Beata Cynalewska

Tiniwien



- Patrz, idzie Tina!
Istotnie, szła Tina. Wysoka, nawet za bardzo jak na swój wiek, dwudziestoletnia dziewczyna z ciemnymi włosami i wyraźnymi kośćmi policzkowymi.
- Czy ona nigdy nie zdejmie tej czapki?
Znakiem szczególnym Tiny była jej czapka: nosiła ją o każdej porze roku, w każdą pogodę. Żadne namowy, prośby czy nakazy nie były w stanie zmusić jej do zdjęcia nakrycia głowy. Może właśnie dlatego była niezbyt lubiana przez chłopców, a nienawidzona przez dziewczyny? Może właśnie dlatego nauczyciele obniżali jej stopnie już od najmłodszych lat?
Ale czapkę nosiła z uporem, tak, że chyba tylko zakonnice, pod których próg została podrzucona, wiedziały dlaczego to robi. Co jakiś czas zmieniała czapkę, głównie dlatego że wyrosła z poprzedniej, lub stara przestała być kompletnie modna.
- Straszny z niej dziwoląg!

***

   "Wreszcie wakacje!" - Pomyślałam - "Co prawda i tak nigdzie nie pojadę, nie będę się spotykać z przyjaciółmi, bo ich nie mam, ale to najlepszy odpoczynek od natrętnego spojrzenia ludzi. Tylko ile czasu zdołam to utrzymać w tajemnicy? Ile?"
   Przebiegłam przez pokój i włączyłam radio. Żeby mi nie było smutno. Żebym nie czuła samotności. Rzuciłam się na kanapę. Nikt by mnie nie zrozumiał, gdyby się dowiedział. Ogarnęły mnie czarne myśli. Zapewne bym w nich utonęła bez końca, gdyby nie zadzwonił dzwonek do drzwi. Ciekawa byłam, ile zapłacę rachunek, bo na list, albo w ogóle odwiedziny przyjaciela nie jestem w stanie liczyć.
   Otworzyłam drzwi i zatkało mnie. To nie był listonosz. To nie był nikt mi znany, ale jednocześnie poczułam, że gdzieś już widziałam tych dwóch facetów i tą kobietę. Mężczyźni byli w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobni: długie jasne włosy, smukłe, wręcz nieco kobiece twarze. Dziewczyna z kolei miała lekko falowane, srebrzyste włosy i duże morskie oczy. Później zwróciłam uwagę na łuki, które mieli poprzyczepiane do pleców, kołczany strzał, plecaki podróżne. Pomyślałam, że są sportowcami, którzy uprawiają łucznictwo. W głębi ducha jednak wiedziałam, że to nie jest prawda. I nagle zobaczyłam coś, co mnie zamurowało. Coś, czego nie widziałam nigdy w życiu.
   A nie, widziałam. Sama nie wiedząc, dlaczego to robię, zatrzasnęłam przybyszom drzwi przed nosem. Nie usłyszałam ponownego pukania. Czyżby zrozumieli, że źle trafili? Czyżby zrozumieli, że to jest Tutaj co najmniej dziwne? Nie, nie będę się przed nimi chować. Chciałam spotkać kogoś takiego jak oni. Takiego jak ja. A teraz przed tym uciekam. Powoli otworzyłam drzwi. Nadal tam stali. Gdy zobaczyli moją twarz uśmiechnęli się. Ja też się uśmiechnęłam. Otworzyłam szerzej, by mogli wejść.
   Po paru sekundach, gdy trzej przybysze zdjęli bagaże z pleców zapanowała dziwna cisza. Nie można jej było nazwać krępującą, bo choć nie zamieniliśmy ani słowa nie czułam się tak, jak w towarzystwie ludzi. Już chciałam coś powiedzieć by przerwać tą ciszę, ale oni zaczęli:

