Konrad Hasior

Lepsze czasy



   Kozłówka była małym miasteczkiem na Pomorzu z odnowionym kiedyś przy wizycie króla historycznym rynkiem, zamykaną na zimę szkołą, więzieniem kryminalnym i gospodą na przedmieściu. Kilka osób pracowało w Kozłówce. Pracował burmistrz w godzinach pracy. Oberżysta i klawisze pracowali do ostatniego klienta, pracowali także z przyzwyczajenia nauczyciele w szkole. Pozostali mieszkańcy podzielili się na tych, którzy wyjechali za pracą i tych, którzy czekając na lepsze czasy, co miesiąc odbierali od burmistrza państwową zapomogę. Niewiele więcej można było zarobić usypując wały przeciwpowodziowe i utwardzając drogi, ale mało kto chciał się wysilać za dwie garści miedziaków, gdy jedną mógł dostać za darmo. Mieszkańcy Kozłówki czekali na lepsze czasy.
   Wydawało się, że zanim lepsze czasy nadejdą, wiele wody upłynąć musi w Strwiążce i wiele jeszcze powodzi zaskoczy burmistrza Terazkuję, gdy po kolejnej srogiej zimie przyjdzie nieoczekiwana ciepła wiosna. Okazało się jednak, że lepsze czasy właśnie nadeszły. Oto w ramach przygotowań do wojny o pokój i cywilizację, elfowie z Wysp zbudowali pod Kozłówką smoczą bazę swojej sprzymierzonej armii, w której na stałe będzie stacjonowało tysiąc dzielnych żołnierzy z czterdziestoma wspaniałymi smokami. Żołnierze na razie zamieszkają w namiotach, a smoki przylecą później, ale miasto przy pomocy kasztelana i nawet króla wybuduje wkrótce dla nich nowoczesne osiedle z parkiem, fontanną i ogrzewaną stajnią dla smoków. Podobno kasztelan chce zbudować sobie w okolicy nowy pałacyk myśliwski, do którego będzie zapraszał elfich oficerów i królewskich urzędników. Mieszkańcy miasta i regionu znajdą dobrze płatną pracę przy obsłudze obozu, na budowie, a potem przy obsłudze osiedla. Absolwenci zakładu karnego także. Elfowie chętnie nawiążą współpracę z faunim wojskiem i harcownikami, odwiedzą okoliczne szkoły z cyklem pogadanek na temat wojny o pokój i cywilizację, z przyjemnością odpowiedzą na wszystkie pytania. A po służbie będą mogli miło spędzić czas w gospodach i innych sympatycznych miejscach, od których już niedługo zaroi się Kozłówka i cały region. Z tego ostatniego najbardziej cieszyły się mieszkanki Kozłówki w wieku od lat kilkunastu do kilkudziesięciu, choć nawet nauczycielka biologii nie wiedziała, jak będzie wyglądać dziecko elfa i faunki. Ewentualnie fauna i elfki, bo w wyspiarskim wojsku panuje równouprawnienie. Choć mieszkańcy Kozłówki, jak zapewne znakomita większość faunów, wcale nie palili się do wojny o pokój i cywilizację, to cieszyli się, że elfy z Wysp zanim przetrzepią skórę wrogom pokoju i cywilizacji zatrzymali się na chwilę w ich okolicach. Chwilo, trwaj! Jesteś taka piękna - mówił do siebie pod nosem burmistrz Terazkuja. I chyba nie tylko on.

