Agnieszka Szurek

OBECNOŚĆ MITU



   Podobnie jak zapewne wielu czytelników Tolkiena, miałam już ostatnio serdecznie dosyć publikacji-potworków, które rozmnożyły się po wejściu na ekrany Władcy Pierścieni. Wrześniowy numer Znaku przynosi coś innego, coś, czego jeszcze cały czas mamy w Polsce za miało: nie zdumienie nad popularnością i fenomenem kulturowym, jaki stanowi twórczość Tolkiena, nie zachwyty fanów, a poważną i rzeczową dyskusję. Nie jest to też, o czym może warto od razu uprzedzić, próba naiwnej chrystianizacji tolkienowskiej mitologii. Ojciec Joachim Badeni dopatruje się co prawda (nie bez podstaw!) w postaci Golluma nawiązań do liturgii Wigilii Paschalnej, dla niego tak samo jak dla innych autorów najważniejsze jest jednak to, że powołany do życia przez Tolkiena świat jest tak bardzo prawdziwy, że można w niego wejść i w nim zamieszkać.
   Nie mamy też na szczęście w tym numerze Znaku kolejnej apologii fantasy. Władca Pierścieni jest analizowany jako - rzecz niekwestionowana, acz ciągle przez wielu nieuznawana - jedna z najwybitniejszych książek XX wieku. Jeżeli w ogóle można jeszcze mówić o wysokiej i niskiej kulturze, Władca lokuje się na pewno górnych rejestrach, choć jak wysoko - to właśnie jest, miedzy innymi, kwestią dyskusji: czy obok dzieł Manna i Joyce'a, czy jednak nieco poniżej nich, czy też w całkowicie innej skali: raczej koło Illiady, Eneidy i Beowulfa.
   Wielka przyjemnością dla krytyka i czytelnika jest to, że choć wszystkim wypowiedziom przyświecają te same założenia, rozbieżność ocen i opinii jest ogromna. Władca bywa określony jako książka czarująca, urzekająca zwłaszcza nastoletnich czytelników - i jako utwór zawierający filozoficzne i teologiczne rozważania; jako rzecz pożyteczna, ale taka z której się wyrasta - i jako dzieło zawsze trwałe, takie, do którego powinno się często wracać. Okazuje się, że nawet najprostsze i, zdawałoby się, oczywiste kwestie mogą budzić spory. Czy dzieło Tolkiena jest konserwatywne czy nowatorskie w formie? Czy Odpowiada na problemy współczesnych czasów - czy też jest próbą powrotu do dziejów dawno minionych? A jeśli obie wersje odpowiedzi są prawdziwe - jakim cudem udało się Tolkienowi stworzyć spójną całość łączącą tak wiele przeciwieństw?
   Streszczenia artykułów można przeczytać gdzie indziej, tutaj zatem zamieszczę tylko kilka drobnych i osobistych uwag.
   W rozmowie z ojcem Badenim jest poruszona - ulubiona przez badaczy-amatorów Tolkiena - kwestia kobiet. Ojciec Badeni stwierdza, że w Galadriel można się zakochać, ale też że z nią trudno się żenić; że jest bardzo atrakcyjna, ale że nie ma seksualności. Te wyrwane z kontekstu zdania nie oddają sprawiedliwości wypowiedziom autora, który gdzie indziej bardzo wnikliwie przedstawia postać Galadriel. Niemniej jednak wydaje mi się, że porównanie do kobiety do abstrakcyjnego pojęcia i do greckiego posągu (piękno idei kobiecości wcielone w marmur), wraz ze stwierdzeniem U Tolkiena nie ma w ogóle seksu. Nie wiadomo, jak rodzą się elfy pozostawia czytelnika z nieco spłyconym, uproszczonym obrazem, jakby sprawy płci w ogóle we Władcy Pierścieni nie istniały. Owszem, nie mamy w tym utworze "scen", ale przecież - zwłaszcza w chrześcijańskim miesięczniku -związek kobiety i mężczyzny można rozumieć nieco głębiej. NB, we Władcy raczej nie mamy scen rodzinnych, ale lektura Silmarillionu, (też, moim zdaniem, niesłusznie określonego jako zbyt abstrakcyjny) a zwłaszcza jego rozszerzonej wersji wyjaśnia, że elfy rodzą się całkowicie normalnie, w dzieciństwie tylko rozwijają się nieco wolniej niż ludzie. Galadriel faktycznie nie jest postacią, w której można się zakochać - w końcu jest nie tylko matką, ale również babką i żyje na świecie od tysięcy lat. Ale mamy we Władcy inną bohaterkę: Eowyn. Pod rycerskim ekwipunkiem znajdziemy bardzo wnikliwie i delikatnie naszkicowany portret kobiecej psychiki.
