Urszula Lip

SMAK ZEMSTY
recenzja filmu Kill Bill



   Nie mogę powiedzieć, żebym przepadała za "Pulp Fiction", chociaż jest to dzieło niewątpliwie oryginalne i zręcznie zrealizowane. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to jak najbardziej sztandarowy przykład postmodernizmu w kinie - chociaż sam termin "postmodernizm" to takie słowo-worek, do którego można wrzucić wszystko, co nie pasuje do żadnego ze znanych nurtów w sztuce. Mój negatywny stosunek wypływa raczej z niechęci do wizerunku świata zdegenerowanego i wulgarnego, w którym dobro zostaje sprowadzone do głupoty, a zło ośmieszone i strywializowane. Jakoś nie mogę oglądać z przyjemnością filmu, którego bohaterowie wzbudzają moją głęboką niechęć i odrazę, chociaż zdaję sobie sprawę, że między innymi taki jest cel reżysera - wywołać negatywne emocje. Trochę mi to przypomina dzieła współczesnych "artystów", który za pomocą lewatywy chcą pokazać nowe prądy w sztuce.
   Znając poprzednie dzieła Quentina Tarantino mogłam się domyślić, idąc na "Kill Bill", jakiego rodzaju film zobaczę. Wyłączyłam więc logikę, postanowiłam nie utożsamiać za bardzo z główną bohaterką, Panną Młodą (Uma Thurman), do której i tak nie czułam ani krzty sympatii, i przez dwie wpatrywałam się w hektolitry krwi i fruwające członki. Po wyjściu z kina poczułam, że limit na wypruwane flaki mam już wyczerpany na następne dwa lata i nie wiem, czy starczy mi sił, by obejrzeć drugą część.
   Obiektywnie rzecz biorąc nie mogę jednak narzekać, bo film nie odbiega od konwencji właściwej dla tego gatunku. Nasuwa mi się tylko jeden podstawowy zarzut: nuda. Tempo akcji jest tak ślamazarne, że człowiek ma ochotę wstać i krzyknąć: "No, zabij ich już w końcu!". Liczne retrospekcje można by z powodzeniem pominąć bez szkody dla głównego toku opowieści, chociażby dziesięciominutową sekwencję mangowo-matrixową, która jest ewidentnym pastiszem, ale pasuje tutaj jak kwiatek do kożucha. Szczytem wszystkiego są końcowe sceny: bitwa w hotelu i pojedynek dwóch mistrzyń miecza, które trwają tak długo, że można przysnąć. Nawet jeśli był to zamierzony ukłon w stronę Toshiro Mifune i filmów Kurosawy.
   W rywalizacji między "Pulp Fiction" i "Kill Bill" wygrywa ten pierwszy film - mimo niechęci do Tarantino muszę przyznać, że pomysł zastosowany w "pulpecie" jest ciekawy i nowatorski, czego nie można powiedzieć o "Kill Billu", będącym czymś w rodzaju kalki kalki (proszę nie mylić z Platonem) rzeczywistego świata.
   Ale może dla tego, kto lubi filmy Tarantino, "Kill Bill" wcale nudny nie jest? Mamy tutaj dużo zabawy i nawiązań do klasyki gatunku, starannie dobrane plenery i wspaniałą mozaikę kolorów. Mamy motyw niedoszłej żony i matki, skrzywdzonej przez złego byłego szefa i kochanka, i chociaż aż się prosi, by powiedzieć: "To po coś w to wszystko się angażowała, idiotko?", to jest to przecież głos rozsądku, zupełnie nie na miejscu w wypadku takich filmów. Trzeba się zatem litować nad biedną dziewczyną, która straciła dziecko i przez cztery lata była w śpiączce, a teraz po kolei mści się na swoich dręczycielach za pomocą pięści, sztyletów i katany. W końcu ma do tego prawo, czyż nie?
   KILL BILL: CZĘŚĆ I

Obsada: Uma Thurman, David Carradine, Lucy Liu, Daryl Hannah, Vivica A. Fox
Reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino,
Zdjęcia: Robert Richardson, Montaż: Sally Menke,
Muzyka: RZA, Lars Ulrich,
Scenografia: Yohei Taneda, David Wasco,
Produkcja: Lawrence Bender, Quentin Tarantino

© Urszula Lip




wróć do spisu artykułów