Przekład: Agnieszka Szurek

George MacDonald - Okrutny malarz



   Wśród studentów gromadzących się na uniwersytecie w Pradze w roku 159-, był pewien młody człowiek, który zwał się Karl von Wolkenlicht. W naukach niezbyt pilny, cieszył się jednak poważaniem zarówno wśród profesorów, jak i wśród kolegów, gdyż wystarczyło mu rzucić okiem na tezę czy twierdzenie, by od razu pojąć ich sens. Gdy jednak taka teza miała prowadzić do głębszego spojrzenia na naturę rzeczy, wystarczało mu, by dla niego pozostała wyłącznie tezą. Odkładał ją do jednej z szufladek swojego umysłu, skąd na każde zawołanie mógł ją wyciągnąć.
   Tej giętkości myśli odpowiadała - a może przewyższała ją nawet - piękność ciała, a obie te cechy uwydatniały jeszcze godną podziwu siłę młodzieńca. We wszelkich grach, w których powodzenie zależało tyleż od tęgich mięśni co od zręczności, mało kto dorównywał Karlowi i trudno mu było znaleźć godnych partnerów do zawodów. Ta siła mieściła się jednak w tak delikatnym zarysie mięśni, w tak rzadkim, greckim ideale piękna i była połączona z taką łagodnością obycia i postępowania, że trochę przez rzeczywiste podobieństwo, a trochę przez absurdalność kontrastu młodzieńca przezwano na uniwersytecie zdrobniałym dziewczyńskim imieniem - Lottchen.
- Powiadam, Lottchen - rzekł raz jeden z jego kolegów, Richter, gdy siedzieli przy stole w winiarni, którą mieli zwyczaj odwiedzać nader często - wiesz, że ten tutaj Heinrich Höllenrachen twierdzi, iż dzisiaj na własne oczy - własne śmiertelne oczy - ujrzał - jak myślisz, kogo? - Lilith.
- Pierwszą żonę Adama? - spytał Lottchen, siląc się na niedbałość, podczas gdy jego twarz oblał iście panieński rumieniec.
- Banialuki! - prychnął Richter. - Twoja twarz jest uczciwsza niż język. Przyznaj, bo nie możesz się tego wyprzeć, że oddałbyś nadzieję zbawienia (i tak zresztą niewielką) za jedno spojrzenie na Lilith. Mam rację?
- Idź do diabła! - to było wszystko, co Lottchen rzucił swemu prześladowcy, niemniej jednak obrócił się do Heinricha, któremu studencka kompania nadała wspomniane wyżej przezwisko z powodu niezwykłej szerokości jego szczęk. Kryjąc najlepiej jak mógł niecierpliwość i zazdrość pod pozorem ciekawości, Lottchen zwrócił się do niego:
- Daj spokój, Heinrich, robisz nas w konia! Przyznaj się!
- Nie. Widziałem ją na własne oczy.
- Chociaż każde z nich kursuje po innej orbicie - dorzucił Richter.
- Tak, i chociaż mogę wykreślić paralaksę do dowolnej z gwiazd stałych przyjmując za podstawę szerokość mojego nosa - odparł Heinrich podchwytując dowcip i ignorując przytyk pod swoim adresem. - Była tak blisko, że widziałem ją doskonale.
- Kiedy? Gdzie? Jak? - zapytał Lottchen.
- Dwie godziny temu. Przed kościołem świętego Szczepana. Szczęśliwym trafem. Jeszcze coś chciałbyś wiedzieć, mój mały?
- Co mogło ją tam sprowadzić? Przecież nikt dotąd nie widział jej na mieście - zastanowił się Richter.
- Siedziała na grobie. Kiedy odeszła, poszedłem go obejrzeć, ale to nowo usypana mogiła i nie ma na niej jeszcze nagrobka. Zapytałem o dziewczynę kościelnego. Powiedział, że jest córką kobiety, która została pochowana w tym nowym grobie w zeszły czwartek. Poznałem ją. To Lilith.
- Jej matka umarła! - powiedział Lottchen zadumany, szybko jednak wrócił myślą do swoich własnych planów. - Na pewno przyjdzie tam jeszcze raz!
Zadbał również o to, aby marzenie przyoblec w konkretne kształty:
- Po czym ją poznam, Heinrichu? Przecież i ty nigdy wcześniej jej nie widziałeś?
- Jak mogłeś zakochać się w niej po uszy, skoro nigdy nawet nie rzuciłeś na nią okiem? - wtrącił Richter.
- Pójdziesz czy nie do diabła? - wykrzyknął Lottchen z komicznym crescendo, na co reszta towarzystwa wybuchnęła śmiechem.
- Nie sposób jej nie poznać - odparł Heinrich.
- Jest zatem aż tak podobna?
- Jest zawsze sobą, po prostu sobą.
   Świeżo napoczęta flaszka wina - które niestety nie spełniało nadziei podniebienia - skierowała na siebie tok rozmowy. Lottchen był bardzo rozczarowany, ale postanowił, że stawi się przed kościołem świętego Szczepana o zachodzie następnego dnia w nadziei, że jemu również przypadnie łaska ujrzenia Lilith.
   Zamiar ten wprowadził nazajutrz w życie. Siedząc w wejściu do kościoła i nie wiedząc, z której strony wypatrywać upragnionego widoku, a zarazem nie chcąc sprawiać wrażenia, że kogoś niecierpliwie wygląda, Lottchen patrzył, jak z nieba opadają różane płatki zachodu słońca. Nagle, gdy niechcący odwrócił wzrok, zobaczył kobietę siedzącą na nowo usypanej mogile, zaledwie kilka jardów od niego. Twarz miała ukrytą w dłoniach i najwyraźniej gorzko płakała. Karl, skryty w cieniu portyku, widział ją całkiem wyraźnie i zarazem nie musiał się obawiać, że ona go dostrzeże. Siedział więc i obserwował ją. Dziewczyna na chwilę podniosła głowę. Różowe światło zachodzącego słońca padło na jej mokre, lśniące od łez policzki, nadając tej wiecznie bladej - a obecnie śmiertelnie bladej - twarzyczce pozory rumieńca. Ta twarz istotnie była twarzą Lilith, najsłynniejszej piękności Pragi.
   Znowu ukryła twarz w dłoniach, a Karl siedział z dziwnym poczuciem bezradności. Poczucie to stawało się coraz silniejsze. Pragnienie, aby pomóc tej, której pomóc przecież nie był w stanie, przyciągało ku niej jego serce, drżące i pełne czci - a było to dla Karla uczucie całkiem nowe. Dziewczyna nadal płakała. Róże zachodu zwiędły, na niebo wypłynęły obłoki, gwiazdy zbiegły się razem jak kropelki chwały przesączające się przez zasłonę nocy, drzewa wokół cmentarza oblokły się w czerń i Lilith prawie zniknęła w głębokiej ciemności. W końcu podniosła głowę i, dostrzegłszy, że wokół jest już noc, zmieszana i zmartwiona krzyknęła cicho. Minuty, których upływu w myśli nie odczuła, poza jej myślą jednak upłynęły. Nie zdawała sobie sprawy, że nastała już ciemność.