***

   Rozłożysta obłoczyna zakwitła na siwo i rzucała przyjemny cień na ogródek oberży, która od niej brała swoją nazwę. W ustawionej na szerokim i niskim postumencie magicznej szklanej kuli zawrzała woda. Oberżysta delikatnie opuścił na wrzącą powierzchnię dwa grube liście pamiętnika i wypowiedział zaklęcie włączające przekaz. Po chwili wszyscy goście mogli zobaczyć, jak elfi generał potrząsa dłonią kasztelana, a w tle puszy się jak paw burmistrz Terazkuja. W niebo poleciała setka białych gołębi, załopotały flagi elfów z Wysp, Konfederacji Kontynentalnej, faunów, ludzi, krasnoludów Zza Gór, Zielonego Półwyspu - wszystkich krajów i narodów, które przystąpiły do koalicji w nieuchronnie nadchodzącej wojnie o pokój i cywilizację. Gdy ściskający w dłoniach kufle korzennego piwa goście z dobrze udaną uwagą wysłuchali płomiennych przemówień kasztelana, generała i Terazkui - tego ostatniego z najmniej udaną uwagą, a właściwie nawet z ostentacyjnym jej brakiem wyrażanym niewybrednymi uwagami, głośnym siorbaniem i na wiele innych sposobów - oberżysta ściszył głos i wzrokiem począł szukać minstrela. W kuli pokazywano tymczasem migawki z wciąż trwającego rautu dla oficjeli przeplatane scenkami rodzajowymi z życia wyspiarskiej armii. Wieczorem miała odbyć się zabawa taneczna dla całego miasta i pokaz sztucznych ogni. Podobno będzie je widać z każdego miejsca w miasteczku, takie będą wielkie. Na pokazy smocze trzeba jeszcze poczekać, aż powstanie ogrzewana stajnia na czterdzieści smoków. Ale wtedy będzie nowa okazja do świętowania. Dłapa przeciągnął szeroką dłonią po spoconej łysinie, z której kiedyś spiłował rogi, żeby nie iść do wojska, co i tak niewiele mu dało. Wśród gości szukał wzrokiem barda Kolusa, który powinien był się już zjawić. Gdyby nie dorastająca pasierbica Paprotka, która zbliżając się z tacą pełną pustych kufli posłała mu zmęczone spojrzenie, nie poradziłby sobie dzisiaj. Może trzeba jej będzie zacząć płacić?