- Nazywamy się Eleithel, Lindil i Laurond, co na Wspólną Mowę oznacza "źródlany blask", "oddany śpiewaniu" i "złociste sklepienie"- powiedziała dziewczyna.
- Eee... Ja jestem Tina.
Jeden z mężczyzn się uśmiechnął. Chyba Lurrond? Laurond?. Coś mi się nie podoba. Zbyt tajemnicze te uśmiechy. Coś mi mówiło, że oni wiedzą, i mogą mi powiedzieć, kim jestem.
- Jak mamy ci mówić o twojej przeszłości, od której uciekasz?
Jakby czytali w myślach. Ale chyba wiem, o co chodzi. Ale... Czy się odważę? Powoli sięgnęłam po czapkę, po czym zsunęłam ją z głowy. Ukazały się elfickie uszy. Moje uszy. Znowu któryś się uśmiechnął.
- Przyszliśmy cię stąd zabrać.
- Ale...
- Mamy jedno pytanie: czy coś było przy tobie, gdy cię znaleziono na progu sierocińca?
   Zastanowiłam się. Koszyczek, w którym leżałam, kołderki i... Sięgnęłam po wisiorek na szyi na złotym łańcuszku, zdjęłam go i podałam Eleithel. Przez jakiś czas wpatrywała się w znaki na medalionie. Później oznajmiła coś w prześlicznym języku do kolegów. Nie wiem, po jakiemu to powiedziała.

- Czas ruszać w drogę, Tiniwien - rzekła oddając mi wisiorek. Przypatrzyłam się dokładnie biżuterii. Czemu po zobaczeniu tych znaków nabrali przekonania, że jestem tą, której szukają?
- Chwileczkę! Nie wytłumaczycie mi nic, kim jestem? Dokąd w ogóle idziemy?!
- Aeijj mireone veeonaiih aen naanen oeaiijh- stwierdziła Eleithel melodyjnie.
- Przestań! Ni nie rozumiem!- Usiadłam na kanapie i rozpłakałam się. Jeden z elfów usiadł koło mnie. - Nie mogę być elfką! Czy mam piękny głos tak jak wy? Czy umiem mówić, pisać i czytać po elficku? Nie! Nie mogę być elfką!
- Być może że nie wyglądasz na elfkę. Wyglądasz na człowieka, ale tylko elf może posiadać taki naszyjnik. Wskazał na moją szyję. - To Illenden, Władca Fal.

Illenden ne aojenn lanidwell
Kajjolih la bartijj nonnama
Ra linna tareiia nonnama
Aarenjjh coi niia gwaith


   Usłyszałam cichy śpiew. To drugi z elfów. Gdy zobaczył mój pytający wzrok powiedział:

- Na Wspólną Mowę oznacza to:


Illenden powróci,
Na szyi Nieznajomej,
Pięknej Nieznajomej,
Władczyni naszego ludu.


   Nic nie mówiłam. Wiedzieli, że jeśli coś powiem, to będzie to zgoda na podróż. Już chciałam powiedzieć, że mogę iść, gdy pomyślałam, że elfowie by mogli wybrać sobie nową królową, ewentualnie innego króla. Więc po co ja jestem im tam potrzebna?

- Racja, to nie jest cała pieśń. - znowu czytał mi w myślach.

Tiniwien na jjevenna Gacejj
Rannijjij manneii Mouronnenn.
Tiniwien ze swoim Legionem,
Ocali nas od Nieprzyjaciela.


   Zamurowało mnie. Ja mam ocalić plemię elfów? Jak to tak może być, że są istoty które lepiej znają mnie niż ja sama? I jakim legionem? Jakiego Nieprzyjaciela? Teraz wiedziałam, że odpowiem "Nie idę."
   
- Kiedy ruszamy? - Rzekłam. Zdumiały mnie te słowa. Wydobyły się one z moich ust, chociaż w gruncie rzeczy nie chciałam ich wypowiedzieć. - I co mam zabrać?

***

   Poszliśmy do parku. Ludzie się na nas gapili, wskazywali palcami. Niektórzy mruczeli pod nosem: "Czego w tych czasach się nie zrobi, by zareklamować film..." Widziałam grupkę chłopaków z mojej szkoły. Zdziwili się na mój widok, w towarzystwie trzech elfów i bez czapki. Trudno nawet nazwać to zdziwieniem: to był dla nich totalny szok. Gdy byliśmy w parku, dokładniej pod starym dębem, Eleithel powiedziała:

Aeih Eleithoaen nijjih Lundil!