   Słysząc ten okrzyk, Karl wstał i zbliżył się do niej. Na odgłos jego kroków zerwała się na równe nogi.
- Nie bój się - odezwał się. - Pozwól, że odprowadzę cię do domu. Będę szedł za tobą.
- Kim jesteś? - rzuciła krótko.
- Karl Wolkenlicht.
- Słyszałam o tobie. Dziękuję. Mogę wrócić do domu sama.
   A jednak, w na wpół sennie i na pół nieświadomie, przyjęła jego ramię i pozwoliła, aby przeprowadził ją pośród grobów. Pozwoliła mu iść obok siebie, dopóki nie doszli do rogu wąskiej uliczki. Tam nagle powiedziała mu "dobranoc" i zniknęła. Karl pomyślał, że lepiej będzie nie iść za nią dalej; życzył jej więc również dobrej nocy i wrócił do domu.
   Pierwszą jego myślą następnego ranka - a w istocie przez wiele następnych ranków - było w jaki sposób mógłby ją zobaczyć po raz wtóry. Nie słyszał, by gdziekolwiek wychodziła; nie mieli żadnych wspólnych znajomych, nigdy nie widziano jej w kościele ani na rynku, ani nawet na ulicy. Dom, w którym mieszkała, był ponury i sprawiał wrażenie opuszczonego. Wyglądało, jakby nikt nigdy do niego nie wchodził ani zeń nie wychodził. Był jak miejsce, które pozbawione zamieszkującej je duszy, popada w rozkład i zniszczenie. Przez lata na drzwiach zasychały kolejne warstwy błota a w zakurzonych oknach nigdy nie pokazywała się niczyja twarz.
   Jak zatem Lilith mogła być najsłynniejsza pięknością Pragi? W jaki sposób Heinrich Höllenrachen rozpoznał ją od pierwszego spojrzenia? A nade wszystko - w jaki sposób Karl Wolkenlicht zakochał się w niej, zanim ją zobaczył?
Było to tak...
   Ojciec Lilith był malarzem. Był zatem osobą publiczną i publiczność właśnie pozwoliła sobie nadać mu nowe imię. Wszyscy nazywali go Teufelsbürst albo Czarci Pędzel, które to miano najwyraźniej sprawiało mu ogromną przyjemność. Czarci Pędzel bowiem lubował się w przedstawianiu ludzkiego cierpienia - i nie było to dla niego nawiedzającym koszmarem, który w mgnieniu oka może odmienić się w najpiękniejszą senną wizję, lecz codzienną rutyną.
   Gdy tylko w jego żywej wyobraźni zjawił się jakiś obraz ludzkiego nieszczęścia lub męki, widocznej w wyrazie twarzy czy układzie członków, nie omieszkał natychmiast oddać go na płótnie. W chwilach tuż przed zaśnięciem, gdy przed oczyma poetów czarna przestrzeń zapełnia się pięknymi postaciami lub rozjaśnia świtem wymarzonych krain, on widział różne oblicza bólu, we wszystkich jego odmianach i wyrazach. Te twarze, każda jakby przywołana przez innego demona, tłoczyły się w upiornym orszaku przed niecierpliwie ich wypatrującymi oczyma duszy malarza. Wstawał wtedy, zapalał lampę i gwałtownymi ruchami ręki szkicował swoje wizje, utrwalając szybkimi i pewnymi pociągnięciami ołówka każdą z twarzy, których widokiem rozkoszował się w swej spaczonej fantazji. Wracał później na posłanie i, zadowolony, zasypiał, by dalej śnić o wszelkich wcieleniach ludzkiego zła.
   Jaką krzywdę mógł mu wyrządzić człowiek czy też ludzkość, że tak straszliwie prześladowała ją zemsta i nienawiść artysty?
   Inną charakterystyczną cechą rysowanych przez niego twarzy i postaci było to, że wszystkie w swej pierwotnej formie były niezwykle piękne. Ich rysy, chociaż wykrzywione cierpieniem, były poza tym skończenie doskonałe. Całość zaś świadczyła o tym, że to właśnie przeciw oryginalnemu pięknu tych postaci malarz skierował całą artylerię swego gniewu, tak by z niebiańskich wyżyn ich boskości sprowadzić je do poziomu znienawidzonej egzystencji. Aby to osiągnąć, tworzył swoje dzieła w idealnej zgodzie z kanonami sztuki, nie fałszując ani jednej linii w przedstawianiu modelu. Zniekształcenia wprowadzało samo cierpienie, nie ołówek artysty, będący tylko posłusznym narzędziem, utrwalającym tworzone w wyobraźni wizje -okrutne, lecz jak najbardziej poprawne pod względem sztuki.
   By tym bardziej uwidocznić niszczone piękno, a tym samym uwydatnić ból, który był sprawcą zniszczenia, często dodawał obok postacie diabłów. Czynił je tak brzydkimi, jak tylko pozwalała mu na to wyobraźnia, unikając wszakże groteski i przesady ponad to, co było niezbędne, by pokazać, że są to demony, nie ludzie. Ich brzydota brała się z nienawiści, zazdrości i wszelkich złych uczuć - spośród nich uwielbiał zwłaszcza przedstawiać pełną chluby radość z ludzkiego nieszczęścia. Często też w tej chmurze diabelskich twarzy pojawiała się taka, w której ktoś znajomy mógłby rozpoznać rysy samego malarza, takie jakie pokazałoby zwierciadło, gdyby zerknął weń podczas wytężonej pracy nad przedstawianiem jakiejś wymyślnej tortury.
   Chcąc uniknąć posądzeń o to, że umyślnie dobiera takie tematy obrazów, malarz zawsze znajdował jakąś historię, często w dziejach kościoła, która jakoby miała natchnąć go do stworzenia dzieła. Nikt jednak, kto patrzył na wymalowanych przez niego cierpiących męczenników, nie mógł nawet przez moment przypuszczać, ze twórca oddawał cześć ich męczeństwu. Służyli mu tylko po to, by dać wyraz nienawiści do rodzaju ludzkiego. To on był ich katem, nie Dioklecjan czy Neron.
