Urszula Lip

KLĘSKA BOHATERA
(Matrixowe rewelacje)


UWAGA, SPOILERY!


   Długo zastanawiałam się, jak zacząć recenzję "Matrixa". Specjalnie przecież czekałam na trzecią część, żeby potraktować wszystkie filmy z cyklu jako konsekwentną całość i wtedy dopiero wyciągnąć ogólne wnioski. Obejrzałam zatem "Matrix", "Matrix: Reaktywacja" i "Matrix: Rewolucje" i odpowiednie wnioski wyciągnęłam, ale rozpoczęcie recenzji sprawiło mi większą trudność niż przypuszczałam. Powody są dwa - po pierwsze moja, właściwa dla polonistów, skłonność do analizowania każdego szczegółu na drodze indukcji. Po drugie fakt, że nijak nie mogę zrozumieć, o co w tej opowieści chodziło. Pomyślałam jednak, że film, który stał się kultowy, zanim jeszcze pokazano jego ostatnią część, może być interesującym materiałem do analizy. I dlatego w końcu rzuciłam się na klawiaturę i zaczęłam w nią walić jak agent Smith wali w Neo.
   Zapomnijmy na chwilę, że pierwszy "Matrix" ma jakieś kontynuacje. Historia człowieka, który w pewnej chwili odkrywa, że żyje w sztucznie wygenerowanym świecie, programie komputerowym o nazwie Matrix, to pomysł ciekawy, chociaż nie nowy, co wie każdy, kto interesuje się science-fiction (polecam zwłaszcza twórczość Philipa K. Dicka; kwestia oddzielenia świadomości od fizycznego ciała to u niego często powracający motyw). Bracia Wachowscy mądrze wykreowali głównego bohatera: Thomas Anderson (Keanu Reeves) w pracy jest przeciętnym, nie wyróżniającym się urzędnikiem, w domu zaś znanym z pseudonimu "Neo" hakerem, a więc kimś, z kim może utożsamiać się typowy młody człowiek, członek medialnego społeczeństwa, wychowany na komputerze i znający jego sekrety na pewno w większym stopniu niż jego rodzice. Ponadto Thomas Anderson ciągle czegoś poszukuje. Sam nie wie czego, jednak wciąż ma wrażenie ograniczenia, zupełnie jakby więziły go niewidzialne pęta. I jakby w odpowiedzi na to jego wołanie zjawia się Morfeusz (Laurence Fishburne), z niewiadomych przyczyn twierdzący, że Neo jest Wybrańcem. Pokazuje Neo dwie drogi i pozwala mu wybrać między prawdą a fikcją. Łykając czerwoną pigułkę Thomas Anderson, od tej pory już Neo, wkracza do... Raju? Piekła? Po trosze jednego i drugiego. Prawdziwy świat, w którym wszechpotężne maszyny hodują ludzi jak się hoduje rośliny, wcale nie jest idealny; to koszmarna wizja, której Neo początkowo nie chce zaakceptować. W miarę upływu czasu zaczyna czuć się odpowiedzialny zarówno za realne, wolne miasto Zion, jak i świat wirtualny, Matrix. W wyborze dalszej drogi dopomaga mu tajemnicza Wyrocznia (Gloria Foster). Rozpoczyna walkę z bezwzględnymi programami porządkującymi, którym przewodzi agent Smith (Hugo Weaving), przeżywa wielką miłość do Trinity (Carrie-Anne Moss), zdradę, by w końcu poświęcić się, umrzeć i zmartwychwstać - a wszystko to po to, by uwolnić nieświadomych ludzi z Matrixa.
   Neo okazuje się więc wybrańcem i zbawicielem. Na wzór programów może zmieniać wirtualną rzeczywistość, niszczyć to, co do tej pory było niezniszczalne, przywracać do życia to, co było martwe. Wymowa filozoficzna jest jasna: walczymy o wolność i powolutku, bo powolutku, ale w końcu pokonamy maszyny, zniszczymy Matrix i zbudujemy nowe, chociaż z konieczności od podstaw, społeczeństwo. Neo jest gotowy do wszczęcia masowej krucjaty przeciwko maszynom i tak zostawiamy go na koniec pierwszej części, która powinna być pierwszą i ostatnią.
   Niestety, w dobie pogoni za pieniędzmi bracia Wachowscy zrobili to, co ostatnio robią wszyscy reżyserzy, którzy odnieśli sukces kasowy: kontynuacje. Na nieszczęście aż dwie.