   Nagle pojawiła się świetlista, wysoka na dwa metry brama. Eleithel zachęciła mnie do wejścia do środka. Z lekkim strachem przeszłam. Przez chwilę czułam się jakbym miała w głowie stado galopujących koni. Nie otworzyłam oczu. Poczułam na powiekach oślepiający blask słońca.

- Jesteśmy! - Usłyszałam głos Lindila. Otworzyłam oczy. Dookoła było pięknie. Zielone drzewa, kolorowe kwiaty, szemrzący strumyk. Poczułam, że to jest mój świat.
- Musimy się pośpieszyć. I tak mamy pięć dni drogi. - Powiedziała Eleithel. - Chodź, Tiniwien, opowiem ci o Śródziemiu.
- Śródziemie jest podzielone na wiele części, w zależności od mieszkańców. Na zachodzie znajduje się Morze. Przy jego brzegu znajduje się Shire - kraina niziołków. Na wschód od Shire'u znajduje się Kraina Rivendell położona mniej więcej między rzeką Hoarwell a Grzmiącą Rzeką. To twoje państwo. Na wschodniej granicy twojego państwa są Góry Mgliste, zaś za nimi jest moje królestwo - Lothlorien.
- Jesteś władczynią?
- Tak. Na północy znajduje się królestwo Lindila - Talathdor.

   Spojrzałam znacząco na Lindila. Uśmiechnął się wesoło. Na południe znajduje się Rohan, pod nim Gondor. Tam rządzą ludzie. Jesteśmy na południowym krańcu Gondoru.

- Rozumiem...
- Powinnaś jeszcze wiedzieć, że na Rohimmów, Gondorczyków i niziołków nie masz co liczyć w walce z Nieprzyjacielem. To ubogie królestwa.
- Ale na was mogę?
- Jasne. - stwierdził Lindil. Eleithel tylko się uśmiechnęła.
- A Laurond? Czym rządzisz? - zwróciłam się do elfa.
- Dotychczas? Powstaniami w twoim królestwie. Ale skoro cię odnaleźliśmy, ty przejmujesz władzę. - Zaczął nucić jakąś pieśń:

Miijjan lla Aarenjjh
Kallenn lla Aarenjjh
Rii lle Aarenjjh
Aarenjjhe coi niia
Javaii lle Aarenjjh
Havaa lle Aarenjjh
Tiijje lla Aarenjjh
Aarenjjhe coi niia


- Jaki to dziwny język! - zaśmiałam się.
- Wiesz co, Tiniwien, nie powinnaś się śmiać ze swojego języka - powiedział Laurond.
- To elficki? Ale Eleithel mówi jakoś... inaczej...
- Bo jej mowa jest inna od naszej. Wyróżnia samogłoski, a nasza powtarza litery. Głównie "j", "l", "i" i "n".
- Zauważyłam. A ty Lindil?
- Gviarivia rieiv viorivai vaiare vianivia. - powiedział - u nas w prawie każdym wyrazie jest "v". Ponadto jest dużo zmiękczających "i".

Czułam się wspaniale. Nieświadomie ciągle szczypałam się w rękę aż do czerwoności, by upewnić się, że to nie sen, i że naprawdę idę przez pola z trójką elfów.

- Eleithel? Gdzie jest właściwie cel naszej podróży?
- W Rivendell. W twoim państwie.
- A którędy idziemy? - spytałam
- Przejdziemy przez Gondor, potem przez rzekę Isenę, dalej będziemy kierować się na północ, wzdłuż Grzmiącej Rzeki.
- I ciągle będą takie pola?
- Przeważnie...

   Przechodziliśmy właśnie przez most na rzece Morthond. Już z daleka zauważyliśmy dwóch mężczyzn w zbrojach oraz z mieczami w ręku stojących na nim. Jak przypuszczaliśmy, zatrzymali nas.

- Kim jesteście? - spytał wyższy.
- Eleithel - Władczyni Lothlorien, Lindil - Władca Talathdor, Tiniwien - Prawowita Władczyni Rivendell z Laurondem, synem Larona.
- Parada władców? Eleithel? Ta stara czarownica z Lothlorien? Słyszałem, oczywiście słyszałem... Lindil? Ten samozwaniec? A Tiniwien to tylko głupia elficka bajka na dobranoc dla dzieci!