   Co jednak jeszcze dziwniejsze, dbał o to, by na każdym obrazie, niezależnie od tego, co było jego tematem, przedstawić również postać pełną słodyczy i harmonijnego wdzięku. Tym jawniejsze stawało się dzięki temu jego dzikie okrucieństwo. Nigdy bowiem ta postać nie była w żaden sposób powiązana z innymi osobami na obrazie - czy to z cierpiącymi, czy ze sprawcami cierpienia. Dla widzów zatem jej piękno stawało się niemal nienawistne. Najmniejszy cień nie ćmił niebiańskiego spokoju jej czoła, najmniejsza zmarszczka nie pojawiała się na gładkiej toni policzka. Ta postać nie czuła nienawiści ani miłości dla cierpiących: malarz nie chciał, by ich nienawidziła, gdyż to skaziłoby jej słodycz; nie chciał też, by ich kochała, gdyż on ich nienawidził. Czasami zatem unosiła się w błękicie jak spokojny, obojętny anioł, ze wzrokiem zwróconym w górę, senna, beztroska jak letni obłoczek. Jeśli spojrzała na to, co działo się w dole, to tylko po to, by oglądający obraz wiedzieli, że choć dostrzega wszystko, nie dba o to wcale i nawet piórko na jej lotkach nie zadrży na ten widok. Czasami stała w tłumie, niby skopiowana z innego obrazu, nie mająca nic wspólnego z wyobrażoną sceną, nie mająca prawa nawet tam przebywać. Kiedy z miażdżonych członków tryskała krew, mogła stać tuż obok, uśmiechając się do pierwiosnka albo do kwiecia brzoskwini. Niektórzy twierdzili, że ta postać to żona malarza, która kiedyś go zdradziła; że on ją zabił, lecz uznał to za niewystarczający odwet i, pogrążony na pół w miłości, na pół w najgłębszej nienawiści, w ten sposób unieśmiertelnił swoją zemstę. Teraz jednak ogólnie zgadzano się, że musiała być to raczej jego córka, o której urodzie szeroko roznosiły się najbardziej niezwykłe wieści. Mówiono też, niewątpliwie mając na względzie obrazy ojca, że jest ona pięknością pozbawioną serca. Studenci anatomii stworzyli nawet różne dziwne teorie wyjaśniające, co w jej ciele może zastępować ów utracony organ. Absolutna niedostępność Lilith i jej niekwestionowany brak serca - to po części sprawiło, że dzika wyobraźnia Karla zakochała się w dziewczynie z obrazów - o ile sama tylko wyobraźnia może się zakochać.
   A zatem - jak miał ją zobaczyć? Noc w noc zjawiał się pod jej domem. Jej błękitne oczy nigdy jednak nie odwzajemniły jego spojrzeń. Spoza drzwi żaden krok nie zawtórował jego krokom. Drzwi te zresztą wyglądały na nieotwierane od tak dawna, że wrosły w ścianę i stały się tak twarde jak kamienie, które trzymały ich zawiasy w bezdusznym uścisku. Lottchen nie śmiał obserwować domu w dzień, a podczas swych nocnych straży nigdy nie widział by ojciec, córka, czy ktokolwiek z domowników przekroczył próg domostwa. Nie domyślał się nawet, że z małego okienka przy drzwiach śledzi go para niebieskich oczu, bardzo podobnych do oczu Lilith, lecz bledszych i zimniejszych - śledzi niczym pająk muchę, która niebawem z pewnością wpadnie w jego sieć.
   W sieć tę Karl istotnie wkrótce się wplątał. Postać Lilith przesłoniła mu świat, stała na progu snów, a kiedy, znużony czuwaniem, wkraczał na skraj ich dziedziny, ona wkraczała wraz z nim i szła u jego boku. Musiał ją odnaleźć - gdyby tego nie zdołał uczynić, dla niego równie dobrze świat mógł się zapaść w bezdenną otchłań. Jak jednak miał tego dokonać?
   Tak. Zostanie malarzem. Teufelsbürst przyjmie go za pokornego ucznia. Młodzieniec będzie mieszał mu farby, a mistrz w zamian nauczy go tajników rzemiosła, które jest sługą sztuki. W ten sposób Lottchen będzie mógł widywać Lilith, co było jego jedynym celem.
   Pewnego pogodnego jesiennego ranka, kiedy liście zaczynały opadać pod dotknięciem tej Śmierci, która wiedzie swój tan w świątyni natury tak samo jak między ławkami ludzkich katedr, Lottchen zapukał do zakurzonych drzwi. Pająk - malarz - otworzył mu osobiście. Był to niski, cherlawy i blady człowieczek, o wyblakłych niebieskich oczach, małym, trójkątnym nosie i cienkich, prostych, okrutnych wargach. Nie nosił wąsów ani brody, lecz na ramiona i piersi spływały mu, niczym kobiecie, długie, szare loki. Kiedy Wolkenlicht wyjaśnił, po co przyszedł, malarz wykrzywił twarz w uśmiechu, którego hipokryzja nie była w stanie ukryć przebiegłości i po wysunięciu wielu zastrzeżeń zgodził się ostatecznie przyjąć go za ucznia, pod warunkiem, że Karl zamieszka na stałe u niego w domu. Serce młodego studenta wezbrało radością, którą usiłował ukryć: z drugiego uśmiechu Teufelsbürsta mógłby wyczytać, jak próżne były to wysiłki. Lottchen nie pochodził z Pragi, ale z odległej części kraju, w mieście sam o sobie decydował i wobec tego warunek postawiony przez malarza przyszło mu wypełnić nader łatwo. Tego samego popołudnia wkroczył do pracowni Teufelsbürsta jako jego uczeń i pomocnik.
   Pracownia zajmowała duży pokój, wypełniony dziełami sztuki i przyborami służącymi do ich wykonania. Na brudnych murach bezładnie wisiały osnute pajęczynami obrazy. Inne, niedokończone, stały na podłodze oparte o ściany. Kilka, w różnym stadium zaawansowania, rozpierało się na sztalugach. Wszystkie dobitnie świadczyły o zwichniętym przez okrucieństwo geniuszu artysty. W rogu na ławie leżał bezwładnie manekin, przykryty czarną płachtą. Przez fałdy koca łatwo można było rozpoznać jego kształt; co więcej spod pokrycia wystawała, tworząc kąt prosty z resztą postaci, jedna ręka. Lottchen nie mógł powstrzymać dreszczy, jakie wywołał w nim ten widok. Na chwilę udało mu się opanować, czuł się jednak okropnie na myśl, że będzie musiał siedzieć tyłem do tej figury - w ten sposób bowiem Teufelsbürst ustawił sztalugi, przy których młodzieniec miał rysować. Lottchen zdołał obrócić się tak, że kiedy podnosił oczy, mógł obserwować postać i sprawdzać, czy nie wstaje, kiedy spuszcza zeń wzrok. Mistrz domyślił się jednak, dlaczego młodzieniec zmienił pozycję i nakazał mu usiąść tak jak poprzednio, pod pozorem, że w ten sposób będzie miał lepsze światło. Sponad krawędzi obrazu, nad którym pracował, śledził następnie wyraz twarzy usiłującego skupić się na rysunku ucznia i z jej wyrazu odgadywał, jak przerażające obrazy podsuwała mu wyobraźnia - że manekin spod pokrycia wstał i cicho podszedł do niego, aby patrzeć mu przez ramię. Lottchen jednak wziął w karby uczucia, a ponieważ był całkiem niezłym rysownikiem, wkrótce zajął się pracą na tyle, by zapomnieć o obawach. A poza tym w każdej chwili mogła wejść ona.
