Urszula Lip

WIELKA (PO) SEZONOWA OBNIŻKA
Bardzo krytyczna recenzja "Harry'ego Pottera i Zakonu Feniksa"


UWAGA, SPOILERY!

   Trzecią część przygód Harry'ego Pottera, tę o więźniu z Azkabanu, odłożyłam z uczuciem pewnego niedosytu, ale także z dużą dozą nadziei. Powieść przestała być cukierkową, choć miejscami pełną grozy bajką. Do czarno-białego świata magii wkradła się niepokojąca dwuznaczność, a postać Syriusza stała się symbolem rozdarcia tego świata na trzy frakcje: przeciwników Voldemorta, zwolenników Voldemorta oraz tych, którzy chcą mieć święty spokój i nic nie widzieć (czyli Korneliusz Knot i spółka). W porządku, to mi nawet odpowiadało - wkraczamy w świat fantasy, w świat, w którym bohaterowie błądzą i nierzadko nie otrzymują za swe czyny żadnych nagród, a czasami wybór drogi przypłacają życiem.
   Z tą myślą wzięłam do ręki czwartą część i - niestety! - mój entuzjazm szybko osłabł i zmienił się w rozczarowanie. Jak to, bite trzysta stron opisów przygotowań do balu nastolatków i Turnieju Trójmagicznego, sporadycznie okraszone opowieściami o strasznych czynach Voldemorta, mordującego lub przyprawiającego o szaleństwo przeciwstawiających mu się czarodziejów?! To ma być dalszy ciąg?! Po jakimś czasie jednak ochłonęłam i pomyślałam, że najwidoczniej wyrosłam już z historii szkolnych dla chłopców i dziewczynek, i dlatego się czepiam, ale przecież jest jeszcze wątek tajemniczego szpiega, to rzeczywiście ciekawe... Na stu ostatnich stronach akcja rzeczywiście ostro ruszyła do przodu, doszłam do finału, szpieg się ujawnił, wiadomy uczeń został zabity, Harry wrócił do Hogwartu okrzyknięty zaraz konfabulatorem, a ja... Zamknęłam książkę z wielkim trzaskiem, rozczarowana do głębi. To taki finał przewidziała autorka najpopularniejszej ostatnio książki? Makabreska w stylu Stephena Kinga? Czarna msza i mało przekonywający numer z podszywaniem się pod kogoś innego?
   Pani Rawling bardzo, oj, bardzo, obniżyła loty.
   Z tego powodu piąty tom przygód Harry'ego przyjęłam sceptycznie, ale ponieważ byłam ciekawa, jak Rowling poskleja te wszystkie elementy, które rozrzuciła po poprzednich częściach, zaczęłam czytać z wielkim zapałem. Początek mnie ani nie zachwycił ani nie przeraził - dementorzy atakujący Dudley'a, też mi atrakcja! - ale przynajmniej coś się działo. Rzeczywiście, coś się działo - w pierwszym rozdziale. Bo potem przez następne sześć nudziłam się setnie. Owszem, dowiedziałam się o istnieniu tajemniczego Zakonu Feniksa, o zdradzie Percy'ego, o rozmaitych stworzeniach zamieszkujących szafki, zasłonki i biurka szacownego i starożytnego domu Blacków, ale nie dowiedziałam się, dlaczego ministerstwo magii niemal natychmiast zareagowało na użycie przez Harry'ego czarów, natomiast nie potrafiło tego samego zrobić z Voldemortem, odprawiającym czarną mszę na cmentarzu. Trick z natychmiastowym wysyłaniem wiadomości był dobry w pierwszej i drugiej części, kiedy listy do Harry'ego wypadały z kominka lawiną i rodzina Dursley'ów tonęła w ich zalewie, a odcinane włosy Harry'ego natychmiast odrastały. Tutaj ten sam zabieg zakrawa na śmieszność.
   Dalej było jeszcze gorzej. Ministerstwo magii okazało się beznadziejną kombinacją bajeczki dla dzieci z opowieścią o Jamesie Bondzie. Kominki w ścianach, windy i latające po korytarzach fiszki, ochraniarz kontrolujący różyczki - ludzie, trzymajcie mnie! Na Boga, to już przecież nie jest bajeczka dla jedenastolatków, tylko poważna powieść, w której giną ludzie! Kto tu ze mnie robi balona?!