   Eleithel zaśmiała się drwiąco. Przez jej twarz przemknąć cień wyższości, a oczy nabrały nieodgadnionego wyrazu. Wyczułam, co chce powiedzieć i uprzedziłam ją.

- Nie wiesz o czym mówisz, żałosny człowieku. Wiesz, co to jest? - pokazałam mu mój wisiorek, który zalśnił w słońcu.

   Strażnik pobladł. Nic nie mówił, ale widać było, że poznał.
   Lindil uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział cicho do Eleithel:

- Saei noaen miijh tivreea ae tuoi noaes liijeajh ke cae.
- Elain niijh. E tuol cae elai taai eo sieeavo uo t tuol liijeajh... - odwzajemniła uśmiech melancholijnie I tajemniczo.

   Strażnik przepuścił nas. Nadal był biały jak ściana.
   Gdy odeszliśmy już dosyć daleko od mostu spytałam Lindila, o czym rozmawiał z Eleithel.

- To było w języku Eleithel, prawda?
- Tak, w języku noeavall, to jest: mowie Rodu Ainaaldarów, którego władczynią jest Eleithel.
- A co oznaczały wasze słowa?
- Wiele jest głupców na świecie i oni będą przyczyną naszego końca. Ona odpowiedziała: To nieprawda. A nasz koniec nie nastąpi tak szybko i nie z takiego powodu.

***

   Rozbiliśmy obóz niedaleko mostu. Byłam bardzo zmęczona. Nie jestem przyzwyczajona do takich długich wędrówek. Rozpaliliśmy ognisko i ustaliliśmy warty. Przez pierwsze dwie godziny nie spał Laurond, potem zmieniał się z Eleithel, która z kolei była zastępowana przez Lindila. Ostatnie dwie godziny snu stróżowałam ja.
   Nie spałam dobrze. Właściwie - w ogóle nie spałam. Przyglądałam się moim towarzyszom. Zauważyłam, że Lindil nie jest aż tak podobny do Lauronda.
   Laurond był wyższy, potężniejszy. Lindil z kolei był drobniejszy, lecz także był w stanie przerazić. Rozmyślałam nad tym, jak strażnik zdziwił się, jak zobaczył Illendena. Lindil siedział na warcie i nucił jakąś pieśń w jego języku:

Kavarie Manavie Malorie,
Ulanvie Hulaivie Unorie.
Kamava va Vesta,
Runtiva va Kevia,
Vavai, Vavai, Vavai.
Kamava va Vesta,
Runtiva va Kevia,
Vavai, Vavai, Vavai Vai


***

   Rano zagasiliśmy ognisko, zebraliśmy rzeczy I ruszyliśmy w dalszą drogę. Byliśmy zadowoleni: marsz szedł nam niespodziewanie szybko, więc nasza podróż może się skrócić nawet o dwa dni. Pewnie myśleli, że taki mieszczuch jak ja będzie domagał się odpoczynku co pół godziny. Niech za dużo nie myślą! W moich żyłach także płynie elficka krew, tylko później odkryta.

- Jak dobrze pójdzie, to już dzisiaj dojdziemy do Szarej Wody. - stwierdził Lindil.

   Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie. Nigdy nie zastanawiałam się, kim jest Nieprzyjaciel, jak bardzo jest potężny i jak duże są szanse na wygraną w bezpośrednim starciu.

- Trudno myśleć o tym, jak elfy brutalnie zostały przemienione w orków... - powiedziała Eleithel, odgadując mój wyraz twarzy. - Właściwie cała armia Nieprzyjaciela składa się z nich. Niektórzy są łucznikami, inni walczą mieczami. Jest ich bardzo wiele, ale nie mają czegoś, co my mamy aż w nadmiarze - magów. Jest u mnie około pięciuset magów, którzy gotowi są do bitwy. Wybierzemy najlepszych z nich.