- Szanowny Dłapo, czcigodny gospodarzu gościnnej oberży Pod Siwą Obłoczyną! - głos, który przedarł się przez ogólny gwar nie należał do Kolusa. Oczy zgromadzonych zwróciły się ku nieznanemu nikomu faunowi stojącemu w bramie ogródka.
- Niech szczęśliwa gwiazda przyświeca naszemu spotkaniu! - nieznajomy skłonił się, bijąc ogonem o ziemię - Czy w tak wiekopomnej chwili, jaką przeżywa wasz zacny gród Kozłówka, stary Lombard ze Żwirek z bractwa Prawa i Pięści znajdzie w twej oberży kufel grzanego piwa i kilku żądnych odmiany losu faunów?
- Kufel piwa znajdzie się zawsze, jeśli tylko twoja sakiewka nie jest zbyt pusta, ale na to raczej nie wygląda - odpowiedział Dłapa z rezerwą przyglądając się nieznajomemu. - Siadajcie, Lombardzie ze Żwirek - rybak Ucha szturchnięciem w bok przesunął towarzyszy w prawo i zrobił gościowi miejsce na ławie - a Dłapa wam piwa zaraz przyniesie.
- Juści, że przyniesie - gospodarz z trzaskiem postawił spieniony kufel przed podróżnym - a skoroście, panie, taki raban wchodząc uczynili, powiedzielibyście może mnie i gościom, gdzież się sławne Żwirki znajdują, czymże się bractwo Prawa i Pięści wsławiło i czemuż to moja oberża zaszczyt goszczenia waszmości zawdzięcza? - zapytał jak najuprzejmiej, splatając grube dłonie na brzuchu.
- Nie zawracałbyś, Dłapa, głowy, widać, że kozioł zmęczony, od miasta idzie. Precli do piwa byś nam doniósł, a nie się dzieciakiem wysługujesz! - krzyknął ktoś z głębi ogrodu i oberżysta pośpieszył ku niemu.
- Powiem, powiem, ino usta umoczę - nieznajomy pociągnął spory łyk piwa, umaczając nie tylko usta, ale także wąsy i brodę - mocne piwo tutaj macie, mości Dłapo - dodał, choć Dłapy przy nim nie było. Potem rozejrzał się bacznie po twarzach biesiadników i zaczął mówić mocnym głosem - zacni mieszkańcy Kozłówki i szanowni goście! Żwirki leżą na północy naszego pięknego kraju, na zbarskiej równinie, i stamtąd mam honor pochodzić. Ale nie o Żwirkach, ani pobliskich Wigurach chcę wam prawić, lecz o bractwie Prawa i Pięści, którego członkiem honor być posiadam. - Podobno gdzieś koło Żwirek i Wigur jacyś obrotni faunowie trzymają tabun smoków, na których za odpowiednią opłatą można latać i to po całym kontynencie. - zagaił Ucha - Prawda to, panie Lombardzie?
- Juści, że prawda. Przy tychże smokach, jako stajenny pracowałem, ciężka to była praca i niewdzięczna. I mało płatna.
- Czemuście więc jej nie rzucili w cholerę?
- Bo nie było innej. Do czasu.
- Do czasu aż co?
- Do czasu, aż poznałem - Lombard zrobił tajemniczą minę i pociągnął spory łyk - aż poznałem bractwo Prawa i Pięści.
- A co to takiego?
- Powiecie wreszcie? - padały zewsząd pytania. Nikomu już nie zależało na oszczędzeniu gardła podróżnego.
- Bractwo Prawa i Pięści, zacni faunowie i nie tylko, gdyż widzę tu przynajmniej jednego błotowija - zaczął gość i skinieniem głowy podziękował za dolanie piwa - skupia wszystkie cywilizowane stworzenia świata. Są w nim fauny, elfy, krasnoludy, ludzie...
- A wilkołaki i minotaury?
- Znajdzie się paru.
- A błotowije?
- Czcigodny błotowiju, bractwo liczy ponad 20 tysięcy osób i jest największym na świecie prywatnym dostawcą usług szpiegowskich i wojskowych. Na pewno znajduje się weń jakiś błotowij, lecz nie zdążyłem go jeszcze poznać. Ale zawsze znajdzie się miejsce dla następnego.
- Usługi szpiegowskie i wojskowe? Czyli co robicie?
- Znakomita większość zamówień pochodzi od rady regencyjnej Wolnych Wysp Szczęśliwych Elfów. Zarządzamy systemem łączności najważniejszych urzędów Wysp. Na zlecenie Pałacu z Kości Słoniowej prowadzimy wojnę z gildią makową na Minotaurydzie. Nasi najemnicy ochraniają króla Krasnoludów Za Górami, Jazraka Pogodziciela, strzegą też wyspiarskich ambasad i baz wojskowych na całym cywilizowanym i niecywilizowanym świecie. No i pomagamy wprowadzać pokój na Zielonym Półwyspie.
- Dlaczego akurat wyspiarskich baz wojskowych i ambasad?
- Bo wszystko zaczęło się na Wyspach. Bractwo założyli tamtejsi zdemobilizowani wojskowi, których po Ostatniej Takiej Wojnie nie ciągnął jeszcze ogień w kominku i ciepłe papucie.
- I mówicie, że krasnoludy i ludzie sami z siebie garną się pod rozkazy elfich generałów?
- Nie sami z siebie, tylko dla pieniędzy. I nie generałów, bo Prawo i Pięść to bractwo cywili. Tylko świetnie wyszkolonych.
- W czym?
- W czym trzeba. Ja na przykład znam się na utrzymywaniu smoków. Mycie, karmienie, te sprawy.
- Mówiliście, że to niewdzięczna praca.
- Jeśli dostaje się za nią garść naszych, faunich miedziaków. A bractwo płaci w twardym, elfim złocie.
- Czy oporządzanie smoków bardzo się różni od oporządzania kucy?
- Niewiele. Jeśli jesteś pracowity, szybko się nauczysz. Jeśli oczywiście chciałbyś pracować w bazie wyspiarzy. Bo wiedzcie, zacni fanowie i błotowiju, że Prawo i Pięść będzie obsługiwać wojskową bazę elfów w waszym grodzie. I szukamy pracowników.
- Jakich, mości Lombardzie? I czy będziecie płacić w elfim złocie?
- To jeszcze ustalę z kasztelanem. Na pewno dajemy możliwość rozwoju, awansu, przeżycia ciekawych przygód. Bractwo nie zostawia swych braci w potrzebie. A kogo potrzebujemy? - Lombard powiódł wzrokiem po brodatych i rogatych faunich twarzach, wpatrujących się w niego ze skupieniem - Przyjmiemy wszystkich, którzy chcą pracować. Stajennych, kowali, snycerzy, pisarzy, lekarzy, dekarzy, kucharzy, murarzy, rybaków, myśliwych. Tylko muszą być dobrzy w swoim fachu.

   W bursztynowych oczach faunów pojawiły się iskierki. To jest to!