   Sequel "Matrix: Reaktywacja" jest pomostem łączącym "Matrix" i "Matrix: Rewolucje", więc trudno o nim mówić jako o samodzielnym filmie, mimo to spróbuję streścić jego główne idee. Tak więc wprowadzono nowe wątki: Merowinga (Lambert Wilson) i jego ślicznej żony Persefony (Monica Bellucci). Meorwing więzi Klucznika (Randall Duk Kim), dysponującego kluczami do sekretnych Drzwi wiodących poza Matrix. Ukazano też w olbrzymim skrócie portrety mieszkańców wolnego miasta Zion. Ostro przeciwstawiono słoneczny, nieprawdziwy Matrix ognistemu, podziemnemu światu, w którym osobliwie ubrani ludzie wszystkich ras egzystują w metalowych kabinach, urządzając sobie od czasu do czasu wielką dyskotekę. Dowiadujemy się co nieco o stosunkach międzyludzkich panujących w Zionie i - o dziwo! - okazuje się, że nie są one wcale idealne. Społeczeństwem złożonym z wszystkich ras ludzkich rządzi mocno starszawa rada, składem i formą dziwnie przypominająca przywódców Rebelii w "Gwiezdnych wojnach", podczas gdy wojskiem (Zionczycy mają coś takiego!) dowodzi niejaki komandor Lock (Harry J. Lennix), którego tępy upór można porównać z głupotą (motyw twardogłowego żołnierza). Okazuje się także, że Morfeusz, chociaż działa na własną rękę, ma jednak zwierzchników, którzy bynajmniej nie darzą Neo sympatią, twierdząc, że to z jego powodu maszyny odkryły umiejscowienie Zionu i właśnie usiłują się do niego dowiercić. Na domiar złego agent Smith powraca znowu do Matrixa, tym razem jako zmutowany wirus, mnożący się niczym salmonella w zatrutym ciastku.
   Z przegadanych i pustawych dialogów zdołałam w pewnym momencie zrozumieć, że Neo znowu ma do spełnienia misję, polegającą na znalezieniu Klucznika i dotarcia do odpowiednich Drzwi prowadzących poza Matrix. Chce odnaleść Konstruktora wirtualnej rzeczywistości, do czego skłania go po raz kolejny enigmatyczna Wyrocznia. Przy okazji dowiadujemy się, że ona również jest programem, ale niezależnym (sic!) od Matrixa. Ta misja pełna jest bijatyk, strzelanin i pościgów, przemieszanych z bezsensownymi scenami o charakterze "zapchajdziur" i elementami rozrywkowymi, bo inaczej sobie tego nie umiem wytłumaczyć, skoro nie mają one znaczenia w następnej części.
   "Matrix: Reaktywację" przerwano w strategicznie dobrym momencie. Podczas rozmowy z tajemniczym Architektem Neo dowiaduje się, że wcale nie jest jedynym Wybrańcem, że uczestniczy po prostu w kolejnym cyklu rozgrywki maszyny - ludzie. Jak do tej pory słabi Wybrańcy przegrywali, ale każdemu dano wybór drogi. Neo wybiera, rzecz jasna, wariant "ocalimy ludzkość" - zamiast założyć nowy rodzaj ludzki, wraca do Matrixa, by uzdrowić ukochaną Trinity, po czym zapada w śpiączkę, a jego matrixowy odpowiednik znika gdzieś tajemniczo. Tak się kończy część druga.
   Następna i - na szczęście - ostatnia część to niewypał na całej linii. Początek jest intrygujący: Neo utknął na czyściutkiej stacji metra (z jakiego powodu, nie wyjaśniono, ale podejrzewam, że to sprawka szminki Persefony), której nie może opuścić, bo mu nie pozwala Kolejarz, sługa Merowinga. Wydostaje się stamtąd za sprawą wiernej Trinity i jeszcze wierniejszego Morfeusza, idzie do odmienionej Wyroczni (Mary Alice), która udziela mu enigmatycznych wskazówek, po czym... bierze statek i wraz z ukochaną leci do miasta maszyn i znika na mniej więcej godzinę z oczu widza. Przez ten czas dzielni Zionczycy walczą z plagą maszyn, które dostały się do miasta przez odwierty. Garstka ludzi, a wśród nich dwie "J.I. Jane", miota się szaleńczo po jaskiniach usiłując powstrzymać morze "pająków". Jednocześnie załoga "Nabuchodonozora" usiłuje dostać się do przedsionka, by wypuścić sygnał magnetyczny paraliżujący maszyny. Tak to mniej więcej wygląda.
   Pomijam stopień skomplikowania fabuły, bo nikogo to nie obchodzi. Nie ma napięcia niezbędnego do wywołania emocji u widza. Sceny walk z maszynami, na początku dość interesujące, nużą mniej więcej po dziesięciu minutach, są bardzo schematyczne i przewidywalne. Wypisz wymaluj - atak myśliwców Rebelii na Gwiazdę Śmierci. Ale Luke Skywalker nie układał się z Lordem Vaderem, żeby uratować swoich przyjaciół.