   Dalej mówił Laurond:

- Nasze wojska są dobrze uzbrojone. Nie dość że otrzymujemy dużo broni od innych państw - tu spojrzał znacząco na Lindila - to sami atakujemy małe jednostki orków. Ponadto mamy wiele kuźni, oczywiście tajnych, w których przetapiamy zbroje orków i tworzymy własne. Najjereii postarał się, by twoja zbroja miała właściwości magiczne. Inne też przesyca magią, ale musi się oszczędzać, by każda zbroja była ulepszona.
- Najjereii? Kto to taki? - spytałam zaciekawiona.
- Kapłan. Jedyna osoba posiadająca zdolności magiczne w naszym królestwie.
- Ale ja nadal nie wiem właściwie nic! Tylko o tym, że Nieprzyjaciel włada moim państwem, a ja muszę go pokonać! - zdenerwowałam się.
- Nadejdzie czas, że nie będziemy potrzebowali ci opowiadać. - stwierdził Laurond.

   Nie rozumiałam, o co mu chodzi. Jakiś czas szliśmy w milczeniu. W końcu spytałam:

- Gdzie się teraz znajdujemy?
- Zaraz będziemy przechodzić przez most na Isenie.

   Rzeczywiście, po piętnastu minutach ujrzałam w oddali most nad rzeką. Nikt nie pilnował przejścia.
   Do Szarej Wody doszliśmy po południu. Do wieczora wędrowaliśmy wzdłuż rzeki. Gdy stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt zmęczeni na dalszą podróż, rozbiliśmy obóz.

***

   Noc przebiegła spokojnie. Rankiem wyruszyliśmy w dalszą drogę. W powietrzu wyczułam kwaśny, nieprzyjemny zapach. Popatrzyłam na Eleithel.

- Orkowie.

   Ledwo to powiedziała, a na pustkowie wpadło ze stu orków. Większość z nich była w ciężkich zbrojach i dzierżyła w rękach miecze. Paru innych miało łuki. Eleithel, Laurond i Lindil nie próżnowali. Cięciwy ich łuków jęczały bez przerwy. Gdy jednak duża ilość orków podeszła zbyt blisko, wyjęli miecze. Nie wiedziałam co mam robić. Z jednej strony chciałam uciekać, zaś z drugiej wolałam pozostać, by pomóc w walce.
   Nagle usłyszałam cieniutki głosik:

Illenden jjaee iianna
Illenden iienn
Illenden nawea llond
Harii Nanno


   Rozejrzałam się zdziwiona, w poszukiwaniu właściciela głosu. Jednak nikogo takiego nie zobaczyłam. Ale słowa ciągle brzmiały od nowa. Nieświadomie zaczęłam je powtarzać:

Illenden jjaee iianna
Illenden iienn
Illenden nawea llond
Harii Nanno


   Zapadła cisza. Nie słyszałam szczęku mieczy przyjaciół. Słyszałam własne słowa i narastający szum. Nie wiedziałam skąd on pochodził. Nagle zrozumiałam. Zrozumiałam, co oznaczają słowa które mówię.

Illenden pomóż mi
Illenden przywołaj
Illenden skieruj ją


   Na Przeciwników
   Nie zdążyłam pomyśleć, kogo ma przywołać Illenden, nie zdążyłam zastanowić się, dlaczego zrozumiałam elfickie słowa. Odpowiedź na pierwsze pytanie ujawniła się już po chwili.
   Rzeka, obok której staliśmy wzburzyła się. Pojawiła się ogromna fala, która wyglądała tak, jakby miała zalać nas wszystkich. Lecz woda ukształtowała się w... smoka? Smok był zwrócony paszczą w moją stronę. Oczekiwałam ataku. Lecz atak nie nastąpił. Zwierzę popatrzyło na mnie z szacunkiem, a potem ruszyło na bandę orków. Parę sekund i było po wszystkim. Większość przeciwników zabił, część na czas zauważyła niebezpieczeństwo i uciekła. Jaszczur jeszcze raz na mnie zerknął i... zniknął. Poczułam się strasznie wyczerpana.