- Nauczysz mnie oporządzać smoki? - zapytał faun, który znał się na kucach
- Oczywiście. I nie tylko ciebie. Jutro o świcie czekam w bramie bazy na wszystkich chętnych, zaczniemy szkolenie. Bezpłatne, ale ciężkie. A od południa będą zapisy chętnych do pracy w bazie w innych zawodach.
- Mości Lombardzie, choć jestem tylko prostym faunem, bywałem w interesach Za Górami i na Zielonym walczyłem z ludźmi z Czarnego Ptaka. - tubalnym głosem odezwał się barczysty faun, którego szeroki tors i potężne rogi zdradzały domieszkę minotauryjskiej krwi - Wiem, że elfy prędzej czy później uderzą na ludzi pustyni. Do wojska mnie nie ciągnie, ale ludzkiej krwi nigdy dosyć na pustynnym piasku. Nie znajdzie się dla mnie miejsce w bractwie?
- Jak ci na imię, zuchu?
- Tatanka jestem, z Kozłówki.
- Przyjdź i ty jutro w południe. Zacni faunowie, szlachetny błotowiju - Lombard dopił piwa i wstał od stołu - czas na mnie. Dziękuję za miłe przyjęcie. Nie zapomnijcie o zabawie dziś wieczorem. Prawo i Pięść i elfy z wysp zapraszają wszystkich! Przyprowadźcie wasze żony i córki! Będziemy się bawić do rana! Lombard położył na stole złoty pieniądz i skłonił się głęboko przysiadłemu w drzwiach oberży Dłapie, który niedbale skinął głową na pożegnanie. Następnie życzliwie pozdrowił zebranych, pchnął furtkę i dosiadł kuca, który leniwie skubał trawę przy ogrodzeniu.
- Do rana. A rano smocze szkolenie. - mruknął ktoś z ciżby.

