Agnieszka Szurek

OKIEM BAZYLISZKA
Recenzja filmu Harry Potter i Komnata Tajemnic



   Spojrzenie na film okiem recenzenta, który od początku jest do całego przedsięwzięcia uprzedzony, może niewątpliwie wywrzeć skutek taki jak wzrok bazyliszka - spetryfikować całe dzieło, tak że nawet sok z mandragory go nie ożywi. No cóż, ja jestem takim właśnie bazyliszkiem - jeszcze przed obejrzeniem byłam pewna, że film nie będzie mi się podobać. Po pierwsze, pamiętałam, jak totalnie beznadziejna okazała się pierwsza filmowa część Harry'ego. Po drugie, o ile książkę Harry Potter i kamień filozoficzny uznałam za zgrabną i zajmującą opowiastkę, o tyle Komnata tajemnic zrobiła na mnie większe i głębsze wrażenie. Natychmiast zajęła wysoką pozycję na liście moich ulubionych książek. Niektórych fragmentów dotąd nie mogę czytać bez dreszczu. Od początku byłam prawie pewna, że film tego wrażenia nie będzie mógł przekazać.
   Filmowa Komnata tajemnic nie była aż tak zła, jak się obawiałam - zawiera kilka niewątpliwie udanych scen, a całość z pewnością jest lepsza od pierwszej części, co zresztą dużą sztuką nie jest. Pierwsze kadry - szereg takich samych domów, Harry w oświetlonym oknie - zdawały się nawet zapowiadać prawdziwą ucztę. Do momentu rozpryśnięcia się ciasta na głowie pani Mason bawiłam się bardzo dobrze i moja początkowa niechęć zaczęła się ulatniać. Doceniłam wierność wobec książkowych szczegółów (łososiowa sukienka ciotki Petunii) połączoną z umiejętnością do sensownego skracania i kondensowania akcji.
   Dalej niestety było coraz gorzej. Pani Rowling w swojej książce częstuje nas najlepszymi potrawami z angielskiej kuchni; w filmie otrzymujemy co najwyżej parówkę i hamburgera.
   Przede wszystkim uderzającą cechą wszystkich przedstawionych w filmie wnętrz, od Nory Weasleyów do Hogwartu i chatki Hagrida, jest ich nienaturalność. Sprawiają one wrażenie raczej wystaw ze stylowymi gadżetami niż pomieszczeń, w których ktoś na co dzień mieszka. Patrząc na umeblowanie Nory trudno domyślić się, że Weasleyowie są ubogą rodziną - być może wrażenie ubóstwa miał stwarzać panujący w ich domu nieporządek. Jest to jednak starannie zaaranżowany "artystyczny" chaos, a nie znany każdemu domowy bałagan. Tak samo pusty i tekturowy jest obrzydliwie disneyowski Hogwart, pełen tandetnie "strasznych" miejsc, a pozbawiony atmosfery prawdziwej szkoły i prawdziwego domu. Czytając książkowe opisy, widziałam Szkołę Magii i Czarodziejstwa; mało tego, chodziłam po jej korytarzach, salach i lochach. W filmie miałam przed sobą tylko porozstawiane dekoracje i mizernej jakości komputerowe efekty, ani przez moment niestwarzające wrażenia autentyzmu.
   Ta sama sztuczność, pozbawiająca opowieść całej jej magii, dała się odczuć w grze aktorów, z dwoma chwalebnymi wyjątkami. Postacie profesora Snape'a i Luciusa Malfoya zostały przedstawione w sposób absolutnie genialny. Na krótkie sceny z ich udziałem patrzyłam jak na okienka do PRAWDZIWEGO Hogwartu. Pewne słowa uznania należą się również Harry'emu, który wypadł moim zdaniem lepiej niż w pierwszej części.
   Palmę beznadziejności przyznałabym natomiast za rolę profesora Dumbledore'a. Zamiast jedynego czarodzieja, przed którym nawet Voldemort czuł respekt, oglądamy zramolałego staruszka w szlafroku i szlafmycy, mamroczącego coś pod nosem, wygłaszającego kwestie, które sprawiają, że gumochłon w porównaniu z nim wyglądałby na intelektualistę. Totalne załamanie przeżyłam oglądając scenę, w której, po przeniesieniu spetryfikowanego Colina do szpitala, profesor McGonnagal pyta, co w zaistniałej sytuacji należy powiedzieć studentom. Odpowiedź Dumbledore'a bije wszelkie rekordy błyskotliwości: "Prawdę: że w Hogwarcie nie jest bezpiecznie". Istotnie, po dwóch atakach i pojawieniu się na ścianie krwawych napisów uczniowie w żadnym razie sami by się tego nie domyślili! Pamiętamy, że w książce Dumbledore odpowiada, iż nie jest ważne KTO otworzył Komnatę Tajemnic, ale JAK to zrobił. W świetle późniejszych wydarzeń, ta odpowiedź dowodzi przenikliwości i inteligencji. Kwestia wypowiedziana w filmie dowodzi co najwyżej skrajnego zidiocenia dyrektora Hogwartu.