   Rozpoczęła się teraz powolna i metodyczna tortura. Takiej szansy malarz wypatrywał od dawna - a zwłaszcza od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył Karla snującego się wokół domu. Miał bowiem wystarczająco wiele - nawet jak na potrzeby swej chorej sztuki - możliwości, by oglądać fizyczny ból; teraz jednak w jego mocy znalazł się ktoś, na kim mógł do woli przeprowadzać eksperymenty w wywoływaniu tego rodzaju cierpienia, o którym, jak sądził, brakowało mu dotąd praktycznej wiedzy. Miał w ręku serce, żywe serce młodego człowieka i mógł wedle upodobania zaciskać na nim dłoń i zadawać mu ból. Jeśli Karl okazałby się na tyle silny, by nie okazywać po sobie objawów cierpienia, na które czyhał malarz, Teufelsbürst miał jeszcze w zanadrzu inne metody, które poza nim znało niewielu ludzi.
   Przez cały ten dzień Karl nie widział ani śladu Lilith; raz jednak usłyszał jej głos - i tym zadowolił się, jak na jedną dobę. Nazajutrz dziewczyna przez większość dnia pozowała ojcu i młodzieniec mógł patrzyć na nią ile razy ośmielił się podnieść wzrok znad swojego rysunku. Wchodząc, Lilith spojrzała na niego, nie okazała jednak w żaden sposób, że go poznaje i przez cały dzień nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Z początku Lottchen miał nadzieję, że takie postępowanie można przypisać zwykłej przebiegłości zakochanych; wkrótce jednak zaczął w to wątpić. Dostrzegł bowiem, że gdy przeminął święty cień smutku, z twarzy Lilith zniknęło również wszystko to, co odróżniało ją od wizerunków bezustannie wychodzących spod pędzla jej ojca. Miał przed sobą to samo oblicze obojętnego anioła, które mógł dostrzec na ścianach, gdy tylko podnosił wzrok ponad głowę dziewczyny - anioła grającego na lutni w dymie tortur nad płonącym Babilonem. Moc artysty nie tylko przeniosła wizerunek kobiety z wyobraźni na płótno, ale w pewnej części również nadała tej postaci realny byt.
   Karl wkrótce przekonał się, że nie może mieć nadziei na żadne inne porozumienie poza wymianą spojrzeń - a nawet tych jego prób dziewczyna w żaden sposób nie była skłonna odwzajemniać. Gdyby zresztą miała na to ochotę, nie byłoby to bezpieczne. Ile razy Karl spoglądał na Lilith, zamiast jej oczu napotykał niebieskie oczy malarza, lśniące jak zimowe błyskawice. Sposób mówienia, gesty i słowa mistrza zdawały się uprzejme, lecz jego spojrzenie i uśmiech nie pozwoliły się skryć pod maską.
   Pierwszego dnia Lottchen wieczerzał sam w pracowni; usługiwała mu stara kobieta. Następnego dnia został dopuszczony do rodzinnego stołu, z Teufelsbürstem i Lilith. Pokój, w którym jedli, stanowił przedziwny kontrast z pracownią. O ile sztuka i rzemiosło, wspomagane przez smak i szczodrość, mogą stworzyć domowy raj - pokój ten był takim właśnie rajem. A jednak, wypadałoby go raczej nazwać rajem diabelskim, ponieważ na ścianach jeden przy drugim wisiały obrazy Teufelsbürsta. Podczas obiadu spojrzenie Lilith nader rzadko spoczywało na Wolkenlichcie, a jeśli nawet ich oczy się spotkały, jej wzrok był tak doskonale obojętny, że Karl, chociaż pragnął patrzyć na nią przez całe wieki, chciałby jednocześnie przestać się bać, że ona spojrzy na niego. Wyglądała jak ktoś, z kogo miłość uleciała w błysku serafińskiego ognia, by zamarznąć na śmierć w chłodzie bardziej przenikającym niż chłód jakiejkolwiek zimy - i Lilith pozostała sama, pozbawiona miłości. Wieczorami Karl miał przez jakiś czas rysować przy świetle lampy, potem zaś Teufelsbürst odprowadzał go do jego pokoju. Nigdy nie pozwalał mu udać się tam samemu, i nigdy nie zdarzyło się też, by nie zaryglował i nie zamknął za nim drzwi od zewnątrz. To wszystko jednak niewiele obchodziło Karla w porównaniu z chłodem Lilith.
   Codziennie Lilith pozowała ojcu, a każdy kolejny z różnych kostiumów, które nosiła, lepiej odsłaniał coraz to nowe odcienie jej piękna. Jak wielkie mogłoby być to piękno, gdyby rozkwitło również w jej duszy, Wolkenlicht nie był w stanie sobie wyobrazić. Wkrótce kochał ją tak bardzo, że każdy wyraz jej twarzy traktował jako cząstkę jej istoty. Wobec wszystkich faktów, które mogłoby przeczyć tak daleko posuniętej idealizacji, jego umysł wykazywał zadziwiającą odporność. W końcu jednak musiał dostrzec, że Lilith jest niczym pączek róży, który, u progu rozkwitu, zastygł i trwał niezmienny, zwarzony niewczesnym przymrozkiem. Pewnego też dnia, kiedy już ojciec i córka przywykli nieco do jego milczącej obecności, nawiązała się między nimi rozmowa, po której Lottchen przekonał się, że jego mistrz wierzy tylko i wyłącznie we własną sztukę - aczkolwiek można by się zastanawiać, patrząc na obiekty uczuć Teufelsbürsta, czy uczucia te godzi się nazwać "wiarą". Karlowi zdawało się raczej, że znaczą one tylko tyle: iż pośród tysiąca wstrętnych rzeczy jest dla artysty rzeczą przyjemną przedstawiać na płótnie to, co widzi wokół siebie, przekształcając jednak wszystko tak, by wyrazić własne dojmujące uczucia.
   Trudno sobie wyobrazić uboższe porozumienie między jakimikolwiek dwiema duszami niż to, które miało miejsce między ojcem a córką. Ojciec zwykł prawić o ludzkości i o jej losach w tonie najbardziej gorzkiej pogardy. Gardził ludźmi, w tym również samym sobą, i sprawiała mu radość myśl, że pokolenie po pokoleniu pojawia się i ginie, miot po miocie, jak zboże, które wzrasta i pada zżęte. Lilith, która słuchała tego wszystkiego nieporuszona, z czystko intelektualnym zainteresowaniem, zauważyła, że nawet zboże ma w sobie więcej życia, bo zżęte daje ziarno na nowe plony. Czy miała na myśli, że rośliny są wyższym gatunkiem od ludzi (zapominając, że przedstawiciele wyższych gatunków mogą wydawać na świat potomstwo nie tracąc przy tym własnego życia), czy po prostu sprzeciwiała się sposobowi argumentowania ojca, Wolkenlicht nie mógł orzec. Teufelsbürst roześmiał się, a jego śmiech przypominał zgrzyt piły, i powiedział:
- Rozwiń zatem swą analogię, moja Lilith, i zobaczysz, że owszem, człowiek także, tak jak ziarno, powraca do życia po tym, jak się go pogrzebie. Niestety, jedynym znanym nam rezultatem takiego procesu jest wampir.
