta cześć jest nieco przeciążona i - moim zdaniem - zachwiana jest w niej równowaga w kompozycji fabuły. Rozwiązania i wskazówki powinny być dawkowane po trochu, a nie skumulowane na ostatnich stronach, a częściowo w ogóle w sposób nieco sztuczny odłożone "na potem". Być może właśnie z powodu tego przeciążenia powieści nie zrobił na mnie wrażenia "wielki finał" i śmierć (?) Syriusza.
   To ostatnie posunięcie również uważam zresztą za niezbyt udane. To prawda, nic tak nie ożywia książki jak śmierć któregoś z głównych bohaterów. Do Syriusza jednak nigdy nie mogłam się specjalnie przywiązać; nie wiem czemu, bo jako nieszczęśliwa i romantyczna postać z silnym instynktem ojcowskim powinien - teoretycznie - być wybitnie w moim typie. Dużo więcej sympatii budzi we mnie chociażby Lupin, jego uśmiercenie byłoby więc, pod względem liczby utoczonych z czytelnika łez, o wiele bardziej ekonomiczne. Postać Lupina ma jednak przed sobą przyszłość i możliwości rozwoju, podczas gdy Syriusz w pewnym sensie był już charakterem wyczerpanym, z ustaloną rolą substytutu ojca/starszego brata Harry'ego. Co więcej można było z nim zrobić, poza uśmierceniem? Mimo wszystko miałam pod koniec tej części pewien niedosyt jeśli chodzi o liczbę zwłok. Straszliwe wydarzenia powinny pochłonąć więcej ofiar, a jeśli zamierzonym efektem było uczynienie Harry'ego po raz kolejny sierotą (żeby musiał stanąć na własnych nogach, a nie wiecznie biegać po pomoc do dorosłych, etc.) należało uśmiercić profesor MacGonnagal.
   Pozostaje mi tylko liczyć na efektowne ofiary w kolejnych częściach.

©Agnieszka Szurek




wróć do spisu artykułów