***

- Tiniwien! - usłyszałam. Do licha, kto tak nawołuje? Otworzyłam oczy. Zobaczyłam trzy zdezorientowane twarze.
-Kasiva iverva... - powiedział Lindil. Oburzyło mnie to. Jak może nazywać mnie "słabą duszą"!
- Kto tu jest słaby?! - wykrzyknęłam, energicznie wstając z ziemi. - Na pewno nie ja!
Chyba zdziwili się tym moim niespodziewanym wybuchem złości, bo ich twarze przybrały wyraz wręcz komiczny.
- Dii jja unnejjii maii? - tym razem odezwał się Laurond.
- No jasne że cię rozumiem, półgłówku jeden! - byłam wściekła. Dopiero po chwili zrozumiałam, co się stało. Oni mówili po elficku! Nie dałam się ponieść emocjom. Spytałam tylko:
- Kiedy ruszamy?

   Nie wiedziałam, że oni usłyszeli to jako piękne, elfickie "Melli kannejji?"
   W czasie dalszej drogi towarzysze zanudzali mnie pytaniami, skąd wziął się smok. Niezbyt chciałam im mówić o słowach, które słyszałam i powtarzałam. Nie wierzyłam, że to ja, przy pomocy Illendena go wyczarowałam.

- No nie daj się prosić! - powiedział Lindil.*

   Uległam. Opowiedziałam o głosiku, o tym co mówił.

- Magia Illendena. - stwierdził stanowczo Laurond.
- No, jeszcze tylko parę godzin drogi i będziemy w Rivendell! - przerwała nam po elficku Eleithel. Ucieszyłam się. Teraz, kiedy umiałam się posługiwać językiem elfickim uwierzyłam, że jestem elfką. Radośnie przyśpieszyłam kroku.

***

   Dotarliśmy do stolicy, która nazywała się tak samo, jak mój kraj - Rivendell. Zasmuciłam się, gdy uprzytomniłam sobie, że moi zwolennicy muszą się ukrywać,
   i nie czeka na mnie ani huczne powitanie, pewnie nawet duży, ciepły posiłek.
    Rozumiałam, że powstańcy niewątpliwie sami głodują. Teraz przywództwo objął Laurond. Wiedział on, gdzie jest wejście do tajnej bazy.
   Miasto było jakieś... dziwne. Budynki były odrapane, choć zauważyłam piękne, elfickie runy i rzeźby. Po ulicach kręciło się kilku elfów, ale najczęściej spotykaliśmy oddziały orków. W takich momentach wręcz rzucaliśmy się w błoto. Orkowie mają prawo zabić każdego elfa z bronią.
   W końcu dotarliśmy do baru "Malli Liijjan". W środku siedziało z pięciu elfów, zajętych swoimi sprawami. Nie zwrócili na nas uwagi. Podeszliśmy do baru.

- Jak się masz Tantil? - spytał Laurond, kierując swoje słowa do elfa nalewającego jakiś złocisty napój do kufla. Tantil odwrócił się.
- Lauro! Jak dobrze, że wreszcie jesteś. - Potem popatrzył na Lindila i Eleithel. - Witamy w Rivendell! - Zauważył mnie. I pewnie by nic nie powiedział, gdyby zerknął tylko przelotnie. Ale on zauważył mój naszyjnik.
- Wielcy Valarowie! To Illenden!
Rozmowy ucichły. Poczułam na sobie pięć spojrzeń klientów. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Tiniwien... - powiedzieli prawie jednocześnie goście. Padli na kolana. Zdziwił mnie ten wybuch poddaństwa. Chciałam się zapaść pod ziemię.
- Eee... wstańcie, proszę...

   Wstali.

- Zapraszamy... - powiedział łamliwym, lecz szczęśliwym głosem barman. Zaprowadził nas na zaplecze, gdzie podniósł parę beczek przy pomocy Lauronda. Odsłonił w ten sposób dziwną klapę z zamkiem jakby klawiaturą. Wstukał litery:

    t - i - n - i - w - i - e - n - n - a - j - j - e - v - e - n - n - a - g - a - c - e - j - j - r - a - n - n - i - j - j - i - j - m - a - n - n - e - i - i - m - o - u - r - o - n - n - e - n - n
   Szczęknął zamek. Klapa otworzyła się. Zeszliśmy do środka.
   Nagle znaleźliśmy się w pokoju pełnym elfów. Rozmawiali swobodnie.

