Katarzyna Aust

POWRÓT KRÓLA, ŚMIERĆ ŚRÓDZIEMIA


Uwaga: tekst zawiera SPOILERY.

   Ostrzeżenie dotyczy również tych, którzy książkę znają na pamięć. W filmie bowiem czekają ich niespodzianki....

I. Poniżej książki...

   Film "Drużyna Pierścienia" lokował się poniżej poziomu książki. Nie było to specjalnym zaskoczeniem: gdy książka Tolkiena jest genialna, pierwsza część filmu Jacksona była naprawdę dobra. Usunięcie niektórych wątków i postaci było koniecznością, zważywszy długość kinowego seansu. Wizja plastyczna mogła się podobać lub nie, lecz każdy z nas widzi Śródziemie na swój sposób. Były jednak i inne zastrzeżenia: Pierścień i Upiory od razu okazujące pełnię swej mocy, za to Aragorn (dla równowagi?) nie okazujący nic z mocy Króla. Były i potknięcia, jak obraz Gandalfa wiszącego na krawędzi urwiska długo po upadku Balroga, bez żadnej pomocy ze strony towarzyszy (w książce, przypomnijmy, Gandalf i Balrog razem runęli w przepaść). Pokazały one jedno: logika nie kulała tam, gdzie scenarzyści trzymali się Tolkiena lub nawet go skracali, lecz tam, gdzie próbowali go "poprawić", chyba w imię widowiskowości obrazu.
   Jednak film, oglądany po raz pierwszy, chwilami wbijał mnie w fotel. Bardziej krytyczna byłam, oglądając go powtórnie. Ale obejrzałam jeszcze kolejne dwa razy, nie licząc rozszerzonej wersji.

II. Poniżej krytyki...

   Nadchodzące zza oceanu wieści i recenzje kazały wierzyć, że "Powrót Króla" będzie lepszy. Jakoby najlepszy z trylogii. A ponieważ trzeci tom książki zawsze był moim ukochanym, więc wierzyłam chętnie. Plotki głoszące co innego zbywałam, jako plotki.
   Niestety, najgorsze pogłoski i lęki zrodzone w mroku nocy okazały się dalece mniej straszne od widoku, jaki przyniósł wstający pośród wyziewów Orodruiny przyćmiony dzień...
    Reżyser wyraźnie uznał, że bohaterowie Tolkiena są zbyt szlachetni dla "współczesnego widza". I to wszyscy bohaterowie. O ile w poprzednich częściach ofiarami tego przekonania padli głównie ci najszlachetniejsi, jak Elrond czy Faramir, to w ostatniej "odbrązowiony" został nawet nieszczęsny Gollum. Na miejsce jego rozterek i wewnętrznej walki, które w książce tak dobrze rozumie Frodo, a nie bardzo - Sam, u Jacksona otrzymaliśmy wyrachowaną intrygę mającą na celu skłócenie hobbitów (skuteczne!).
    Ale nie dość tego, że wedle Jacksona bohaterowie tacy, jakimi sportretował ich Tolkien, są dla nas zbyt szlachetni. Są w dodatku zbyt inteligentni. I tę wadę reżyser także naprawił.
   W rezultacie oglądamy zgraję durni miotających się bezcelowo w różnych konfiguracjach i kierunkach. Działania "dobrej strony" nie zdradzają oznak żadnej celowości i logiki, nie mówiąc już o taktyce wojennej, gdy zaś się kończą powodzeniem, to tylko przez dziwny przypadek. Tylko dzięki temu, że Pippin spojrzy w palantir, nasi bohaterowie dowiedzą się, że Sauron zamierza uderzyć na Minas Tirith. Czy to znaczy, że dotychczas myśleli, iż Czarny Władca zbiera swe armie w Mordorze przez miłość do defilad? A może sądzili, że Sauron przerzuci orków transportem rakietowym z Bajkonuru (pardon, z Minas Morgul) do, powiedzmy, zawczasu ewakuowanego Rivendell?
   Denethor (zasługujący zresztą na jemu tylko poświęcony rozdział), narzeka na Rohan, który nie przybywa z pomocą, a jednocześnie zabrania podpalić stosy sygnałowe, które tenże Rohan na pomoc wzywają.
   