   I tak było już do końca: irytacja przeplatana poczuciem wielkiego, bardzo wielkiego rozczarowania. Koszmarny babsztyl Dolores Umbridge jako wielki inkwizytor słusznie budzi nienawiść, tylko - zauważmy - świat czarodziejów to nie ustrój totalitarny (był taki może za krótkich rządów Voldermorta), ale demokracja - dowodzi tego istnienie takiej instytucji jak ministerstwo. W świetle poczynań Umbridge wychodzi na to, że Korneliusz Knot nie jest ministrem, ale władcą absolutnym, ponieważ sprawuje dyktaturę, zatwierdzając działania takiej inkwizytorki jak Umbridge. No więc czy jest to demokracja, czy też coś innego? Tylko co? Czym w ogóle jest ministerstwo magii? Zabawą dla starszych panów i pań, którzy umieją czarować i mają z tego niezłą zabawę?
   Umbridge jest wredna, Snape jest wredny, nawet Dumbledore jest wredny. Biedny Harry, przechodzący właśnie okres bolesnego dojrzewania, jest zostawiony samemu sobie. Nie może liczyć na nikogo - Hagrida nie ma, Dumbledore nie życzy sobie go widzieć, Umbridge go prześladuje, pani Wesley ciągle poucza i tylko Syriusz na odległość mówi mu dokładnie to, co Harry chce usłyszeć i za to Harry kocha Syriusza. Tylko że my wiemy, że Syriusz wcale nie daje dobrych rad - po wielu latach pobytu w strasznym więzieniu nie myśli racjonalnie. Można powiedzieć, że tylko on nie jest okropny. Wszyscy inni są wredni, nawet Hermiona, ta mądralińska, która zawsze wie, co należy robić, i Ron, bo został prefektem i zamiast Harry'ego gra w quiddicha. Pierwsza miłość, o zgrozo, zamiast się całować, chciałaby rozmawiać o swoim nieżyjącym chłopcu (scena po prostu genialna, nie ma co), a do tego Harry'ego co noc nawiedzają koszmarne sny o jakimś długim, ciemnym korytarzu, w którym czai się coś złego. "Nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha" - powinien w tym miejscu zawyć Harry. Jeśli w pierwszych czterech częściach podziwiało się jego przygody, to w piątej nie ma czego mu zazdrościć.
   Ale wątek dojrzewającego boleśnie Harry'ego nie jest zły w porównaniu z innymi bzdurami, w które zabrnęła pani Rawling. Naprawdę mogę wiele wybaczyć - rozwlekłość narracji, niewybredne wygłupy Freda i Georga, irytującą porywczość Syriusza, łzawe retrospekcje o wrednym, jak się okazuje, tatusiu Harry'ego, koszmarnego babsztyla w roli inkwizytora - wszystkie te wątki psychologiczne, jak to źle być niezrozumianym nastolatkiem. Głupie to, ale można to wszystko przeanalizować i wyprowadzić jakąś pokrętną interpretację, bo w końcu jest to powieść dla dzieci (młodzieży?), a nie dla takich dorosłych złośliwców jak ja. Nie mogę jednak przymknąć oka na to, jak strasznie autorka zdegradowała świat, który stworzyła. Możne raczej nie zdegradowała, ale po prostu nie pozwoliła mu dorosnąć razem z Harrym.
   I tutaj wreszcie dochodzimy do podstawowego zarzutu, jaki mam wobec tej nieszczęsnej piątej części. Tak zwany świat przedstawiony zbudowano na tak kruchych podstawach, że niebawem te podstawy zachwieją się i przewrócą jak nóżki źle skręconego stołu, a za nimi cały stół i wszystko, co na nim położono. Pani Rowling może próbować kleić je na różne sposoby, ale i tak się będą chwiać, jeśli autorka nie ma zaprawy w postaci jasno określonej konwencji.