   Mam wiele sympatii i uznania dla Kennetha Branagha, jego Lockhart ma jednak tyle wspólnego z czarodziejem, którego znamy z książki, co wuj Vernon z magią. Zamiast kiczowatych seledynowych szat - gustowny beżowy garnitur; zamiast dandysowatej urody - uroczy, lecz brzydki blondas; zamiast bohatera z pierwszych stron kolorowych tygodników - dystyngowany angielski dżentelmen. Z obszernego wątku Lockharta w filmie znalazło się kilka wyrwanych na chybił-trafił kawałków, nieskładających się w żadną spójną całość. Jak zwróciła uwage Ula Lip, bezsensowna i szkodliwa jest scena, w której Ron uderza Lockharta kamieniem w głowę (dlaczego i po co?). Jest to akt bezmyślnego okrucieństwa i agresji ("patrzecie, dzieci, tak można potraktować nauczyciela).
   Odznaki za beznadziejność przyznałabym także za role Rona (był brzydki, stał się brzydszy; gra klauna, a nie przyjaciela Harry'ego), Hermiony (odrażająca "stara malutka"), pana i pani Weasley (w książce bardzo ważne postacie; to oni pokazują Harry'emu, jak wygląda prawdziwa rodzina, w filmie obróceni w żałosną karykaturę). Słowa pochwały poza - jeszcze raz podkreślę - wspaniałym Luciusem Malfoyem należą się epizodycznym postaciom takim jak Oliver Wood, Neville Longbottom, Lee Jordan, Fred i George Weasley.
   Fatalną grę aktorów może częściowo usprawiedliwić to, iż ich role zostały skrócone bądź rozbudowane w sposób pozbawiony celu i sensu. Dla kogoś, kto nie czytał książki, przedstawiona w filmie intryga jest niezrozumiała. Otrzymujemy również "gratis" kilka dodatków pasujących do całości jak czekolada do bigosu. Dotąd zadziwia mnie głupota i bezcelowość sceny, w której latający samochód "wpada" pod pociąg, a wisi uczepiony otwartych drzwi niczym bohater amerykańskiego filmu o uprowadzonym przez terrorystów samolocie. Najwytrwalszy widz może uciąć sobie drzemkę w czasie meczu quidditcha - pojawiającego się nie wiadomo skąd, po co i dlaczego, pełnego niemożliwie rozwleczonych scen. Wyobraźmy sobie kluczowy moment meczu tak, jak mógłby zostać przedstawiony w zgodzie z powieścią: Harry dostrzega znicz tuż przy uchu Malfoya, w tej chwili uderzenie tłuczka łamie mu rękę, na wpół zemdlony z bólu rzuca się ku Malfoyowi, który bierze to za atak, Harry zdrową ręką łapie znicz. Ta scena mogłaby nieść napięcie; mogła sprawiać, że widzowie wstrzymywaliby oddech. Zamiast tego dostajemy bezsensowny i niemożliwe długi wyścig po trybunach (czego by nie mówić o quidditchu, ta gra ma wyznaczone boisko; w tej sytuacji sędzia pewnie przerwałby mecz). Tłuczek robi dziurę w rusztowaniu. Z grzeczności zdobywamy się na wątły uśmiech; to w końcu takie zabawne, prawda? Powtórzony po raz piąty taki gag traci jednak nawet cień dowcipu. Zamiast Malfoya zdumionego i niepewnego, czy Harry istotnie rzuca się, by go zaatakować, słyszymy kolejną z błyskotliwych kwestii: "You'll never catch me!". Nudzie wygenerowanej przez całą sekwencję meczu z quidditchem dorównuje chyba tylko odrętwienie, w jakie może wprowadzić scena ucieczki przed pająkami w Zakazanym Lesie. Aż dziwne, że można tak całkowicie wyprać podobny epizod ze zdolności do budzenia w widzu już nawet nie strachu, ale choćby lekkiego zaniepokojenia. Muszę jednak przyznać, że pewien detal wprawił mnie tutaj w zdumienie i zachwyt - otóż nigdy nie słyszałam tak głośno tupiących pająków.
   W miarę jak film zbliżał się ku końcowi byłam już pewna, że wielki finał: spotkanie Harry'ego z Voldemortem będzie równie płaski i pozbawiony wyrazu jak reszta, dlatego zrezygnowana i pogodzona z losem przyjęłam widok tekturowej Komnaty Tajemnic, długiego, nudnego i zbędnego pościgu bazyliszka za Harrym w tunelach metra, plastikowego miecza i pluszowego feniksa. Realizatorzy filmu postarali się (cóż za wzruszająca troska!), aby widz przez cały czas nie miał choćby cienia szansy na odczucie silniejszych emocji. Starannie usunęli wszystkie kwestie, które mogły go skłonić do refleksji, przejęcia się losem bohaterów, wywołać cień niepokoju. I tak filmowy Harry nie mówi Voldemortowi, że moc do przezwyciężenia śmiertelnego zaklęcia zawdzięcza swojej "zwykłej, urodzonej w mugolskiej rodzinie matce". Voldemort nie oświadcza, że matka "kupiła Harry'emu dwanaście lat pożyczonego życia". Harry nie błaga, w ciemności, w naciągniętej tiarze przydziału "Niech mi ktoś pomoże... ktokolwiek!".
   I wreszcie, na zakończenie, scena, którą uważam, bez żadnej przesady, za jedną z najlepszych w literaturze, która w książce wzrusza mnie za każdym razem i o której wiele myślałam:

