Marta Maksymowicz

***



   Nad brzegiem rzeki, pod drzewem, siedziała skulona Sabina. Prawą nogę podłożyła pod siebie, żeby nie siedzieć na ziemi. Noga dawno już zdrętwiała, lecz dziewczynka zupełnie nie zwracała uwagi na nieprzyjemne mrowienie w stopie.
   Miała najwyżej 12 lat, duże zielone oczy i chudą, bardzo chuda sylwetkę. Mieszkała z rodzicami w Störthamnen, gdzie ludzie zajmowali się głównie segregacją odpadów z wysypisk. Oddzielali to, co zbędne, od tego, co jeszcze "użyteczne", jedzenie od środków chemicznych. Wszystko to, co nadawało się do "użycia", zabierali i odtąd stawało się ich własnością. Żyć było ciężko, wciąż brakowało jedzenia.
   Störthamneningowie pracowali bardzo ciężko, dzień po dniu, noc po nocy, by znaleźć coś względnie świeżego.
- Cześć, Sabino - powiedział Ralf stając niespodziewanie za plecami dziewczyny. Ubrany był w brązowe płócienne spodnie i szarą koszulę, na głowie miał filcowy, fioletowy beret.
- Co robisz? - spytał. Był dużo starszy, miał co najmniej 19 lat i uchodził za bardzo inteligentnego.
- Czytam! - syknęła wściekle oderwana od lektury Sabina.
- Na litość boską, nie rób mi tego, dziewczyno, nie odpowiadaj tak. Jesteś niegrzeczna. Przecież widzę, że czytasz. Wiedziałem, że tak będzie - ja ją zapytam, co robi, a ona mi na to, że czyta. Ja spytam: "Co takiego?", a ona odpowie: "Książkę". To nieskończenie głupie - mówił do siebie.
- Jakbyś zgadł - przerwała mu dziewczyna, odwracając się na lewy bok, tak aby dać do zrozumienia, że najlepiej się czuje we własnym towarzystwie.
- Co to za książka - spytał Ralf.
- Nie wiem, nie ma okładki - Sabina wyciągnęła do góry prawą rękę, pokazując cienką książeczkę, nieosłoniętą nawet strzępkiem obwoluty. - Znalazłam ją dzisiaj i postanowiłam przecytać.
- Dlaczego akurat tutaj? Nie wydaje ci się, że to miejsce śmierdzi?
   Śmierdziało niesamowicie. Rzeczułka była w rzeczywistości ściekiem, którym odprowadzano odpady z hałd i zawierała przynajmniej 30 % siarki.
- Nie, nie śmierdzi. Tu jest nawet całkiem przyjemnie. Kocham to miejsce. Pomyśl sobie, że woda jest czysta, że ziemię porasta trawa, a drzewo, o które się opierasz, zyje.
- Żartujesz - odrzekł wesoło Ralf - tez masz pomysły.
   Sabina spojrzała na niego z pogardą i wróciła do lektury.
- A o czym jest ta książka?
- O zwyczajnym życiu.
- Ach tak - Ralf uniósł do góry jedną brew, aby jak najlepiej wyrazić zdziwienie. - A cóż jest w tym takiego ciekawego? - spytał nie bez zainteresowania.
- Chyba to, że brak tu zakończenia.
- Jak to brak?
- Brak, nicość, bez czegoś. Brak znaczy, że nie ma. A nie ma ostatnich stron. To wspaniałe, nie sądzisz?
- Nie bardzo rozumiem.
- To wspaniałe, że nie wiesz, jak wszystko się skończy - może dobrze, a może tragicznie. Lecz najwspanialsze jest to, że możesz stworzyć coś własnego. Możesz być panem świata, władcą życia i szczęścia. Możesz umieścić słońce ponad horyzontem, a na jego tle czarne cienie ptaków. Możesz sprawić, że drzewa zakwitną, a ziemię przykryje miękki dywan zielonej trawy.
- To beznadziejne, nie wierzę w słońce i w ptaki też nie wierzę. Wymarły dawno temu - odrzekł smutno Ralf.
- Żal mi ciebie, żal mi, że nie masz za grosz wyobraźni, że twój świat to tylko hałdy i wysypisko, że nie ma w nim światła i muzyki, że jest zupełnie pusty.
- Lepiej wracaj do pracy, głupia jesteś! - krzyknął Ralf i zsunął się po skarpie na dolny pokład wysypiska.
- O nie, nie jestem głupia - szepnęła Sabina.
   Wsunęła książkę do kieszeni spodni i z uśmiechem na twarzy skierowała się w stronę III pokładu - "Substancje silnie trujące".

©Marta Maksymowicz




wróć do spisu opowiadań