   Dlaczego tak się dzieje? Pierwsze dwie części były utworami, które można nazwać baśniową fantasy - z jasno określonym przesłaniem moralnym. Trzecia część jeszcze się mieściła w tych kategoriach, chociaż zakończenie sugerowało przejście od baśni w stronę "klastycznej" fantasy. Czwarta nosiła już wyraźne znamiona utworu o konwencji kryminału połączonego z powieścią dla młodzieży i horrorem, ale jej kompozycja jeszcze nie burzyła w sposób zasadniczy idei świata magii, ponieważ nie było tam wiele informacji o mechanizmach funkcjonowania tegoż świata i roli, jaką w tym świecie odgrywa ministerstwo magii. Wiadomo już było, że Knot ma dużą władzę, niemal dyktatorską - i to mi się nie podobało, bo nigdzie nie było wcześniej powiedziane o wszechwładności aparatu władzy. Za bardzo to pachniało dziejowym spiskiem dziejów, ale - tak czy inaczej - czary-mary było jeszcze dostosowane do poziomu piętnastoletnich dzieciaków, bo to był świat dzieciaków. W piątej części natomiast mamy już w pełni ukazany świat dorosłych czarodziejów, a jeśli tak ma wyglądać świat dorosłych czarodziejów, to ja dziękuję i wysiadam.
   Przede wszystkim brak tu zasad jakiejkolwiek logiki. Specjalnie podkreśliłam słowo "jakiejkolwiek", ponieważ często bywa tak, że w powieściach niemimetycznych (czyli nie obijających w sposób w miarę dokładny naszej rzeczywistości) ten brak logiki jest zamierzony. Jeśli w piątym Harry'm Rowling świadomie zarzuciła logikę, to albo robi z Harry'ego durnia (bo w wieku szesnastu lat nie umie on spostrzec i zrozumieć mechanizmów rządzących światem), albo zbyt mało przyłożyła się do wykreowania świata, co czyni go mało wiarygodnym. Sądzę, że to drugie. Bo jeśli ludzie z Departamentu Kontroli potrafią wykryć użycie czaru przez ucznia w obecności mugoli, to dlaczego nie potrafią wykryć czaru gdziekolwiek indziej? Zgredek czaruje na prawo i lewo, ojciec Dracona czaruje na prawo i lewo, Syriusz czaruje sobie w najlepsze - ale do nich Departament Kontroli nie wysyła sów z listami z ostrzeżeniami. Dlaczego? Jeśli istnieje ku temu jakiś racjonalny (w tym świecie) powód, pani Rawling powinna go wyjaśnić. Przecież wszystko wskazuje na to, że świat mugoli to ten sam świat co świat Hogwartu (vide liczne przygody Wesley'ów)! Podać jeszcze parę przykładów? Proszę bardzo. W świecie Harry'ego istnieje sztuka czytania w myślach i pamięci, a Snape uczy Harry'ego, jak się przed nią bronić. Dlaczego zatem odpowiednie osoby z ministerstwa nie zajęły się odczytaniem myśli Harry'ego po zabójstwie Cedrika, uśmierconego jednym z najstraszliwszych z zaklęć, a więc zapewne łatwego do zidentyfikowania przez specjalistów? Dlaczego nie użyto tej umiejętności, by wyłapać Śmierciożerców po rzekomej śmierci Voldemorta i wsadzić ich do Azbakanu? To jacy to są specjaliści w tym Departamencie Kontroli?
   Nie chce mi się już pisać bardziej szczegółowo o tych "pęknięciach" w świecie magii, bo gra nie warta świeczki. Wspomnę tylko, że finałowa scena w podziemiach zamiast wywołać grozę, wywołała u mnie salwy śmiechu. Szóstka młodych ludzi bez przeszkód weszła do pilnie strzeżonego (cha, cha, cha!) ministerstwa magii, aby zdobyć straszliwą broń (cha, cha, cha!), która ma pomóc w powrocie Voldemorta, i zwarła swe szeregi razem z przedstawicielami Zakonu Feniksa w ordynarnej bijatyce ze zwolennikami Czarnego Lorda! Infantylność tych scen była gorsza niż makabreska i "czarna msza" na cmentarzu w czwartej części. Poczułam się wręcz obrażona.
