Urszula Lip

RECENZJA FILMU RAPORT MNIEJSZOŚCI



Raport mniejszości, Minority Report
Reżyseria: Steven Spielberg
Obsada: Tom Cruise, Colin Farrell, Max von Sydow, Samantha Morton, Peter Stormare
Scenariusz: Scott Frank, Jon Cohen
Zdjęcia: Janusz Kamiński
Muzyka: John Williams
Produkcja: USA2002
Czas projekcji: 145 min

   Proza Philipa K. Dicka odznacza się pewną specyficzną cechą: niesie za sobą pytanie o etykę w warunkach, które zmuszają człowieka do nieetycznego działania. Temat skądinąd znajomy bardzo dobrze młodzieży licealnej - cała literatura wojny i okupacji zasadza się właśnie na takim wątku. Łatwo te wątki przenieść na duży ekran, ale trudno zrobić to w taki sposób, żeby człowiek nie miał wrażenia, że ogląda powiastkę filozoficzną z silnym akcentem dydaktycznym. A przecież pozostaje jeszcze większa część odbiorców sztuki filmowej, którzy w kinie szukają przede wszystkim rozrywki; pragną po prostu szybkiej akcji i bohatera, z którym mogliby się utożsamić.
   Steven Spielberg zapragnął połączyć jedno z drugim - ambitne kino z pytaniem o etykę działania i film akcji z dużą ilością efektów specjalnych - i wyszedł mu, co tu dużo mówić, efektowny, ale pozbawiony głębszej idei obraz. Oglądając kaskaderskie popisy Toma Cruise'a w roli Johna Andertona, szefa komórki policji zajmującej się zwalczaniem przestępstw zanim sprawca je popełni, trudno nie odnieść wrażenia, że ogląda się trzecie z kolei Mission Imposible. A można było zrobić film naprawdę dobry, trzymający w napięciu, a do tego z przesłaniem.
   Punktem wyjścia jest bowiem niebanalne pytanie etyczne o prawo osądzania ludzi na podstawie raportów trzech jasnowidzów, którzy niemal bez chwili przerwy projektują na wirtualnych ekranach to, co widzi ich umysł. W toku okazji wychodzi na jaw, że obdarzona nadnaturalnymi zdolnościami parapsychologicznymi trójka nie zawsze bywa zgodna w swoich raportach, i że przełożeni niszczą raporty mniejszości, żeby pracownicy aparatu bezpieczeństwa nie mieli wątpliwości, że postępują słusznie łapiąc niedoszłych morderców. Początek fabuły można zaś streścić w kilku zdaniach: John Anderton, szef oddziału nowojorskiej policji, nadużywający narkotyków z powodu osobistej tragedii (tajemnicze zagniecie syna), pewnego dnia sam zostaje oskarżony o morderstwo, które rzekomo ma popełnić; w obawie o swoją wolność musi salwować się ucieczką. Po zmianie tożsamości rozpoczyna śledztwo mające na celu ustalenie, czy i kto miał powód, żeby zaplanować morderstwo za niego. Wnioski prowadzą go do pewnego zapomnianego raportu sprzed lat na temat zagadkowego morderstwa.
   Gdyby Spielberg poszedł tylko w tę stronę, koncentrując się na budowaniu intrygi kryminalnej, i poprowadził bohatera, który ze ścigającego stał się ściganym, ku rozwiązaniu zagadki w sposób przejrzysty, można byłoby ten film oglądać z dużym zainteresowaniem. Zamiast tego mamy rozbudowaną scenografię: efektowne, ale niepotrzebne akrobacje na awionetkach (widzieliśmy to już w Ataku klonów i w Piątym elemencie), gonitwa w fabryce samochodów (głupota sceny, w której John Anderton zostaje uwięziony w środku dwóch blach samochodowych, a potem pojawia się za kierownicą gotowego już auta i ucieka swoim prześladowcom, jest porażająca), atak długonogich pająków-czujników (scena miała być pełna napięcia, a jest po prostu śmieszna) i żonglerkę własnymi oczami. Takie łamanie konwencji kryminału na rzecz filmu akcji nie wychodzi filmowi na dobre. I chociaż sama intryga jest skonstruowana w dość ciekawy sposób, to jednak w rezultacie każdy, kto czytał choć jeden kryminał Agathy Christie, wie, kogo od samego początku podejrzewać.
   Wszystkie powyższe usterki są w zasadzie do zniesienia, choć powodują, że film ogląda się z mieszanymi uczuciami. Jest jednak coś, co według mnie odbiera temu dziełu walory filmu ambitnego - pseudofilozofia. "Pseudo" - ponieważ kwestia etyki działania została przez Spielberga potraktowana w sposób rażąco wręcz uproszczony i, co gorsza, szalenie tendencyjny. Sięgająca wzrokiem daleko w przyszłość Aghata (w tej roli świetna Samantha Morton) nie mówi przecież niczego nowego, kiedy powtarza: "Wybór należy do ciebie", "Jeszcze masz szanse wszystko zmienić". Zupełnie jakby John Anderton zapomniał albo sobie w ogóle nie uświadamiał, że ma wolą wolę. Dziwne, że o tym nie zapomina jego przeciwnik, który z upodobaniem korzysta ze swobody wyboru działania, zaspokajając swoje perwersyjne upodobania. Druga kwestia dotyczy eksperymentów, które stworzyły jasnowidzów - współautorka niedopuszczalnego etycznie programu genetycznego nie przejawia najmniejszej chociażby skruchy czy wyrzutów sumienia, ale jednocześnie pomaga Andertonowi w zniszczeniu swojego dzieła. Dlaczego to robi? Nie wiadomo. Nikt w tym filmie - oprócz głównego bohatera - nie zadaje pytań o etyczną stronę działalności jasnowidzów, wszyscy godzą się na dyktat przeznaczenia, ale gdy przyjdzie czas, wszyscy równie łatwo staną się jego przeciwnikami. Cukierkowy happy end i rozwiązanie za jednym zamachem wszystkich problemów moralnych jednym samobójstwem są w tym filmie rażąco nienaturalne - lepiej było pozostawić w dopowiedzeniu los społeczeństwa, jasnowidzów bohatera; zawieszenie tych kwestii zrodziłoby pytania i wątpliwości widza.
   Raport mniejszości nie jest filmem wybitnym, ale jeśli porównać go z innymi amerykańskimi produkcjami ostatnich lat, to można go umieścić w pierwszej dziesiątce filmów, w których komercyjne efekty przeplatają się moralnymi dywagacjami o etykę działania i sens istnienia człowieka w okrutnym świecie. Ja jednak wolę czysty film akcji, w którym nie muszę się zastanawiać nad każdym czynem bohatera, niż pseudofilozoficzny moralitet w gęstwinie efektów specjalnych, w którym ideę tworzy się na pożytek obrazu. Ideologie i konwencje trzeba bowiem umieć łączyć umiejętnie, bo mieszanka może okazać się niestrawna, a w każdym razie nieestetyczna.

© Urszula Lip




wróć do spisu artykułów