- Jesteś już martwy, Harry Potterze - rozległ się nad nim głos Riddle'a. - Martwy. Wie o tym nawet ptak Dumbledore'a. Wiesz, co on robi, Potter? Płacze.
Harry zamrugał powiekami. Głowa feniksa pojawiała się i znikała z pola widzenia. Po jedwabistych piórach toczyły się perłowe łzy.
- Będę tu siedział i patrzył na twoją śmierć, Harry. Mamy czas. Nigdzie się nie spieszę.
Harry'ego ogarnęła senność. Wszystko wokoło zdawało się wirować.
- I tak kończy słynny Harry Potter - usłyszał odległy głos Riddle'a. - Samotny w Komnacie Tajemnic, zapomniany przez przyjaciół, zwyciężony w końcu przez Czarnego Władcę, którego tak nierozważnie wyzwał na pojedynek. [...]
Jeśli to jest umieranie, pomyślał Harry, to wcale nie jest takie straszne.
[J.K. Rowling, Harry Potter i Komnata Tajemnic, przeł. A Polkowski, Media Rodzina, Poznań 2000, s. 335-336]

   Trudno wyobrazić sobie bardziej "filmową" scenę, prawda? Przypomnijmy sobie teraz, co zamiast niej dostaliśmy w filmie. Tej straty nie rekompensują nawet całkiem udane fragmenty (pojedynek na czary albo lekcja w szklarni). I naprawdę szkoda, że goniący za pieniędzmi Mugole, którzy dorwą się do robienia filmu, mogą zniszczyć nawet tak dobrą książkę jak Harry Potter i Komnata Tajemnic.

© Agnieszka Szurek




wróć do spisu artykułów