Urszula Lip

RECENZJA FILMU STATEK WIDMO



   Muszę przyznać, że jestem wielbicielką horrorów i thrillerów s-f - filmów, na których mogę się pobać, bez obawy, że to, co widzę na ekranie, dopadnie mnie w prawdziwym życiu. Lubię nawet te horrory, które mimo niezłego pomysłu po raz setny wykorzystują te same konwencje i chwyty retoryczne, jak np. Screemers czy Władcy marionetek. Kto oglądał Laleczkę Chucky siedząc z nogami podwiniętymi na fotelu, ten doskonale wie, o czym mówię. Chodzi o dreszczyk emocji, swoiste katharsis.
   Niestety, Statek-widmo mocno mnie rozczarował. Nie mam zwyczaju sugerować się opiniami krytyków, którzy często mają dokładnie odwrotne zdanie na temat horrorów niż ja, więc poszłam na ten film w dobrej wierze. Początek zapowiadał się nieźle: masakra na pokładzie "Antonia Graza", realizowana tak, że co wrażliwszym jednostkom może zrobić się niedobrze, kultywuje tradycję poczciwego Clive'a Brakera. Mamy więc z pozoru jasno określoną konwencję. Potem jednak jest coraz gorzej i muszę przyznać, że przez dobry kwadrans tłumiłam ziewanie, gdy kilkuosobowa grupa półgłówków, dowodzona przez uduchowionego Murphy'ego (wzruszająco matołkowaty Gabriel Byrne), miota się na przeradzewiałym pokładzie zaginionego czterdzieści lat wcześniej statku w poszukiwaniu skarbów i znajduje w końcu trzy duchy (gdzie się podziała reszta pasażerów i członków załogi, nie wiemy i się tego nie dowiemy), z których żaden nie wzbudza strachu. Kilka razy miałam wrażenie, że jeszcze chwilę, a coś się zacznie dziać, coś nieprzewidywalnego, że zaraz wrzasnę z przerażenia, bo już czułam ciarki na plecach, ale po chwili okazywało się, że jednak był to fałszywy alarm. Jedynie naprawdę ciekawy wątek - tajemniczej dziewczynki w bieli, która nie została "naznaczona" - został urwany w najciekawszym momencie, a owa dziewczynka zepchnięta do roli rekwizytu.
   Pustych rekwizytów i nic nie znaczących scen jest w tych filmie zastraszająca liczba. O ile mogę znieść podgniłe trupy wyłaniające się z podtopionych pokładów, robaki zamiast jedzenia, krew ciurkająca z otworach po kulach do basenu czy szczury w skrzyni ze złotem - tanie chwyty właściwe dla konwencji horroru - to dostaję białej gorączki, gdy w obrębie tejże konwencji ktoś robi ze mnie balona, wprowadzając wątki, które potem nie znajdują rozwiązania, i tym samym psuje kompozycję. W końcu to Z archiwum X, gdzie tajemnica i aluzyjność jest zakładana od początku. W Statku-widmie nie ma żadnej tajemnicy, bo choć pomysł z duszami i ich dozorcą więziennym jest zasadniczo dość ciekawy, to zrealizowano go w taki sposób, że najbardziej pobłażliwi wielbiciele głupich horrorów (patrz: kolejne Piątki trzynastego, Masakry piłą łańcuchową i ostatnia rewelacja Oszukać przeznaczenie) wyjdą z kina nawet nie zniesmaczeni, a totalnie rozczarowani głupotą filmu i jego twórców.
   O ile nie jestem zdziwiona udziałem w tym knocie Gabriela Byrne'a, święcącego ostatnio tryumfy w idiotycznych produkcjach, przy których Statek-widmo wydaje się być arcydziełem (6 dzień, Stygmaty), to wyrażam zdumienie, że film wyprodukował słynny Robert Zemeckis, twórca Królika Bugsa i Forresta Gumpa, a w rolę dzielnej Epps, matkującej grupie półgłówków, wcieliła się Julianna Margulies. Zemeckis widocznie potrzebował trochę gotówki (kto w Hollywood jej nie potrzebuje?), a siostra Hatteway z Ostrego dyżuru.... Kto wie, może zamierza naśladować George Clooney'a?
   I jeszcze jedno: gorszy podkład muzyczny miałam przyjemność słyszeć jedynie w Anakondzie z Jennifer Lopez. Oba filmy można stawiać za wzór, jak nie należy robić horrorów.

STATEK WIDMO
Ghost's Ships
Występują: Gabriel Byrne, Julianna Margulies, Ron Eldard, Desmond Harrington
Reżyseria: Steve Beck
Scenariusz: Mark Hanlon, John Pogue
Zdjęcia: Gale Tattersall
Muzyka: John Frizzell
Produkcja: Robert Zemeckis

© Urszula Lip




wróć do spisu artykułów