   Artykuł Andrzeja Szyjewskiego Prawda i mit jest zebraniem ciekawych wiadomości, niekiedy tylko - jak mi się wydaje - dość luźno związanych z Władcą. Lektura tego artykułu obudziła we mnie poważne wątpliwości co do sensu "mitologicznych" badań nad twórczością Tolkiena. Owszem, możemy dokopać się do głębokich - i jeszcze głębszych - i jeszcze głębszych związków. Czy jednak te badania naprawdę rzucają światło na cokolwiek - poza erudycją autora artykułu? Przypomniałabym tu - znane wszystkim, którzy czytali wykład O baśniach - ostrzeżenie, jakiego Tolkien udzielił badaczom Beowulfa. Zastanawiam się też, czy autor artykułu nie popełnił tego samego błędu, co Gollum, którego przecież także interesowały korzenie i początki wszelkich rzeczy i który potem założył że korzenie gór to najwspanialsze z korzeni. Z pewnością kryją się pod nimi zagrzebane tajemnice, których nikt jeszcze nie odkrył od początku świata. Oczywiście, korzenie Władcy Pierścieni to najwspanialsze z korzeni. Jednak po przeczytaniu artykułu bliska byłam gollumowego odczucia, że wszystkie "wielkie tajemnice" ukryte pod górami okazały się tylko pustką i nocą; nic więcej nie było do odkrycia(...). Mam tylko nadzieję, że autora nie spotka los Golluma...
   Wydaje się też, że niekiedy szukanie tak głębokich związków prowadzi do przeoczenia rzeczy oczywistych. Autor pisze na przykład o koronie gwiazd, którą katolicka tradycja wieńczy Matkę Boską, upatrując w tym echa symboliki związanej z Wielką Boginią. Źródło jest tymczasem dużo bardziej oczywiste: Apokalipsa św. Jana [12,1] - I wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta w słońce obleczona i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. Nie neguję nawet związków tego obrazu z dawnymi wierzeniami, ale Apokalipsa jest dość ważnym ogniwem łączącym je z ludowymi wierzeniami.
   Autor twierdzi również, że Ewangelia pseudo-Jana jest "zdumiewająco przypominająca" Tolkienowską Valaquentę; po czym natychmiast wspomina, że stworzenie gwiazd przypisuje ona Szatanowi. Toż w świecie Tolkiena gwiazdy tworzy Varda, przeciwniczka Morgotha, której samo imię odstrasza sługi ciemności! Nie mogę się też zgodzić ze stwierdzeniem, że Tolkien przyznaje r z e c z y w i s t e [podkr. autora] funkcje soteriologiczne mitowi. Jestem przekonana, że Tolkien sam by się z nim nie zgodził. Mit może być przygotowaniem, czy przeczuciem zbawienia 9jak przedstawia to wykład O baśniach), ale sam z siebie nie ma żadnej zbawczej mocy (dla katolika to w końcu rzecz dość oczywista). Słuszniejsze zdaje się późniejsze twierdzenie autora, że twórczość Tolkiena jest "wyrazem tęsknoty za zbawieniem".
   Najbliższy mi i zarazem dla mnie najbardziej inspirujący był krótki artykuł Wiesława Juszczaka, zwłaszcza fragment o "emocjonalnym skrępowaniu", które sprawia, że wielu czytelników, niezależnie od wykształcenia, erudycji i nawet mitologicznych i historycznych zainteresowań, nie rozumie twórczości Tolkiena, a nawet więcej: czuje do niej wręcz organiczną niechęć. Rozprawianie o gustach jest zawsze ryzykowne, sądzę jednak, że autor brawurowo podejmując trudny temat, uchwycił naprawdę ważny problem, dotyczący nie tylko naszych upodobań, ale i sytuacji współczesnej literatury. W dodatku, choć tylko krótka wzmianka wiąże Władcę z operą, podoba mi się to zestawienie, odpowiadające również i moim przeczuciom, nieco bardziej też oryginalne niż już zbyt często "odkrywane" chrześcijańskie czy mitologiczne wątki. Z całego serca podpisuję się tez pod ostatnim stwierdzeniem autora, dotyczącym dzieła Tolkiena:
   Teraz nie mógłbym się już bez niego obyć. Pomaga mi w życiu i równie niezbędne okazuje się w pracy.
   Na pewno nie wszyscy aż tak głęboko cenią Władcę Pierścieni. Ale uważam, że wrześniowy numer Znaku to pozycja obowiązkowa, niekoniecznie na półkach fana fantasy, ale na pewno w bibliotece kogoś, kto choć trochę zajmuje się literaturą współczesną.

©Agnieszka Szurek




wróć do spisu artykułów