   I w końcu dochodzimy do najbardziej istotnego zarzutu, jaki mam wobec tej hollywoodzkiej produkcji: brak konsekwencji filozoficznej. Nie pisałabym o tym wcale, gdyby nie to, że bracia Wachowscy od początku postawili na symbolikę, sugerując tym samym, że wszystko w tym filmie ma podwójne znaczenie. Podam kilka przykładów. Thomas Anderson/Neo - "nowy", zostaje obudzony przez Morfeusza (bóg snu), Cypher zdradza, Wyrocznia pokazuje drogę, Klucznik otwiera Drzwi, Serafin strzeże bramy, ślepiec wskazuje drogę... Mamy w tym filmie poświęcenie, zmartwychwstanie, chodzenie po wodzie, niezachwianą wiarę, wieczną miłość, cudowne uzdrowienia i wiele innych rzeczy, które można interpretować dość jednoznacznie, a niektóre z nich kojarzą się z biblią i postacią Zbawiciela. Jednocześnie jednak wiele elementów układanki to czysta zabawa. Persefona, Niobe, Merowing (dlaczego nie Hades?) czy Rama-Kandra to tylko imiona, wywołują określone skojarzenia, ale nie mają odniesienia do treści. W tym kontekście nazwanie statku (nowa wersja "Tysiącletniego Sokoła") "Nabuchodonozorem" to wyjątkowo chybiony pomysł. Dlaczego bracia Wachowscy nie bawili się tak od początku, przynajmniej nie szukalibyśmy niepotrzebnie jakichś powiązań?
   Zabawa z imionami nie jest rzeczą najważniejszą i w gruncie rzeczy wychodzi tu moje "czepiactwo" - w końcu każdy autor ma prawo nazywać bohaterów jak chce. Widzę tutaj jednak o wiele większy problem natury filozoficznej. Jeśli jednak bracia Wachowscy kreowali Neo na zbawiciela świata, to dlaczego pozwolili mu ponieść klęskę? Tak, na koniec Neo przegrywa na całej linii: nie dość, że jego ukochana Trinity ginie bezsensowną śmiercią, nadziana na stalowe rury, to jeszcze tak zwany Wybraniec układa się z wrogami! Owszem, w ten sposób przyczynia się do uratowania Zionu, ale jednocześnie zdradza swoją ideę, którą - o ile dobrze pamiętam - była walka o ocalenie ludzkości spod władzy maszyn, a nie bijatyka ze zmutowanym agentem Smithem. Nawiasem mówiąc, ta bijatyka bardzo przypominała mi potyczki Jacka Sparrowa z Barbarossą w filmie "Piraci z Karaibów". Zupełnie też nie rozumiem, co się stało na koniec tej bijatyki - czyżby tak naprawdę zwyciężyła Wyrocznia, nie Neo?
   Jeśli w pierwszej części tej nieprawdopodobnie głupiej opowieści Neo był bohaterem głównym, w drugiej i trzeciej spada do roli narzędzia jakichś sił - jakich, nie wiemy i się nie dowiemy. Tajemniczy Konstruktor-Architekt i równie tajemnicza Wyrocznia jako przedstawiciele równorzędnych, jak się zdaje, potęg wygłaszają na koniec filmu dziwny dialog sugerujący rozpoczęcie nowego cyklu, a więc stworzenie nowego początku. Aż dziw bierze, że w ostatniej scenie nie widzimy śpiącego przed swoim komputerem Thomasa Andersona, którego budzi telefon od Morfeusza. Póki co musimy zadowolić się pięknym zachodem matrixowego słońca, które wyczarowało uosabiające reinkarnację dziecko.
   Po zdjęciu z "Matrixów" nakładki w postaci efektów specjalnych nie pozostaje wiele. Dialogi i postaci nie tuszują niedostatków scenariusza, jak to bywa w amerykańskich produkcjach klasy B. Przeciwnie - nieuzasadniony patos i liryzm wypowiedzi wywoływał u mnie niepohamowane ataki śmiechu - lepiej bawiłam się jedynie podczas oglądania "Ataku klonów".
   Dobra opowieść powinna cechować się jeśli nie jasno określoną konwencją, to przynajmniej jakąś szczątkową ideą przewodnią, zrozumiałą dla przeciętnego widza. Rozumiem jednak, że o ile pierwsza część "Matrixa" jest filmem w swoim gatunku ambitnym, to następne powstały jedynie w celu nabicia kiesy braciom Wachowskim oraz Kenu Reevesa, wszystko to zgodnie z zasadą: widz to lubi, widz przełknie wszystko, nawet najgłupsze rozwiązania. I, spoglądając na ranking oglądalności, wychodzi na to, że Wachowscy nie pomylili się w swoich przewidywaniach. Wielu widzów, tak jak ja, pójdzie na ten film, żeby zobaczyć "jak to się wszystko skończy". Innych, chyba większości, nie obchodzi, czy Wybraniec działa zgodnie z zasadami, czy nie - ważne, że jest dużo strzelania, kopaniny, pościgów, fruwania w powietrzu, i komputerowych fajerwerków. Generalnie fabuła i związki przyczynowo-skutkowe są wtedy sprawą marginalną i w ogóle nie warto się wysilać na analizę głębszych treści, bo nie o to tu chodzi.
   Wzdycham więc i odchodzę od komputera, po raz kolejny ubolewając, że nie umiem wyłączyć tej części mózgu odpowiadającej za kojarzenie faktów i nie mogę oglądać tych filmów tak, jakby to były tylko przydługie, kolorowe teledyski. Ale zawsze mogę włączyć "Jurassic Park", który nie ma ambicji, ale ma za to dinozaury.

© Urszula Lip




wróć do spisu artykułów