   Lepsze czasy właśnie nadeszły.
   Jeśli ktoś myślał, że faun musi być smukły i zwinny, ćwierćminotaur Tatanka mógł wzbudzić wątpliwości w jego sercu. Ale spotkanie z bardem Kolusem rozwiewało wszelką niepewność. Faun nie musi być smukły. Może być masywny i zwalisty, własny brzuch może zasłaniać mu kopyta. Końcem ogona może nie dosięgać pępka. Może być siwy jak gołąb, palce mieć delikatne jak prząśniczka a głos donośny i czysty jak... jak... jak bard Kolus właśnie. Skąd pochodził, kto był jego ojcem i matką, ile miał lat - tego nikt nie wiedział. Kolus zjawiał się, kiedy chciał i wychodził, kiedy chciał. Wyciągał swoją cudowną muszlę, dziwny i piękny instrument, z którego tylko on umiał wyczarować cudne dźwięki i zaczynał grać. Rozmowy i kłótnie cichły, wyłączano szklane kule i wszyscy słuchali pieśni Kolusa. Śpiewał całymi godzinami, a kiedy skończył, słuchacze nie pamiętali melodii ani rymów. Pamiętali treść. Tak właśnie było teraz w ogródku pod kwitnącą na siwo dostojną obłoczyną. Kolus zaczął od znanej wszystkim pieśni o nie tak dawnej Ostatniej Takiej Wojnie, o przymierzu elfów z wilkołakami, o pokonaniu wojsk krwiożerczego króla gnomów Nachostena, i o powstaniu Strażnicy Cywilizacji na Morzu Wichrów. A potem zaczął śpiewać o podziale świata między wyspiarskie elfy a wilkołaki, o wojnie, która toczyła się już nie na polach bitew, ale w pałacowych komnatach i kupieckich kantorach. Ale nie tylko tam... Gdy w kilka lat po Ostatniej Takiej Wojnie wilkołackie watahy przez Góry Szarpane i zamarzniętą rzekę Krasną przedzierały się do Kraju Krasnoludów Za Górami, z grzbietów czerwonych smoków bractwa Prawa i Pięści na poszarpane szczyty skakali szkoleni przez wywiad wyspiarskich elfów bojownicy. Walczyli na rubieżach cywilizowanego świata z wilkołacką okupacją, choć nie o wolność dla krasnoludów chodziło, lecz o dywersję na tyłach wroga. Wiozący ich drakonauci, wyćwiczeni w trudnej i niebezpiecznej sztuce latania na smokach, i to nie tam, gdzie lecieć chce smok, lecz ten, który nim kieruje, byli zwykłymi cywilami i gdyby dostali się do niewoli nikt nie mógł łączyć ich z wyspiarską radą regencyjną. Kilka lat później Prawo i Pięść przystąpiło do otwartej wojny w Kraju Krasnoludów Za Górami. Wtedy narodził się znany dziś na całym świecie obraz ubranych w pstrokate koszule, spodnie z frędzelkami i pasterskie kapelusze straceńców, których wyczyny bojowe dorównywały brakowi dyscypliny. Legendę tę tworzyli właśnie ubrani w cywilne ciuchy najemnicy plujący smoczym ogniem na szlaki transportowe wilkołaków. W tym czasie nad Górami Szarpanymi i ich okolicami padło od ran wroga, zatruwając wodę i ziemię, więcej czerwonych smoków niż w ciągu całej Ostatniej Takiej Wojny. Ponieważ latali na nich cywile, a nie żołnierze regularnej armii, Pałac z Kości Słoniowej mógł spokojnie zaprzeczać doniesieniom nielicznych uchodźców czy cudem powracających stamtąd podróżnych o łamaniu praw istot rozumnych. "Mamy do czynienia z niezdyscyplinowaną bandą łachmaniarzy, która nałogowo pije i żuje przed akcją" - ten opis doskonale pasowałby do najemników z czasów Wojny Za Górami. Tyle, że jest zupełnie współczesny i pochodzi od minotaurydzkiego oficera, który opowiadał o swoich kontaktach z Prawem i Pięścią. Owa niezdyscyplinowana banda to w istocie wysokiej klasy fachowcy, najlepsi z najlepszych z wyspiarskiej armii. Na Minotaurydzie jest ich kilkuset, latają na ponad sześćdziesięciu czerwonych smokach. Do ich zadań należy zwalczanie przemytników, likwidacja tajnych suszarni słomy i upraw maku. Wszystko w ramach wartego ponad milion sztuk złota kontraktu z wyspiarskim Ministerstwem Sprawiedliwości. Kontrakt daje Prawu i Pięści wyłączność na realizację zatwierdzonego przez Starszyznę planu walki z gildią makową z Minotaurydy. - Uzależnieni od słomy makowej drakonauci z bukłakiem gorzałki w ręku zagrażają niewinnym