Urszula Lip

OKIEM WIELKIEGO BRATA
Recenzja Equilibrium



Equilibrium, USA, 2001, science-fiction/thriller, 107 min
Scenariusz i reżyseria: Kurt Wimmer, zdjęcia: Dion Beebe, muzyka: Klaus Badelt, scenografia: Wolf Kroeger, produkcja: Jan De Bont, Lucas Foster
Występują: Christian Bale, Emily Watson, Taye Diggs, Sean Bean, Angus MacFadyen
   A ja biegnę, biegnę, biegnę po ulicy i eksploduje moje serce, i ciągle, ciągle, jeszcze więcej - nigdy nie dość rewolucji - ten fragment refrenu piosenki zespołu Róże Europy kołatał mi się po głowie, gdy wyszłam z kina po obejrzeniu filmu Kurta Wimmera Equilibrium. Trywialne skojarzenie, ale jednak wydaje mi się paralelne, tym bardziej że film Wimmera jednak o rewolucji opowiada.
   Pomysł z pozoru nie jest ani nowy, ani oryginalny. Więcej nawet - historia jednostki, która powoli budzi się z uśpienia i uświadamia sobie, że żyje w fikcyjnym raju, to temat ostatnio bardzo modny - wspomnę tylko Matrix, sztandarową pozycję ostatniego pięciolecia. W Equilibrium znaleźć można wyraźne nawiązania do Roku 1984 r. Orwella oraz wręcz kalkę pomysłu z książki 451 stopni Fahrenheita Ray'a Bradbury'ego. Wydawać by się więc mogło, że to kolejny "powielacz" tematu na czasie.
   Tymczasem jest to film przykuwający uwagę i wcale niegłupi. Przypisać to należy przede wszystkim bardzo wyważonej, powściągliwej grze odtwórcy głównej roli, Christiana Bale'a, a także - choć w mniejszym stopniu - specyficznej konstrukcji scenariusza, który, wykorzystując znane konwencje, delikatnie je modyfikuje, co powoduje, że film ten zyskuje nowy wymiar i "świeżość".
   Opowieść rozpoczyna się typowo, jak na film science-fiction przystało: najpierw dowiadujemy się, że w wyniku trzeciej wojny światowej ludzkość została dziesiątkowana, a ci, którzy pozostali przy życiu, postanowili stworzyć nowy, lepszy świat. A ponieważ wykazano, że wojny wybuchają przede wszystkim z powodu nieokiełznanych ludzkich emocji, wynaleziono pewną substancję zwaną prozium, która - regularnie stosowana - tłumi wszelkie uczucia, zarówno negatywne, jak i pozytywne. Nakazano więc zażywać ludziom ową substancję, zakazując jednocześnie posiadania jakichkolwiek tworów ludzkiej myśli, przedmiotów czy dzieł, które nie służą celom praktycznym, a jedynie wywoływaniu emocji.
   Powstał więc świat bez wojny, choć nie bez przemocy, jak się okazuje w ciągu pierwszych dziesięciu minut filmu. W celu egzekwowania prawa Wielki Ojciec, szara eminencja tego beznamiętnego raju, stworzył szwadrony policji, na których czele postawił mnichów - doskonale wyszkolonych Men in Black, zajmujących się tropieniem i likwidowaniem opozycji, tzn. ludzi "winnych współodczuwania", kolekcjonerów dzieł sztuki, czytelników książek, tych, którzy odrzucili prozium. Najlepszy (jakże by inaczej!) z mnichów, John Preston (Christian Bale), posiadł coś w rodzaju szóstego zmysłu, który pozwala mu znajdować kryjówki wyrzutków społeczeństwa. Jeśli jeszcze dodamy, że główny bohater jest mistrzem aikido o surowych zasadach (posłał na stos własną żonę, a dwoje malutkich dzieci wychowuje na własny obraz i podobieństwo), możemy się domyślać dalszego ciągu.