   Na sam koniec dobiła mnie pełna skruchy opowieść Dumbledore'a, jak to - powodowany chęcią chronienia Harry'ego - nic mu nie mówił o poczynaniach Zakonu Feniksa. Zachciało mu się chronić szesnastolatka, ale jeszcze rok czy dwa lata wcześniej takich skrupułów nie miał! Cofnął się w rozwoju, czy co? Ja sama na miejscu Harry'ego obraziłabym się śmiertelnie i raz na zawsze za robienie ze mnie idiotki, narażenie mojego życia na szwank i spowodowanie śmierci chrzestnego ojca (którego, nawiasem mówiąc, pani Rawling musiała zabić, bo zrobił się nieznośnie nieostrożny - pewnie przebywanie na wolności mu zaszkodziło).
   Nie byłam przeciwniczką przygód Harry'ego, o czym miałam przyjemność pisać w "Nowej Fantastyce". Po lekturze trzech części byłam przekonana, że to dobre książki, nawet teraz jestem o tym przekonana. Ale czwarta i piąta część mocno mnie rozczarowały i wątpię, czy pani Rowling zrekompensuje mi to w szóstej i siódmej części. Wprawdzie udało się jej stworzyć urokliwy świat magii, oparty na efektownym "czary-mary", pełen magicznych gadżetów i psychologicznie wiarygodnych postaci, ale jednocześnie ten świat jest chaotyczny, podziurawiony i infantylny. Nie można z tego chaosu wybrnąć inaczej niż sposobem deux ex machina i obawiam się, że tak się właśnie stanie na koniec ostatniego, siódmego już tomu.
   Teraz, kiedy się już popastwiłam nad kompozycją i konstrukcją świata przedstawionego, napiszę parę słów pochwały. Mimo całego bezsensu opowiadanej historii, postaci występujące w piątej części Harry'ego pani Rawling odmalowała całkiem wiarygodnie. Problemy okresu dojrzewania dziewcząt i chłopców niewiele mnie interesują, ale muszę przyznać, że opisane zostały w sposób subtelny, a jednocześnie prawdziwy, zwłaszcza kwestia zmiennych emocji, tak typowych dla okresu dojrzewania.
   Przede wszystkim Harry'ego cechuje typowy dla młodzieńców w tym wieku egocentryzm i przewrażliwienie. Jeśli dodać do tego ogromną samotność - co też jest cechą wieku dojrzewania, bo człowiek ma wtedy wrażenie, że mimo tłumu dookoła jest sam na świecie - spotęgowaną brakiem rodziców i odizolowaniem się przyjaciół oraz niemożnością uczestniczenia w ulubionej grze - to wychodzi z tego całkiem wiarygodny portret psychologiczny. Gorzej rzecz się ma z czarnymi charakterami - są tak samo czarne jak w pierwszej części, a ich dojrzewanie polega na coraz większej bezwzględności (patrz kombinacje Draco Mafloy'a).
   Z nijakich postaci nauczycieli wyróżnia się straszliwy babsztyl Umbrige. Skupia w sobie cechy wszystkich wrednych nauczycieli, jakich nosił ten świat, i wywołuje niejako automatycznie odrazę - żeby nie powiedzieć nienawiść, tym bardziej że nie ma sposobu, by się jej przeciwstawić czy ją pokonać. Ta bezsilność wywołuje złość - i u bohaterów, i u czytelnika. Jej metody są bezprawne i okrutne i czytelnik w pewnej chwili myśli, że nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności, jak spuszczenie ohydnej nauczycielki na łeb ze schodów i oglądanie, jak się od nich odbija. Z retorycznego punktu widzenia jest to zabieg udany, chociaż kara, jaka w końcu spotyka Umbrige, nie wywołuje uczucia satysfakcji u czytelnika - bo cóż to jest demencja wobec ogromu nieszczęść, jakie sprowadziła na szkołę wredna nauczycielka! Wydawałoby się, że Umbrige należałoby się kilka lat w Azbakanie, a nie zwykła amnezja spowodowana szokiem.
   Bardzo dobrze i w sposób wiarygodny opisała pani Rawling jeszcze jedną ważną rzecz: wpływ prasy na społeczeństwo. Prawdą jest, że media kształtują opinię publiczną i wpływają na postawy odbiorców. Ze zrozumiałych względów autorka nie mogła posłużyć się przykładem telewizji, więc wybrała prasę - i udało jej się ukazać, jak łatwo można zmanipulować niezorientowanego czytelnika wprowadzając komentarze za fakty i przypuszczenia w miejsce argumentów. Udało się też jej pokazać, że media są bronią obosieczną - mogą służyć zarówno zdyskredytowaniu zaufania do Harry'ego, jak też i to zaufanie podbudować.
