Urszula Lip

W MACKACH OŚMIORNICY



   "Sindbad: Legenda Siedmiu Mórz" to typowy przykład filmowego "pulpeta" - mieszanki wątków i elementów, połączonych w całość za pomocą znanych widzowi konwencji. Taki "pulpecik" bywa smaczny i sprawia wiele radości, ale - niestety, niestety - w większości wypadków sensu nie ma w nim za grosz i próżno doszukiwać się w tej mielonce śladu jakichkolwiek idei. Na szczęście danie, jakim raczy nas wytwórnia Disney'a, nie staje w gardle, choć może wielkim rarytasem nie jest.
   Przede wszystkim Sindbad to film schematyczny do bólu (topos goni tu topos), przewidywalny od początku do końca, z odpowiednim morałem - klasyczny przykład prostej Arystotelesowskiej fabuły. Można z tego uczynić zarzut i - sądząc z reakcji mojego towarzysza, pięcioletniego Marcia, który w pewnym momencie z wielkim zainteresowaniem zaczął oglądać projektor, a potem lampki przy fotelach - nie jest on nieuzasadniony. Dzieci mogą się poczuć lekko rozczarowane poważnym tonem opowieści, dorośli zaś urażeni zbyt wielkim jej uproszczeniem.
   Historia jest prosta: Eris, bogini niezgody, ma kaprys "pomącić" trochę w świecie ludzi. W tym celu wymyśla intrygę: kradnie Księgę Pokoju i powoduje, że o ten czyn zostaje oskarżony kapitan pirackiego statku, Sindbad. Ponieważ Sindbad uparcie nie chce przyznać do przestępstwa, którego nie popełnił, Rada Siedmiu Miast skazuje go na śmierć. Proteusz, syn króla Syrakuz, dawny przyjaciel Sindbada, przekonany o jego niewinności, zgadza się wziąć winę na siebie. Zawarty zostaje układ: Sindbad ma dziesięć dni na odzyskanie Księgi Pokoju, w przeciwnym bowiem razie Proteusz umrze zamiast niego. Oczywiście Sindbad, jak przystało na pirata, nie ma wcale ochoty na wizytę w Tartarze, siedzibie Eris, ale zostaje przekonany za pomocą bardzo konkretnych argumentów w postaci diamentów przez pasażera na gapę - piękną, ale bardzo pyskatą narzeczoną Proteusza, Marinę.
   Każdy, kto choć w małym stopniu posiada wyczucie konwencji, może się domyślić dalszego ciągu. Wielkie ośmiornice, zdradzieckie syreny, wyspy będące w rzeczywistości wielkimi rybami i drapieżny ptak Rook - wytyczają drogę Sindbada do budzącej grozę Krainy Chaosu, ale tak naprawdę scenografia liczy się tutaj mniej. Jest efektownym tłem dla przedstawienia dylematu moralnego Sindbada, którego przewrotna Eris wybrała na swoją marionetkę. Nie liczy się też tutaj prawdopodobieństwo i logika (trudno wyobrazić sobie podróż do Tartaru trwającą zaledwie dziesięć dni w obie strony czy też rozkwit wielkiej miłości Mariny do człowieka, którego - słusznie - przy pierwszym spotkaniu uznała za zdrajcę i łotra bez honoru), ale zgrabne połączenie trzech wątków: miłości, zdrady i poświęcenia.
   Najlepiej przedstawiono wątek poświęcenia dla przyjaciela. Proteusz - dobry, prawy i honorowy, uosobienie wszelkich klasycznych cnót - jest gotów poświęcić życie, by udowodnić, że Sindbad zasługuje na zaufanie, chociaż sam Sindbad początkowo czyni wszystko, by udowodnić coś wręcz przeciwnego. Wątek wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia niesamowicie uproszczono - wojna pomiędzy Sindbadem a Mariną łudząco przypomina potyczki Shreka i królewny Fiony (albo - żeby sięgnąć do bardziej wyrazistego przykładu - Hana Solo i księżniczki Lei), tak więc z góry wiadomo, że w pewnym momencie - według zasady "serce nie sługa" - dwoje pozornie nie cierpiących się ludzi zawrze pakt o nieagresji. Chociaż jest to drażniąco schematyczne rozwiązanie, w świetle faktu, iż Marina jest jednak narzeczoną Proteusza, stwarza nowy problem moralny. Sindbad może więc popełni zdradę podwójną i to powoduje, że film ogląda się z zainteresowaniem. I chociaż mocno naciągane, typowo disneyowskie zakończenie również nie odbiega od konwencji, widz jest usatysfakcjonowany, ponieważ dostał to, czego oczekiwał.
    "Pulpet" jest daniem przeznaczonym dla szerokich mas i w ramach tego spełnia wszelkie wymogi dobrego filmu: prosta i szybka akcja, zabawne dialogi, wyraziście zarysowane charaktery. Nawet sprowadzenie bogatej mitologii greckiej do roli rekwizytu, a przy okazji przemieszenie jej z elementami kultury arabskiej, w takim ujęciu zbytnio nie razi. Generalnie film ten można zaklasyfikować do grupy utworów przygodowo-dydaktycznych przeznaczonych dla... No właśnie, dla kogo? Małe dzieci nie bardzo zrozumieją, o co tam chodzi, nastolatki, wychowane na "Xenie" i "Herkulesie", mogą uznać ten film za nachalnie moralizatorski i zbyt "drętwy", bo przewrotna Eris nie nosi mini-spódniczki i bluzeczki z głębokim dekoltem i nie jest mistrzynią w kopaniu mężczyzn podkutymi buciorami. A dorośli? Cóż, "Sindbada" pewnie nie obejrzą wielbiciele "Bad Boy's" czy "Legalnej blondynki". Pozostaje pewna grupa ludzi, którzy lubią dobrze doprawione "pulpety", i tym na pewno się "Sindbad" spodoba.

Sindbad: Legenda Siedmiu Mórz.
Animowany. Przygodowy.
Reżyseria: Patrick Gilmore, Tim Johnson,
scenariusz: John Logan,
muzyka: Harry Gregson-Williams,
scenografia: Raymond Zibach,
produkcja: Mireille Soria, Jeffrey Katzenberg

© Urszula Lip




wróć do spisu artykułów