   Fabuła opowieści jest równie konsekwentna i logiczna, jak działania jej bohaterów. Arwena, która, jak pamiętany z poprzedniej części filmu, ma odpłynąć za Morze, nagle zawraca. Musi więc pozostać w Śródziemiu: jak mówi ojcu, ostatni statek już odpłynął. Pozostaje wobec tego zapytać, czymże to na zakończenie odpływają Gandalf, Galadriela i sam Elrond, oraz dwaj Bagginsowie? Wyglądało jak statek...
   (Słowa Arweny o ostatnim statku padły i w książce: ale w wiele lat później, u śmiertelnego łoża Aragorna. Tam i wtedy miały sens. )
   Jednak logika musiała ustąpić przed koniecznością: skoro znana z książki fascynacja Eowiny Aragornem w filmie zmieniła się w jawny, obustronny i pobłogosławiony przez Theodena romans, to trzeba teraz znaleźć sposób, by tenże romans odkręcić i wyswatać Aragorna z "tą właściwą". Oto i sposób: Arwena została w Śródziemiu, więc jest śmiertelna. A skoro jest śmiertelna, to zaczyna sobie umierać od razu, no bo na co czekać? W rezultacie nadopiekuńczy tatuś dochodzi do wniosku, że już lepszy Aragorn jako zięć, niż śmierć Arweny tu i teraz. Gna więc do tegoż potencjalnego zięcia, by obwieścić mu, że "los Arweny jest związany z losem Pierścienia". Nie Aragorna bynajmniej. Co z tego wynika? Aragorn musi zasiąść na tronie Minas Tirith, inaczej Arwena umrze. Bynajmniej nie jako ofiara żołdaków Saurona w przegranej wojnie, tylko sama z siebie. Gdzie tu związek? Przyznaję, jako mało inteligentny współczesny widz nie wiem. Chyba jako czytelnik przestarzałej powieści byłam inteligentniejsza, bowiem u Tolkiena jakoś wszystko rozumiałam.
   