   Wolkenlicht podniósł głowę i dostrzegł, że po czole malarza i jego bladej twarzy przeszedł dreszcz. Nie umiał sobie tego wyjaśnić - mógłby mu to jednak wytłumaczyć sam Teufelsbürst. Dziwne szepty niosły się bowiem po okolicy, a niektóre z nich wpadły do uszu malarza, który nie do końca mógł je ogarnąć swoją filozofią. Śmiech, którym Lilith przyjęła tę przerażającą próbę dowcipu, okrutnie szarpnął uczuciem Karla. A jednak Lilith po chwili także coś odczuła, bowiem, obróciwszy się, spojrzała przez chwilę na obraz, nad którym pracował ojciec i w jej oczach zakręciły się łzy.
- Ojcze - powiedziała. - Jak bardzo podobną do matki namalowałeś mnie tym razem!
- Dziecko - odparł malarz z lodowatym uśmiechem - nie masz matki. To, co przeminęło, więcej już nie istnieje. Nie chcę słyszeć, jak nadajesz nazwę temu, czego nie ma. Gdzie nie ma substancji, jak może być imię?
   Lilith wstała i wyszła z pokoju, a Wolkenlicht zrozumiał, że istotnie jest ona zmrożonym pączkiem, który nie może rozwinąć się w różę. Czysta miłość żyje jednak wiarą. Miłość kocha widziany niejasno i niewyobrażalny ideał. Odważa się wierzyć, że to, czym zwykle i na co dzień jest ukochana osoba, nie jest jeszcze całością tej osoby. Cnotą tej miłości jest to, że nadal kocha. I było cnotą, że Wolkenlicht pokochał Lilith jeszcze bardziej, po tym jak odkrył, jak głęboki grób nieszczęścia kopie w jej duszy niewiara. Dla niej zniósłby wszystko - zniósłby ze spokojem nawet tortury swej miłości i cały czas miałby nadzieję. Powiedzenie, że nie wiemy, co może przynieść kolejny dzień, jest prawdziwe zarówno o złych jak i o dobrych rzeczach, a z łona Czasu wciąż rodzą się nowe zdarzenia.
   Nowe postanowienie wytrwałości ukoiło cierpienia Karla. Jego twarz stała się bardziej opanowana; miłość zaś, choć nie mniej głęboka, stała się mniej niecierpliwa. W obecności Lilith nie podnosił już tak często oczu znad swej pracy. Mistrz dostrzegł, że jego uczeń jest spokojniejszy i że czyni gwałtowne postępy w sztuce. Nie odpowiadało to jego zamiarom, powziął zatem dalsze knowania.
   Przede wszystkim zaczął udawać, że żywi do Wolkenlichta przyjaźń i stopniowo zwiększał jej wyrazy, aż w końcu, po dniu czy dwóch, zaprosił swojego ucznia, aby wieczorem wypił z nim szklankę wina. Karl zgodził się nader chętnie. Malarz wyciągnął co tylko miał najlepszego ze swoich zapasów; pilnował jednak, aby tego wina przypadkiem nie spróbowała Lilith. W swej przebiegłości przygotował bowiem z ziół i innych składników miksturę wywierającą szczególny wpływ na mózg. Wpływ ten objawiał się przede wszystkim w podnieceniu i rozstrojeniu tych władz, które są poddane wyobraźni. Umysł poddany działaniu tego specyfiku wypełniał się zrodzonymi przez imaginację obrazami i złudzeniami. których natura zależała od nastroju, w jakim znajdował się pacjent. Obrazy te były podobne do tych, jakie fantazja tworzy sama z siebie, liczniejsze jednak i bardziej wyraziste. Teufelsbürst, nie wdając się w filozoficzne dociekania, nazwał tę miksturę po prostu eliksirem miłości - nazwa ta dobrze była znana wielu ludziom, lecz sekret warzenia należał do nielicznych. Wolkenlicht, oczywiście, nie miał pojęcia, jakiej to kuracji go poddano.
   Malarz musiał znieść jednak nowe rozczarowanie. Nie żeby eliksir nie przyniósł oczekiwanego efektu - przeciwnie, dopiero teraz zaczęły się prawdziwe cierpienia Karla, lecz tak silna była teraz jego wola i obawa przed popełnieniem czegokolwiek, co mogłoby dać pretekst do usunięcia go sprzed oczu Lilith, iż młodzieniec o wiele za dobrze ukrywał teraz swoje uczucia, by mogły się one na coś przydać sztuce Teufelsbürsta. Lottchen musiał jednak nieustannie nakładać na siebie wszelkie więzy i ograniczenia, w jakie tylko wyposażało go jego panowanie nad sobą, by nie upaść do stóp Lilith i nie całować skraju jej szaty - który, sam całując ziemię, stanowił najniższy spośród bytów ją otaczających i zatem, jako leżący najbliżej w zasięgu jego pragnień, najbardziej też go pociągał.
   Malarz niewątpliwie posiadał w tych sprawach tyle doświadczenia i przenikliwości, że dostrzegał przejmujące cierpienie Karla, chciał jednak, by uzewnętrzniało się ono w wyrazie ciała i tym samym znalazło się w granicach domeny, nad którą on dzierżył władzę swym ołówkiem. Próbował zatem jednego sposobu po drugim, nie szczędząc biednemu młodzieńcowi mąk, aż wreszcie do wszelkich udręk dołączyły również te spowodowane podupadającym zdrowiem. Widział to wyraźnie nawet sam Teufelsbürst, chociaż objawy choroby nie były tymi, na których mu zależało. Lottchen wszystko znosił z niezmienną odwagą. Malarz zaś, z różnych powodów, prawie nigdy nie opuszczał domu.
   W tym miejscu muszę przerwać tok opowieści, by przedstawić nowy wątek. Kilka lat wcześniej pewien szewc w mieście zmarł w okolicznościach, które dość jednoznacznie nasuwały przypuszczenie samobójstwa. Został pochowany z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Po sześciu tygodniach jednak gruchnęła pierwsza wieść o niesamowitym zdarzeniu, później zaś zaczęły krążyć przerażające opowieści, znajdujące niezbite, zdaniem mieszkańców Pragi, potwierdzenie w fakcie, że widmo zmarłego ukazało się wielu osobom, płatając im straszliwe figle i powodując nieopisane zamieszanie w całym mieście. Sprawa ciągnęła się, aż po ośmiu miesiącach od pogrzebu władze nakazały odkopać ciało: znaleziono je w stanie we wszelkich szczegółach odpowiadającym opisowi tego, co we wschodniej Europie określa się mianem wampira. Pogrzebano je pod szubienicą, ale ani ekshumacja, ani ponowny pogrzeb nie wystarczyły, aby pozbyć się upiora. Znów zaprzęgnięto do pracy szpadel i kilof i nieboszczyk powtórnie został wydobyty - i to w stanie znacząco lepszym od tego, w jakim ostatnio go widziano. Po spełnieniu różnych okropnych i bezbożnych obrzędów ciało spalono, "po czym spectrum nie było już się nigdy ukazało". Drugi podobny wypadek miał miejsce na krótko przed opowiadanymi przeze mnie zdarzeniami.