cywilom - ostrzegał oficer. Grożono mu śmiercią. Opuścił więc Minotaurydę. W tym czasie u medyka w Koralu, stolicy kraju minotaurów, zmarło z przedawkowania maku kilku młodych drakonautów Prawa i Pięści. Najemnicy zbierają i suszą smocze odchody, aby następnie rozpylić je nad uprawami maku. Jednak środek ten spustoszył już szóstą część powierzchni wyspy. Drakonauci luźno traktujący dyscyplinę i wojskowe procedury zagrażają też sąsiednim wyspom i statkom nie tylko karłów z Archipelagu Wirów, ale i wschodnim wybrzeżom Wielkiej Wyspy. Teoretycznie niezawisły Sąd Najwyższy Wolnych Wysp w Eburnei rozpatruje właśnie pozew przeciwko bractwu złożony przez wyspiarskich obrońców praw istoty rozumnej w imieniu 10 tysięcy minotaurów, którzy zatruli się rozpylaną przez najemników trucizną. Pojawiły się też wątpliwości, czy wynajęci przez radę regencyjną WWSE specjaliści Prawa i Pięści rzeczywiście zwalczają gildię makową. Rok temu w Koralu zatrzymano członka bractwa, próbującego właśnie odlecieć na smoku na Wyspy z całkiem dużą paczką słomy makowej. Poza tym jednym z podwykonawców kontraktu Prawa i Pięści na Minotaurydzie jest cieszący się bardzo złą sławą pułkownik Sewery z Oliworla. Podczas Ostatniej Takiej Wojny jego drakonauci zaopatrywali w broń walczących z wilkołakami ludzi. W drodze powrotnej wozili na Wyspy słomę makową, dzięki której partyzanci zdobywali pieniądze na zakup nowej broni. W czasie dochodzenia przeciwko Seweremu ustalono, ze pracujący dziś dla Prawa i Pięści specjalista pokolenie temu szmuglował na Wyspy 30 ton maku rocznie. O wykorzystaniu gildii makowej w tajnych operacjach wywiadu zagranicznego wiadomo już przynamniej od trzydziestu lat. Diamentowa Komnata - ukryta w podziemiach Pałacu z Kości Słoniowej kwatera główna sztabu wyspiarzy - korzystała z pomocy ludzkich przemytników maku do walki z południowymi watahami wilkołaków w czasie wojny Za Górami. W zamian za pomoc wywiad pomagał w zbycie maku. Część konsumowana była prawie ze na miejscu, przez wyspiarską armię. Ponad połowa elfów, którzy wrócili z wojny, miało kontakt z niebieskim proszkiem lub ze słomą, a ponad 50 tysięcy wróciło do domu jako osoby trwale uzależnione. Większość maku, często przemycana w workach z ciałami poległych elfów, trafiała jednak na Wyspy. Woziły je smoki Prawa i Pięści, które dowoziły wówczas zaopatrzenie armii Za Górami. - Rzygać mi się chciało, gdy widziałem facetów chędożących nastolatki - mówił wojskowym śledczym Szorstki, smoczy stajenny ze Środkowej Równiny. Trzy lata temu podpisał z Prawem i Pięścią kontrakt i pojechał do pracy w wyspiarskiej bazie smoczej w Alzucie na Półwyspie, gdzie na razie ucichły krwawe walki karłów z krasnoludami. Po roku stracił pracę, gdy poinformował śledczych, że zatrudniani przez Prawo i Pięść najemnicy handlują tam kobietami. Jako dowód przedstawił osobiste liście memuara swojego przełożonego Chędoga, syna Drgacza. 60-letni weteran zza gór miał zwyczaj rejestrowania swoich łóżkowych wyczynów. W czasie śledztwa rozpoczętego przez wyspiarską prokuraturę wojskową okazało się, że wielu najemników Prawa i Pięści miało na Półwyspie swoje niewolnice. - Kupowaliśmy je na godziny, na noc, albo na zawsze - przyznał Czat z Posoki, jeden z podejrzanych, również zatrudniony przez Prawo i Pięść w bazie w Azlucie. Mówił, że za 150 sztuk srebra dostał od krasnoludzkich zbójców nowiutką kuszę i młodą kobietę, którą trzymał u siebie do czasu zakończenia kontraktu. Oskarżenia stajennego powtórzyła też wyspiarska żandarmka Jeziorna ze Swisłoczy, którą Prawo i Pięść zwerbowało do pokojowego patrolu Strażnicy Cywilizacji mającego strzec bezpieczeństwa mieszkańców wychodzącego z wojennej zapaści Półwyspu. Podobnie jak Szorstki, Jeziorna została wylana, gdy próbowała zaalarmować Diamentową Komnatę o tym, co wyprawiają najemnicy Prawa i Pięści. Winni pozostali poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. Na mocy porozumienia pokojowego z Not Jet pod Eburneą, które kończyło wojnę na Zielonym Półwyspie, najemnicy z bractwa wynajmowanych przez radę regencyjną Wolnych Wysp są wyłączeni spod jurysdykcji króla Półwyspu. Ci sami elfowie, jako cywile, nie podlegają także wyspiarskiej prokuraturze wojskowej. Cała afera skończyła się tym, ze Prawo i Pięść zwolniło podejrzanych z pracy, a ci wrócili na Wyspy. Bractwo jest obecne na Półwyspie od dziesięciu lat. Strażnica Cywilizacji zakazała wtedy pomocy wojskowej karłom i krasnoludom, które rozpoczęły pobratymcobójczą rzeź. Międzynarodowy zakaz nie obejmował jednak bractw. Wyspiarscy najemnicy działający za zgodą Eburnei przygotowali karlą ofensywę przeciw krasnoludom, którzy z kolei sami korzystali z podobnej pomocy wilkołaków. Siedem lat temu przeszkolona przez najemników karla armia zajęła zamieszkaną przez krasnoludów dolinę Krasnego Stawu. Z domów wypędzono 170 tysięcy osób, setki rozstrzelano, a świat po raz pierwszy usłyszał o czystkach etnicznych, które krasnoludy potem powtórzyły na karłach. Strażnica Cywilizacji do dziś bezskutecznie domaga się wydania odpowiedzialnych za nie dowódców. Podobną taktykę zastosowano trzy lata temu, gdy wojna o Płaskowyż Czarnego Ptaka, ludzką enklawę na terytorium krasnoludów, wisiała na włosku. Prawo i Pięść na zlecenie Diamentowej Komnaty wysłało wtedy na Płaskowyż instruktorów, którzy zamienili słabo wyszkoloną i uzbrojoną ludzką Armię Czarnego Ptaka w jedną z największych sił militarnych w regionie. Fakt udziału wyspiarskich najemników w stworzeniu potęgi ludzi ujawnił znany i szanowany bard Obronnik, niemal w tym samym czasie, gdy minstrele w gospodach Kontynentu zaczęli śpiewać mrożące krew w żyłach ballady o ludziach z czarnym ptakiem na piersiach, szmuglujących na kontynent słomę makową zza gór. Z tamtymi krasnoludami jakoś umieli się dogadać. Prawo i Pięść ma też zupełnie inne oblicze. Przed dziesięciu laty całkowicie objęło rynek zamówień rady regencyjnej WWSE na zatrudnianie urzędników i kurierów instytucji centralnych państwa. Bractwo obsługuje cały Pałac z Kości Słoniowej, łącznie z tajną salą posiedzeń w Diamentowej Komnacie i prywatnymi apartamentami regenta. Jego kurierzy na czerwonych smokach bez ograniczeń przemieszczają się z Eburnei do Strażnicy Cywilizacji, do Aleksopolis - stolicy Konfederacji Kontynentalnej czy nawet na północne stepy wilkołaków. Bractwo Prawa i Pięści pracuje dla obu wyspiarskich wywiadów - wewnętrznego i zewnętrznego, Ministerstwa Sprawiedliwości, Agencji do spraw Zwalczania Upraw Maku, Komisji Kontroli Ubezpieczeń i Giełdy. Kilka miesięcy temu regent Krzak II poprosił Prawo i Pięść o pomoc w tworzeniu ministerstwa bezpieczeństwa nie tylko narodowego na potrzeby wojny o pokój i cywilizację. W trudnym momencie niewypowiedzianej jeszcze wojny globalnej bractwo z takimi tradycjami jak Prawo i Pięść to idealny współpracownik dla wywodzących się z wywiadu i oddziałów specjalnych otaczających regenta Krzaka łowczych. Prywatni najemnicy mogą przecież pojechać wszędzie tam, gdzie Eburnea nie chce albo nie może posłać regularnej armii, mając jeszcze na jako takim względzie Strażnicę Cywilizacji. Fachowcy mogą robić swoje bez nadzoru lokalnych władz, które w cywilizowanych krajach kontrolują resorty siłowe. Politycy zachowują wtedy czyste konto. W końcu wojna to tylko polityka prowadzona innymi metodami.
   Kolus skończył. Przez chwilę jeszcze delikatnie muskał palcami struny swojej muszli. Dłapa siedział przy nim zasłuchany, Paprotka patrzyła na barda z głową opartą na dłoniach. Zakłopotani goście zaczęli się zbierać. Było ich znacznie mniej, niż na początku pieśni. Dłapa zwłaszcza zauważył brak Uchy, olbrzyma Tatanki, stajennego Falery i błotowija Wodnika. Ten ostatni jednak prężył właśnie swoją żylastą sylwetkę przed Kolusem.