   Jeśli ktoś sądzi, że cios kijem w łeb lub przyduszenie za gardło to argumenty ulubione przez orków, niech co rychlej porzuci to mniemanie. Te argumenty bowiem stosują zgoła namiętnie Gandalf i Aragorn, gdy potrzebują udowodnić rozmówcy swą wyższość intelektualną kwalifikującą do objęcia nad nim komendy.
    Innych argumentów zastosować nie byliby w stanie. Spośród wszystkich bohaterów filmowego "Powrotu" niejakie pojęcie o taktyce objawia tylko jeden, który też jako jedyny w filmie zdobył moją sympatię: dowódca armii Saurona oblegającej Minas Tirith. Gwoli ścisłości: nie jest to bynajmniej Król-Czarnoksiężnik z Angmaru. Owszem, Gandalf zapowiada przybycie tego najpotężniejszego sługi Saurona jako coś, co rychło może przeważyć losy bitwy. Przeczucie, jak zwykle (w filmie) myli Gandalfa. W roli wodza czarnej armii występuje bowiem krzywogęby ork, jak się rzekło, przesympatyczny zresztą. Wie nawet, że łuczników należy ustawiać za pikinierami, na co już taki Aragorn w Helmowym Jarze wpaść nie zdołał.
    Wierząc jednak, że skoro gwiazdor wieczoru został zapowiedziany przez Gandalfa, to swe pięć minut mieć musi, czekałam przynajmniej na jego słynny wjazd do Minas Tirith. Niestety i tu spotkał mnie zawód. Gwiazda wieczoru musiała mieć chyba niedyspozycję, bo w zastępstwie przysłała tylko trollowski zespół taneczny.
   Hmmm... Rozumiem konieczność wycięcia takiej czy innej sceny (choć w przypadku TAKIEJ sceny wolałabym, aby wycięta została INNA), ale czasu, przez jaki na scenie prezentowały się trolle-baletnice, starczyłby i na Nazgula. Tymczasem ten, nie wyrządziwszy nikomu nijakiej krzywdy, ledwie zdąża na własny pogrzeb.
    Tu mści się filmowe zaprezentowanie Nazguli w pełnej grozie już od początku "Drużyny". W rezultacie nie mogą "urosnąć" tak, jak urosły w książce. A ponieważ oglądane przez kolejne trzy części zdążyły spowszednieć, widziane nad Minas Tirith niewielkie robią na widzu wrażenie. To samo dotyczy i Pierścienia. Gdy u Tolkiena na początku zdawał się niewinnym magicznym gadżetem, u Jacksona od początku jest straszny. Tyle, że im dalej, tym mniej straszny. W rezultacie zamiast wrażenia rosnącego wpływu Jedynego na Froda (i innych), dostajemy obraz Pierścienia coraz mniej aktywnego i znikającego gdzieś w tle. Chyba niedokładnie o to chodziło...
    Ku memu niejakiemu zaskoczeniu, wódz Nazguli ginie w sposób taki, do jakiego przyzwyczaiła mnie książka. Ale gdy w książce z ręki Eowiny ginął otoczony aurą grozy wódz i czarnoksiężnik, to w filmie ginie w sumie nieszkodliwy poczciwina, którego (podobnie, jak reszty) jedyną winą to, że wierzchowca miał nieco drapieżnego.
    Albowiem głównym zagrożeniem dla sił dobra nie są w filmie Upiory Pierścienia, nie Sauron, nie zastępy orków. Mistrz Tolkien nie zdołałby nigdy wynaleźć dla obrońców wolnego świata takich niebezpiecznych wrogów, jakich - i to daleko nie szukając - znaleźli w filmie scenarzyści i reżyser. A znaleźli ich w osobach dowódców tejże obrony. Dość wspomnieć szarżę jazdy Eomera na mumakile, czy - dla odmiany pieszą - wojsk Aragorna pod Morannonem (w książce, przypomnijmy, król Gondoru ustawił swych ludzi do obrony na kopcach, co wobec ogromnej przewagi liczebnej przeciwnika było jedyną sensowną taktyką). Szarża taka, jaką widzimy w filmie, zakończyłaby się masakrą sił Gondoru w ciągu trzech minut, przy czym drugą i trzecią minutę zajęłoby orkom dorzynanie konających. I chyba scenarzysta musiał w pewnym momencie zdać sobie z tego sprawę, bo rozwiązał problem prosto: oto w decydującym momencie od strony Mordoru otwiera się pochłaniająca wszystko przepaść. Pęknięcie biegnie naprzód, pochłaniając orków, by następnie z zaskakującą jak na przepaść inteligencją zatrzymać się tuż przy czubkach butów naszych herosów. Prawda, jakie zmyślne?
    A jeszcze trudniej byłoby pokazać zakończenie innej szarży; mianowicie jazdy Faramira na mury Osgiliath. Tak, dla tych, którzy jeszcze tego nie oglądali, i wątpią teraz w mą poczytalność, powtarzam: jazda i mury. Proszę nie pytać mnie, jak miało to wyglądać: nie wiem. Reżyser chyba też nie wiedział, toteż zdecydował się wystrzelać całą jazdę, nim dotrze ona do murów. Powróci tylko Faramir. Chyba zbyt głupi, by Mandos mógł znieść jego widok w zaświatach...
    Dziesiątki i dziesiątki razy powracałam w książce do opisu obrony Minas Tirith, i nieodmiennie wzruszałam się, czytając o powrocie rannego Faramira do miasta. Wizja tego powrotu zaprezentowana w filmie także poruszyła mnie do łez. Tyle, że tym razem płakałam ze śmiechu.
    Można twierdzić, że to, czy Faramir powraca do miasta w ramionach Imrahila, czy też tak, jak w filmie (ręka się wzdraga przed opisem), podobnie jak wygląd bitwy, w której został ranny, to wizualne detale, podległe wizji reżysera. Ale w oczywisty sposób tak nie jest. Książkowy Faramir ponosi ciężkie straty - trzecią część swych ludzi - i osłaniając ich odwrót, tyleż odważnie, co i rozsądnie, zostaje ciężko ranny i podniesiony z pobojowiska. Filmowy Faramir skazuje swój oddział na absurdalną, bezcelową masakrę, i jako jedyny pozostaje przy życiu. Chyba brak talentu do samobójstw przechodzi w tej rodzinie z ojca na syna? Denethor, który uzależnił swe przyszłe uczucia do Faramira od sposobu jego powrotu, po czymś takim zaiste może tylko spalić się ze wstydu.
   Jeśli niekochany syn chciał popełnić samobójstwo, mógł je popełnić indywidualnie. Jeśli chciał zasłużyć na ojcowską miłość, mógł przynajmniej postarać się dla swych ludzi (i koni!) o możliwość nawiązania walki. Założywszy, że nie zostaną wystrzelani, dojadą przecież do murów! Jeśli wreszcie celem Jacksona było sparodiowanie Tolkiena, to przeoczył bardzo użyteczne źródło, mianowicie książeczkę "Nuda Pierścieni", w której Jeźdźcy dosiadali baranów. Tryki przynajmniej wiedziałyby, co robić, dotarłszy do ścian...
   