- Cisza! - usłyszałam czyjś krzyk. To Laurond. Zdezorientowani elfowie ucichli. Jeden po drugim zauważali mnie i Illendena. Jeden po drugim chylili głowy na znak oddania. Czułam się szczęśliwa.

***

   Elfowie wytłumaczyli mi ich sytuację. Nie mają zbyt liczebnego wojska. Z elfami, po których udali się do swoich państw Lindil i Eleithel jest ich zaledwie tyle, co połowa orków. Namawiali mnie jednak, byśmy już teraz zaatakowali. Zgodziłam się. Ustaliliśmy, że walka - w miarę możliwości - odbędzie się na polach Hiinnd, zachodniej części Rivendell. Jest tam otwarty teren, parę pagórków świetnych jako stacje jednostek łuczników i magów. Teraz należy już tylko czekać na Eleithel i Lindila wraz z ich armiami.
   Oczekiwaliśmy w ciszy. Rozglądałam się dookoła. Łucznicy stali na stanowiskach. Byli w dość ciężkich zbrojach, jednak nie utrudniały one ruchów. Obok każdej stacji łuczników stało dwóch magów. Koło mnie stał Lindil, zaś za mną Laurond. Wiedziałam, że Eleithel jest na najbardziej wysuniętym pagórku, w roli maga. Spojrzałam na swój strój. Jasno - metaliczna pełna zbroja płytowa połyskiwała w słońcu. Na niej był rzeźbiony herb Rivendell - Korona, a pod nią kryształ Illendena. Herb był rzeźbiony na tarczach wszystkich piechurów, a na zbrojach dowódców jednostek.
   Nagle poczułam, że ziemia lekko drga. Popatrzyłam na Lindila.

- Idą...

   Nawet gdyby nie powiedział, sama bym się dowiedziała. Zza horyzontu wynurzyło się tysiące orków.
   Lecz elfowie nie próżnowali. Pierwsze strzały, pierwsze zaklęcia leciały w stronę wroga. Strzałami powalono wiele. W końcu jednak przedarli się do mieczników. Z okrzykiem ruszyliśmy na przeciwnika. Siekałam, cięłam, rąbałam. Inni wojownicy nie byli w tyle. Oni też zabili już po parędziesiąt orków.
   Walczyliśmy do upadłego. Zrozpaczona stwierdziłam, że nie mamy szans.
   Nagle przyszła mi do głowy zbawienna myśl. Wspięłam się na jeden z łuczniczych pagórków. Jeszcze raz pomyślałam, co chcę zrobić. Tak jak sądziłam, usłyszałam cieniutki głosik, jednak jego słowa brzmiały inaczej, niż za poprzednim razem:

Illenden jjaee iianna
Illenden iienn
Illenden nawea llond
Harii Nanno
Illenden pomóż mi
Illenden przywołaj
Illenden skieruj ją
Na Przeciwników

   Jednak zaufałam Illendenowi. Zaczęłam powtarzać słowa. Tak jak przy brzegu Szarej Wody wszelkie odgłosy umilkły. Słyszałam narastający szum. Zanim zemdlałam słyszałam jeszcze przeraźliwe krzyki orków.

***

   Obudziłam się. Zaciekawiło mnie miejsce, w którym się znalazłam. Ładna, duża sypialnia. Próbowałam sobie przypomnieć, co się stało. Ktoś wszedł do pokoju. Z ulgą stwierdziłam, że to Laurond.

- Co się stało? - spytałam, dziwiąc się, że mój głos jest taki cieniutki i słaby.
- Magia Illendena. - wskazał za okno.

   Na początku nie bardzo zrozumiałam, o co mu chodzi. Ulice, domy... Domy! Większość z nich była piękna odnowiona, część dopiero remontowana. Po ulicach chodziło dużo elfów - zmęczonych, ale uśmiechniętych.
- Wygraliśmy.
KONIEC _

__________________________________________________________________ * - od tej pory wszystkie wypowiedzi napisane we Wspólnej Mowie, ale mówione przez elfów będę pisała normalnie ( chyba że specjalnie zaznaczę, że jest inaczej ).

©Beata Cynalewska 2000.04.16




wróć do spisu opowiadań