- W Konfederacji minstrele występują w szklanych kulach - zaskrzeczał - i w każdej chwili można ich wyłączyć odpowiednim zaklęciem, gdy piosenka nam się nie podoba - czekał chwilę na reakcję, a ponieważ ta nie nastąpiła, ciągnął dalej - jednak cieszę się, że nie wyszedłem przed końcem, jak wielu. Dużo się od ciebie dowiedziałem, Kolusie i z tym większą przyjemnością stawię się przed Lombardem jutro w południe. Myślę, że odnajdę się w polityce, choć od smoków wolę trzymać się z dala. Żegnajcie!

   Błotowij skłonił się lekko i jako ostatni opuścił ogródek. Oberżysta z niepewnością popatrzył na barda.

- Co teraz będzie? Co mam robić, Kolusie?

   Bursztynowe oczy starca patrzyły na niego z miłością spod siwych, krzaczastych brwi.

- Nie powiem ci, co masz robić, Dłapo - odezwał się po chwili - sam do tego dojdziesz, gdy będziesz żył w prawdzie. Pójdę już.
- Nie zostaniesz na noc? Gdzie chcesz pójść? W mieście zabawa...
- Inne fauny czekają na mnie, mój chłopcze. - Kolus zarzucił na ramię torbę z muszlą, ujął potężny, dorównujący mu wzrostem kij i mocno uścisnął dłoń Dłapy
- Do zobaczenia pod szczęśliwą gwiazdą. A ty, Paprotko, bądź dzielna. Pogłaskał dziewczynkę po porośniętej czarną szczecinką główce, pod którą wyczuł pączkujące już różki. A potem pchnął furtkę i wyszedł na gościniec.

***

   Smokowiec wyspiarskiej floty wojennej "Eburnea" z czterdziestoma smokami na ogrzewanym podpokładzie cumował w przepisowej odległości półtorej strzału z katapulty od poszarpanych skał strzegących wejścia do fauniego portu. Gwiazdy błyszczały na czarnym niebie i odbijały się w spokojnej, chłodnej toni. Bukowe Berdo rozejrzał się podejrzliwie i chyłkiem wślizgnął się pod pokład. Pod pokładem było gorąco i duszno, przynajmniej dla przyzwyczajonego do szerokich połonin elfa. Czterdzieści czerwonych smoków spało snem sprawiedliwego, chrapiąc cicho i miarowo. Bukowe Berdo podszedł do Jarząbka, oparł się o kratę i wyciągnął prawą dłoń, żeby pogłaskać pupila po trójkątnej twarzy. Nagle zaświeciła przed nim para jadowicie zielonych oczu z rubinowymi wrzecionami źrenic. Nigdy nie łaskocz śpiącego smoka - przypomniał sobie motto z kursu drakonauckiego. Bukowe Berdo kochał smoki. Dlatego zgłosił się do drakonautów. W swoim rodzinnym Dźwiniaczu często latał nad szerokimi połoninami, wiosną jasnozielonymi i latem ciemnozielonymi, z rubinowymi plamami jarzębin, jesienią żółtymi i rudymi, białymi i groźnymi zimą. Choć było to zakazane i niebezpieczne, delikatnie pogłaskał zwierzaka między świecącymi mdłym światłem oczami.

- Co brachu, może się przelecimy? - zapytał szeptem.

   Bezszelestnie rozpiął duraluminiową obrożę na szyi smoka i założył mu uprząż. Potem starannie otworzył boks i po trapie wyprowadził zwierzę na górę.. Trzydzieści dziewięć cielsk nie przerwało miarowego chrapania. Stanęli na szerokim, zalanym księżycowym światłem pokładzie. Nocna bryza delikatnie omiotła twarz chłopaka. Spojrzał w rozgwieżdżone niebo i na wielki księżyc.

- Chciałbyś tam kiedyś polecieć? -szepnął do Jarząbka. Nie czekając na odpowiedź wskoczył na siodło, schwycił oburącz wodze i przylgnął do pokrytego mechatymi łuskami karku. Delikatnie dźgnął zwierzę piętami w boki. Smok odbił się przednimi łapami od pokładu, machnął skrzydłami i wzbił się w przestworza.
- Leć, Jarząbku! Leć! - wołał radośnie Bukowe Berdo lekko prostując się w siodle. Smok naprawdę nazywał się Poneros, ale Bukowe Berdo o tym nie wiedział. Nie wiedział też o wielu innych rzeczach na temat smoków oraz wojny o pokój i cywilizację, o których gdyby wiedział, na pewno nie zgłosiłby się na ochotnika do drakonautów. Wiedzieli o tych rzeczach generałowie z Pałacu z Kości Słoniowej, którzy wielu takich jak on wysłali na tę wojnę, i wiedział o nich Poneros. Ale generałowie nie wiedzieli, że Poneros wiedział. Poneros wiedział też inne rzeczy, o których generałowie z Pałacu z Kości Słoniowej nie wiedzieli, zwłaszcza o smokach. Nie wiedzieli też o nich zagrażający pokojowi i cywilizacji ludzie pustyni. Poneros mógłby im powiedzieć. Ale nie chciał. Szerokim łukiem zawrócił nad statek. Bukowe Berdo z sympatią poklepał go po karku.


©KHJ




wróć do spisu opowiadań