   Koło północy pewnego mroźnego dnia - nadeszła już bowiem zima - zerwała się straszna śnieżyca. Burza szalała wokół domu malarza, a Wolkenlicht znajdował pewna pociechę w słuchaniu zawodzenia wiatru, ponieważ jego znękane myśli i tak nie pozwalały mu zasnąć. Zamieć trwała przez trzy kolejne dni, aż około południa czwartego dnia nagle ucichła. Następnej nocy, Karl, leżąc bezsenny na swoim posłaniu, usłyszał niesamowite hałasy dobiegające z sąsiedniego domu. Brzmiało to tak, jakby wyrzucano tam z okien rzeczy, jakby wierzgały i galopowały tabuny koni, trzaskały otwierane i zamykane bramy. Karl rozwarł na oścież okiennice i wyjrzał na dwór, a wtedy ze wszystkich stron miasta dobiegło go wycie psów. Księżyc świecił jasno, a mroźnego powietrza nie poruszał najlżejszy powiew. Po chwili usłyszał zza domu łomot końskich kopyt: ktoś pędził tak, że ściany drżały jakby za chwilę miały runąć, a do pokoju Karla wdarły się błyski światła. Ile z tych wrażeń pochodziło z narkotyku, wsączonego w umysł młodego człowieka, pozostawiam do rozsądzenia moim czytelnikom. Kiedy jednak rankiem rodzina zasiadła do śniadania, Teufelsbürst, który był już wychodził na dwór, oznajmił, że wokół domu, na tyłach i w ogrodzie, widział na śniegu dziwne ślady. Dodał też, że, ponieważ nie sposób się tam przedostać inaczej, jego zdaniem ślady muszą się znajdować również na dachach. Słowom tym towarzyszył zły błysk w oku i Lilith uważała, iż ojciec po raz kolejny próbuje wytrzymałość nerwów swojego ucznia. Malarz z naciskiem podkreślał, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się widzieć podobnych śladów. Karl opowiedział o swoich nocnych przejściach, na co Teufelsbürst przybrał jeszcze bardziej poważny i ponury wyraz twarzy i oznajmił im, że zamieć, która naniosła zaspy wciąż pokrywające ziemię wokół domu, rozpętała się dokładnie w tej chwili, kiedy umarł ich sąsiad i ustała nagle po jego pogrzebie, chociaż przez cały czas trwania obrzędu szalała z tak nieopisaną furią, że "ciało na ludziach się trzęsło, a zęby szczękały wewnątrz głowy". Karl istotnie słyszał, że w tych dniach zmarł i został pochowany niejaki John Kuntz, bogaty i szanowany człowiek, członek rady miejskiej, uwielbiający konie. Wiedział też, że ów Kuntz zmarł na skutek kopnięcia, jakie otrzymał od jednego ze swoich wierzchowców, kiedy oglądał mu kopyto. Nie znał jednak innych szczegółów: że tuż przed śmiercią nieszczęśnika do alkowy, w której leżał, "wdarł się, otworzywszy sobie drzwi pazurami, czarny kot, który zaczął drapać mu twarz i poduszkę, jak gdyby ze wszystkich sił starał się usunąć go z tego miejsca. Kot później zniknął i zaraz potem biedak wydał ostatnie tchnienie".
   Tak prawił Teufelsbürst, powtarzając krążące po mieście plotki. Lilith słuchała tego blada i przerażona, być może dlatego, że były to jedyne wiadomości, jakie malarz znosił do domu. Nie żeby nie było innych tematów plotek: Teufelsbürst wysłuchiwał wszystkiego, co mówiono w mieście, lecz nie powtarzał później niczego prócz rzeczy tyczących tej jednej sprawy. W istocie bowiem on sam, mimo swego filozoficznego nastawienia, nie mógł się oprzeć zarazie strachu, która dosłownie szalała po mieście. Pogłoski, że on sam zaprzedał był duszę diabłu z pewnością znajdowały wystarczającą pożywkę w jego nieczystym sumieniu, by spotęgować jeszcze wpływ tej choroby.
   Zmarły Kuntz zdawał się nawiedzać całą okolicę, aż w końcu rzadko kto, czy to mężczyzna czy niewiasta, odważał się zostawać sam. Kuntz dusił staruszków, znieważał kobiety, ściskał na śmierć dzieci, zabijał psy roztrzaskując im głowy o bruk, wykopywał słupy, zamieniał mleko w krew, zdarzyło się, że niemal przyprawił o śmierć pewnego zacnego księdza, kiedy chuchnął nań z bliska chorobliwym tchnieniem mogiły, zimnym, złowrogim i odrażającym - mówiąc krótko, sprawił, że całe miasto szalało ze strachu i każdą podobną wieść przyjmowano na wiarę i bez najmniejszej wątpliwości uznawano za pewną.
   Nawet kiedy Teufelsbürst przestał znosić do domu plotki, ich niezawodnym dostawcą stała się stara służąca. Kilkakrotnie w nocy śniła koszmary i z nieukrywaną dumą dorzuciła je do kolekcji strachów, którą radośnie i iście po bratersku dzieliło się całe miasto.