    Zresztą w trzeciej części ekranizacji reżyser i scenarzyści wykazali niezwykły talent do wycinania bądź przeinaczania scen zasadniczych dla Tolkienowskiej historii. Nie zobaczymy, jak uzdrowicielska moc Aragorna staje się dla ludu dowodem jego królewskiej krwi, bowiem sceny uzdrowienia Faramira i dwojga pogromców Nazgula po prostu nie ma. Nie ma też ani słowa o narodzinach miłości pomiędzy Eowiną i Faramirem. Nagle widzimy ich w charakterze w pełni rozkochanej pary, i to wszystko. Owszem, mamy jakoby zobaczyć Domy Uzdrowień w "rozszerzonej wersji" na CD, ale już wersja kinowa wedle deklaracji miała być filmem, a nie trzygodzinnym trailerem. To zaś znaczy, że jako widzowie mamy prawo oczekiwać od niej ciągu wynikających z siebie zdarzeń, zwanego fabułą, a nie zbioru obrazków pozbawionych związku innego niż ten, że na niektórych występują te same osoby. Tymczasem Powrót Króla jest właśnie takim zbiorem obrazków.
    Zarazem konieczność skrótów jest wątpliwym usprawiedliwieniem. Jackson bowiem dodaje własne sceny: intryga Golluma i jej implikacje, niekończąca się bieganina i szamotania Froda wśród pajęczyn, rodem z horroru klasy D, głęboko metaforyczne pomidorki (czy może czerwone winogrona) ciamkane przez Denethora, wspomniany już balet trolli w bramie Minas Tirith, wreszcie cały finał u Szczelin Zagłady, którego tu nie opiszę, by nie psuć największej niespodzianki, jaką zgotowano widzom. Tak więc to nie czasu i taśmy zabrakło, lecz czegoś innego.
   
    "Odbrązowieni" i "uprzystępnieni intelektualnie" bohaterowie Powrotu Króla nie wzbudzili we mnie ani cienia sympatii (z zaszczytnym wyjątkiem krzywogębego orka), a ich perypetie - żadnych emocji, poza rozbawieniem w najbardziej dramatycznych momentach. Mam jednak poważne wątpliwości, czy te momenty istotnie zostały zaplanowane jako zabawne. Ich odpowiedniki w powieści Tolkiena bowiem wcale zabawnymi nie były.
   
   Czy wobec tego zniechęcam do obejrzenia filmu? Nie, w żadnym razie. Tylko zawczasu odświeżcie sobie w pamięci dzieło mistrza Tolkiena. Następnie, zaopatrzywszy się w solidną porcję coli i popcornu koniecznie wybierzcie się do kina. Najlepiej w gronie przyjaciół, i w mało popularnej porze. Tak, aby Wasze eksplozje śmiechu nie budziły osób postronnych za snu.
   Którego uniknięcia i Wam życzę.
   

© Katarzyna Aust




wróć do spisu artykułów