   I oto następuje niespodzianka. Typowa dla filmu sensacyjnego konwencja zaczyna się łamać. Preston, który na początku jest kimś w rodzaju nieubłaganej Nemesis, egzekutorem, który bez mrugnięcia okiem w ciągu trzech minut zabija dwudziestu ludzi i którego nie wzrusza widok trawionego przez ogień oryginału Mona Lisy, stopniowo zaczyna inaczej patrzeć na świat. Nie do końca wiadomo, dlaczego przestaje brać prozium - być może z powodu głębokiego poruszenia śmiercią swego partnera Partridge'a (Sean Bean), która wywołała w nim silne uczucia, a może po prostu z ciekawości. Przestaje brać prozium i... świat się zmienia. Drobne na pozór epizody w rodzaju kropel deszczu na szybie czy faktury ołówka w dłoniach wyzwalają w bohaterze silne, pozytywne emocje (Christian Bale potrafi w sugestywny sposób te emocje okazać i uczynić je wiarygodnymi - np. poprzez skurcz policzka, przymknięcie oczu czy ledwie widoczny uśmiech w kącikach ust). Dziwne zachowanie Prestona wzbudza podejrzenia u jego nowego partnera, Brandta (Taye Diggs), ambitnego mnicha, który pragnie zająć jego miejsce.
   Poznawszy siłę emocji Preston niechętnie i początkowo wbrew sobie wkracza w świat "współodczuwających". Poznaje sekrety podziemnego świata Partridge'a i jego kochankę Mary (Emily Watson). Jego wyprawy do zakazanej strefy stają się coraz bardziej ryzykowne, tym bardziej że w międzyczasie dostaje rozkaz od samego Wielkiego Ojca, przemawiającego przez pośrednika DuPonta (świetny Angus MacFadyen pamiętny Robert deBruce z Braveheart), żeby zdemaskować zdrajcę (sic!), który dostał się w szeregi mnichów i pracuje na rzecz antyequlibriumowego podziemia.
   Od tego momentu film zaczyna nabierać tempa. Mnożą się walki w stylu matrixowym, przeplatane niespodziewanymi zwrotami akcji, prowadząc do finału, z jednej strony przewidywalnego - bo znamy przecież schemat bohater-antybohater, z drugiej jednak pełnego niespodzianek. Polecam zwłaszcza ostatni pojedynek między Prestonem a Brandtem, najbardziej niekonwencjonalne starcie dobra i zła w ciągu ostatnich kilku lat. I nie chodzi tu o to, że Preston jest dobrym białym mężczyzną, ubranym na biało, a Brandt złym murzynem, ubranym na czarno...
   Czy bez emocji jesteśmy ludźmi? Jeśli widzimy Prestona przejętego do głębi skamleniem zabijanych psów, cieszymy się, że przejrzał na oczy, bo choć sprawiło mu to ból, wyzwoliło w jednocześnie pozytywne emocje. Ale gdy patrzymy na Prestona, który z wprawą zabija kilkunastu ludzi w ciągu minuty, a pamiętamy, że nie zażywa on prozium, trudno nie zadać sobie pytania, czy wzrost adrenaliny nie spowodował u niego wzrostu endorfin, a tym samym zadowolenia z tego, co robi? Czyżby więc ocaleli z trzeciej wojny światowej ludzie nie mieli trochę racji, upatrując zła w ludzkich emocjach?
   To dobrze, że Equlibrium nie podaje nam jednoznacznych odpowiedzi. Zakończenie filmu jest zgodne z tym, co widz chciałby zobaczyć, ale przesłanie, jak mi się wydaje, nie jest już takie oczywiste. W ludzkiej naturze leżą emocje, nie sposób ich stłumić, nie sposób kontrolować. Lepiej, żeby tryumfowały, niż żeby człowiek egzystował bez nich - każdy się z tym zgodzi. Ale... Uśmiech Prestona, gdy patrzy ze zniszczonej wieży, w dniu rewolucji, na skąpaną w słońcu szklaną utopię, niepokoi. Świat się odrodzi piękniejszy, ale czy lepszy? Czy zabijanie bez uczuć jest lepsze od zabijania z uczuciami? I czy o to tu w ogóle chodzi? Te wszystkie pytania zadajemy sobie na długo po obejrzeniu tego znakomitego filmu.
   Equilibrium jest filmem-przypowieścią, a nie kolejną sensacyjną superprodukcją, więc można wybaczyć mu pewne niedociągnięcia i uproszczenia. Komiksowa ornamentyka pełni tu rolę ozdobnika i raczej nie jest celem w samym sobie, co może nie podobać się widzom spodziewającym się wartkiej akcji. Tym tłumaczę sobie mnóstwo pustych miejsc w kinie. Szkoda, bo odrobina refleksji po Matrixach i Terminatorach na pewno wyszłaby widzom na dobre.

© Urszula Lip




wróć do spisu artykułów