   Okolice te bowiem nie były odległe od ojczyzny wampirów. Wiara w wampiry zaś jest kwintesencją i ucieleśnieniem specyficznego pragnienia strachu, powszechnego na Węgrzech i w sąsiednich krajach. Ludzka wyobraźnia nie stworzyła niczego, co wzbudzałoby równie doskonały lęk. Lilith i Karl wyrośli wśród tych wyobrażeń i znali je doskonale. Nie trzeba było im wyjaśniać, że wampir to ciało zmarłego, utrzymujące w sobie, po odejściu duszy, rodzaj zwierzęcego życia. Jeśli pomiędzy duchem a tym ciałem utrzymywała się jakakolwiek więź, to tylko po to, by zakłócać jego spoczynek w mogile. W ciele zostawało tyle sił żywotnych, by zachować je od rozkładu i zapewnić mu swobodę ruchów, lecz wyłącznym pragnieniem wampira był ślepy głód każący mu szukać jedynego pożywienia, które mogło podtrzymać jego okropną egzystencję - żywej ludzkiej krwi. Ciało - a może raczej na jego na wpół materialna esencja czy ekshalacja, zachowująca dawną formę i wygląd - wypełzało z grobu i błąkało się, póki nie napotkało kogoś pogrążonego we śnie, do kogo czuło dziwny pociąg - pozostałość przeszłego uczucia. Wampir wysysał wtedy z takiego nieszczęśnika krew i wchłaniał tak wiele jego sił żywotnych, ile tylko mógł przyswoić. Ofiara najczęściej później umierała. Jeżeli podejrzenia okazywały się słuszne i otwarto potem właściwy grób, znajdowano ciało wampira bez śladów rozkładu, gładkie i rześkie, a czasem nawet we wręcz kwitnącym stanie: z wyrośniętymi włosami, wpół otwartymi oczyma i plamami świeżej krwi wokół żarłocznych, rozwartych jak u pijawki ust. Jedynym wyjściem było wtedy spalić ciało na popiół, a wtedy wampir więcej już się nie zjawiał. Najstraszliwsze jednak było to, że ktokolwiek zmarł ukąszony przez wampira, czy to pomarszczony staruszek czy delikatna panienka, sam po śmierci wstawał z grobu i błąkał się po świecie, by z kolei wysysać krew ze swych najbliższych i najbardziej kochanych. Takie właśnie było pochodzenie wampirów. Lilith drżała na sama wzmiankę o nich. Lottchen był zbyt zakochany, by bać się czegokolwiek. Malarz, zazwyczaj zatwardziały niedowiarek, bał się wyraźnie i właśnie to, w połączeniu z wpływem, jaki na młodzieńca wywierał przyjmowany bezwiednie eliksir, rozbudzało wyobraźnię Karla i sprawiało, że jeśli nie myślał akurat o Lilith, myślał o wampirach.
   W domu malarza życie toczyło się tymczasem dla niego zwykłym trybem - praca od rana do wieczora, żadnej możliwości porozumienia z Lilith, wieczorem obiad i szklanka wina, po pracy cicha lektura z ukradkowymi spojrzeniami znad książki - spojrzeniami, które nigdy nie były odwzajemniane, rzucone zimnym głosem "dobranoc", szczęk zamykanych drzwi, bezsenna noc i senny poranek. W końcu jednak nadeszła zmiana - i to wcześniej niż ktokolwiek mógł oczekiwać. Czy to bowiem niecierpliwość popchnęła Teufelsbürsta do bardziej jeszcze niebezpiecznych eksperymentów, czy też ciągłe i długotrwałe stosowanie tych środków, których używał od dawna przemogło wreszcie żywotność Karla - dość, że pewnego popołudnia, kiedy młodzieniec pracował nad swoim rysunkiem, osunął się nagle z krzesła, a kiedy zaniepokojony mistrz podbiegł do niego, znalazł go sztywnego i na pozór bez życia. Lilith nie było wówczas w pracowni. Trzeba przyznać, że Teufelsbürst użył wszystkich swych umiejętności (które, aczkolwiek opanowane w mistrzowskim stopniu, nie na wiele mogły się przydać w jakimś dobrym celu) aby ocucić młodzieńca, bez skutku jednak. W końcu, słysząc kroki Lilith, porzucił te usiłowania w obawie, że córka może przerazić się i uciec, jeśli zobaczy trupa w miejscu, gdzie zwykła była widzieć żywego człowieka. Usunął zatem spod płachty manekin, na jego miejsce położył Karla i przykrył go czarnym kocem. Zdążył w ostatniej chwili. Lilith wszedłszy zatrzymała się zdumiona, patrząc na puste miejsce, które zwykle zajmował Karl.
- Gdzie jest twój uczeń, ojcze? - spytała.
- Wrócił do domu - odparł Teufelsbürst wykrzywiając twarz w konwulsyjnym uśmiechu.
   Potoczyła wzrokiem po pokoju i dostrzegła wyjętego manekina; zauważyła też, że mimo to płachta nadal coś przykrywa. Jej oczy rozszerzyły się, aż białka objęły całe tęczówki i Teufelsbürst dojrzał nowy wyraz niepokoju i wzburzenia tam, gdzie wcale ujrzeć go nie pragnął. Potem bez słowa Lilith usiadła, aby pozować do rysunku, nad którym pracowali od poprzedniego dnia. Ojciec rzucał na nią ukradkowe spojrzenia, tak jak przedtem Wolkenlicht, i niemal wbrew woli dostrzegł jej przerażającą bladość. Nic innego nie zdradzało w niej jednak zmieszania. Kiedy ojciec oświadczył, że nie będzie mu już więcej potrzebna, wyszła z pracowni, rzuciwszy przechodząc jedno jeszcze spojrzenie na przykrytą kocem postać. Pośpieszyła do swego pokoju, zamknęła drzwi, usiadła na skraju ławy i pogrążyła się - nie, nie we łzach, a w myślach. Czy on umarł? I czy to ma znaczenie? Wkrótce wszyscy tutaj umrą. Jej matka już umarła. Widać ziemia nie może zrodzić więcej dzieci, jeśli przedtem nie pożre tych, którym już dała życie. A jeśli przeznaczeniem ludzi jest powrócić potem w innym ciele i przeżyć jeszcze jedno smutne, beznadziejne, pozbawione miłości życie? Lilith pytała i pytała, lecz nie otrzymywała odpowiedzi. We wszystkich jej myślach przeplatał się jednak i powracał jeden obraz: oczu Wolkenlichta, w które nigdy nie patrzyła, lecz których spojrzenie tak często czuła na sobie, pełne szaleństwa zrodzonego z tłumionej tęsknoty, ze światłem miłości przebłyskującym przez zasłonę łez - łez, które nieustannie wzbierały mu w oczach, lecz nigdy z nich nie płynęły. Potem z mgieł jej marzeń wyłoniła się z wolna jego blada twarz, tak pełna uwielbienia, lecz zarazem tak odległa, zamknięta w swym poświęceniu. Zniknęła, a ona próbowała ujrzeć ją znowu. Nie zjawiała się na wezwanie, lecz gdy myśl Lilith nieustannie pukała i kołatała do drzwi skrywających rzeczy zagubione, i gdy wreszcie potem oddaliła się i uleciała, nagle znów ta blada, stroskana, milcząca twarz wychynęła z jakiegoś nieznanego zakątka w krainie jej fantazji - i raz jeszcze, gdy Lilith chciała utrwalić ją i mieć na stałe przed oczyma, rozpłynęła się we mgle. Widmo umarłego przysuwało się więc bliżej i zalecało się śmielej niż kiedykolwiek odważył się uczynić to żywy. A jeśli w miłości tkwi jednak jakieś dobro? Jeśli mężczyźni i kobiety nie umierają całkiem, lecz jakiś ich niewyraźny cień, taki jak ta blada, zjawiona w umyśle postać Wolkenlichta, unosi się w wiecznych oparach chaosu? A może ścieżki takich cieni czasami się przecinają, może te zjawy spotykają się ze sobą, wiedzą o tym, i kochają się nadal? Czy coś takiego nie mogłoby ożywić zetlałej pamięci, wlać ulotnego ducha w formę, dać jakieś schronienie, a może nawet ciało, tym nieszczęsnym, bezdomnym wędrowcom, marznącym w wiecznym chłodzie, istotom już nie myślącym, lecz będącym myślami błąkającymi się w umyśle "Kosmicznego Smutku"? Wraz tą myślą przed jej oczyma zjawiła się twarz umarłego Karla. Lilith rzuciła się na łóżko i zalała gorzkimi łzami. Gdyby żył, mogłaby go kochać; kochała go, ponieważ umarł. Lecz nawet pośród wyrzutów sumienia, które ją teraz ogarnęły - czyż bowiem to nie ona go zabiła? - życie zdawało się mniej ciężkie i pozbawione nadziei niż jeszcze chwilę temu. Gdyż to sama miłość, a nie jej odwzajemnienie czy owoce, daje duszy życie i radość.