   I wreszcie ostatnia pochwała: mimo okropnych bzdur, w jakie zabraknęła pani Rawling, lektura tej powieści idzie dość gładko. Wprawdzie znowu trzy czwarte książki to opisy różnych przedsięwzięć szkolnych (typu walentynki czy wizyty w Hogsmade'a), ale wątki krzyżują się bardzo zręcznie, czego nie mogłam powiedzieć o wątkach w czwartej części.
   Te pozytywy nie przeważają jednak nad negatywami. Nie mogę do końca "zawiesić niewiary", jeśli ciągle czytam o "łajnobombach" czy "proszku fiuuu", kontroli różdżek i ochraniarzach, wybuchających toaletach (takimi rzeczami zajmuje się odpowiedni departament w ministerstwie magii!), a potem widzę biedną matkę Neville'a, nieszczęsną ofiarę czystek Voldemorta, jak podaje swemu synowi wyimaginowany kwiatek! Nie, drodzy państwo, te komiksowe gadżety zupełnie nie współgrają z powagą zdarzeń, są nie na miejscu i rażą infantylizmem. Niektóre rozwiązania wątków - np. milczenie Dumbledore'a czy nowa broń Voldemorta - są po prostu śmiesznie niewiarygodne. Jak mam uwierzyć, że ten mądry, prawy Dumbledore, który przecież doskonale zna młodzież i na pewno wie, jak silne bywają emocje u szesnastoletniego młodzieńca i jak trudno je poskromić, z premedytacją zostawia Harry'ego samemu sobie, i to w czasie, kiedy on potrzebuje najwięcej wsparcia ze strony przyjaciół, bo najbliższej rodziny nie posiada? Nie zamienia z nim ani słowa, nawet kiedy widzi, że między Harry'm a Umbridge zaistniało ogromne napięcie. To dla mnie wyjątkowo nieudany z punktu widzenia psychologii wątek i nie przekonują mnie mętne i pokrętne tłumaczenia Dumbledore'a o nadmiarze wiedzy, która może zaszkodzić. Wiedza wiedzą, a dobre słowo i wsparcie duchowe to zupełnie inna rzecz.
   I jeszcze jedna drobna uwaga: tytuł "Harry Potter i Zakon Feniksa" sugeruje, że książka będzie opowiadać o Harrym Potterze i Zakonie Feniksa. Czy aby na pewno? Informacja o owym Zakonie Feniksa pojawia się zaledwie dwa razy (na początku i na końcu). Według mnie to kolejny poważny błąd ze strony pani Rawling. Lepszy byłby tytuł: "Harry Potter i Wielki Inkwizytor", bo właściwie przez większą część książki nasz bohater zmaga się demoniczną i znienawidzoną nauczycielką, a wszystkie inne jego działania są tego konsekwencją.
   Z tych względów uważam część piątą przygód Harry'ego Pottera za dzieło nieudane, stojące w rankingu o wiele niżej niż trzy pierwsze części, chociaż ciutkę wyżej niż część czwarta. Pozostaje mi tylko żywić (nieuzasadnioną) nadzieję, że w szóstej i siódmej części pani Rawling odbije się od obecnego poziomu, rozwinie skrzydła i pokaże, że nie na darmo dwa lata temu pisałam, że: "Jest to książka, która niesie ze sobą możliwość zaspokajania podstawowych ludzkich potrzeb, takich jak emocje, tęsknota za dawnością i dzieciństwem, chęć przeżycia przygody, poszukiwania pozytywnych wartości: wiary w człowieka, w przyjaźń, solidarność, w to, że świat mógłby być lepszy, gdybyśmy się tylko bardziej starali, że można i trzeba poświęcać się dla drugiej osoby."
   Mam nadzieję, że będę mogła odnieść te słowa do następnych książek o Harry'm Potterze.

©Urszula Lip




wróć do spisu artykułów