   Dopiero po dwóch godzinach Lilith była w stanie pokazać się ojcu. Wiedziała, że uczucie, którego on nie podzielał i nie mógł podzielać, stworzyło między nimi nową barierę. Postanowiła jednak zejść i poszukać go, w przeciwnym razie bowiem on mógł zacząć rozglądać się za nią, a znalazłszy, nabrać podejrzeń co do jej myśli. W smutku jest bowiem coś z panieńskiego wstydu, który każe szczelnie skrywać się pod szatą.
   Ojca jednak nigdzie nie było ani śladu, a drzwi pracowni zamknięto na głucho. Lilith wstrząsnął dreszcz, gdy pomyślała, co też może on, nigdy nie tracący okazji, by pogłębiać i doskonalić znajomość kształtów i budowy ludzkiego ciała, czynić ze zmarłym, który - wiedziała to dobrze - leżał przykryty kocem, lecz jednocześnie powstał, by nawiedzać puste komnaty i jaskinie jej żywego umysłu. Biegiem wróciła raz jeszcze, poprzez pogrążony w ciemnościach dom, do swego cichego pokoju, rzuciła się na łóżko i leżała niemal sparaliżowana przez strach i rozterkę.
   Teufelsbürst nie zajmował się czymś tak przerażającym, jak przypuszczała jego córka, choć jego zajęcie istotnie mogło budzić dreszcze. Wspominałem już, iż Wolkenlicht był świetnie zbudowany i stanowił tak idealne ucieleśnienie męskiej młodości, jakiego tylko mogłaby dostarczyć któraś ze starożytnych greckich republik, by rzeźbiarzowi dać model do posągu Apolla. Co prawda, w oczach greckiego artysty nie zyskałby większego uznania dzięki śladom, jakie pozostawiło na nim surowe życie przez ostatnie tygodnie, dla Teufelsbürsta jednak szczególnie pociągająca była właśnie ta bezwładność ciała, podkreślająca pięknie ukształtowane mięśnie, lecz zarazem wskazująca na przebyte cierpienia. Malarz przygotowywał się zatem do zrobienia odlewu ciała swego zmarłego ucznia, dzięki czemu jego przyszłe dzieła mogłyby stać się tym doskonalsze.
   Jako artysta znajdował głęboką przyjemność w kontemplowaniu tych kształtów, tak pięknych, silnych, a jednak z liniami cierpienia wyżłobionymi w każdym członku i w każdym rysie. Był pogrążony w tym właśnie zajęciu, gdy dłoń jego córki dotknęła klamki. Zadrżał, zarzucił na ciało koc i podszedł do drzwi. Lilith jednak zniknęła. Wrócił zatem do swego zajęcia, które zabrało mu wiele czasu, wykonywał bowiem wszystko nader starannie. Koło północy skończył pokrywać ciało szczelną warstwą gipsu, który po stwardnieniu należało rozciąć, a następnie złożyć razem obie części, by uzyskać formę do odlewu figury zmarłego Wolkenlichta. Zamierzał pokryć jeszcze wszystko dodatkową wzmacniającą warstwą, a następnie zostawić do rana, aby stwardniało, i właśnie zabierał się do nakładania gipsu, gdy nagle niemal oślepiła do błyskawica, tym bardziej jaskrawa, że odbita od leżącego za oknem śniegu. Po niej rozległ się przeciągły, dźwięczny grzmot, zerwał się wiatr i rozpętała się burza - dokładnie taka, jak po śmierci Kuntza, którego widmo wciąż nawiedzało miasto. Gnomy strachu, mieszkające w głębokich jaskiniach natury Teufelsbürsta, wyrwały się na powierzchnię i rozpoczęły swój radosny taniec. Drżącymi rękami malarz spróbował narzucić koc na ohydny kokon - nie trafił - i uciekł do swojego pokoju.
   Pracownia pozostała naga i pusta, wystawiona na spojrzenia błyskawic. W ciemności raz po raz migały zarysy torturowanych ciał, drżące i jak gdyby żywe w ciągłych rozbłyskach światła. Na ławie zaś leżał nieruchomo obły biały kształt, w błyskawicach jaśniejący błękitem - bardziej odrażający przez to, że w prymitywnym zarysie przypominał ludzką postać niż ze względu na to, co zawierał. Leżał tam, niby owoc z drzewa chaosu, sterany w śniegach wieczności - ogromny bezkształtny orzech, który w swej łupinie ukrywał ludzkie ciało. Wkrótce jednak błyskawica odsłoniłaby oczom patrzących - jeśli ktokolwiek patrzyłby na tę scenę - widok jeszcze straszniejszy. O północy, kiedy dźwięk grzmotu ginął w oddali, skorupa śmierci pękła, aż jej odłamki rozprysły się we wszystkie strony i postać Karla, równie blada jak gipsowa powłoka i patrząca na świat nieobecnymi oczyma, podniosła się z ławy.
   Gdyby Wolkenlicht nie był silniejszy od przeciętnego człowieka, nie zdołałby rozbić w ten sposób własnego grobowca. Gdyby też Teufelsbürst zdążył ukończyć pracę i nałożyć dodatkową warstwę gipsu, jak miał zamiar, młodzieniec umarłby wkrótce po odzyskaniu świadomości, chociaż, jak długo był pogrążony w letargu, nie wyrządziły mu szkody ani brak powietrza, ani całkowite unieruchomienie klatki piersiowej. Wszystkie zabiegi Teufelsbürsta przebył w stanie całkowitej nieświadomości, teraz jednak katalepsja minęła, być może pod wpływem elektrycznych wyładowań w powietrzu. Bardzo możliwe również, że jego siły na ten moment zostały zwielokrotnione dzięki konwulsyjnej reakcji budzących się władz ciała, jak to nieraz się zdarza w podobnych przypadkach nagłego obudzenia po utracie świadomości. Powrót do życia i rozsadzenie skorupy nastąpiły jednocześnie.
   Karl siedział i rozglądał się wokół. Ze wszystkich władz jego umysłu działała jedynie wyobraźnia, a żywe w niej jeszcze były myśli, które zajmowały młodzieńca w chwili, gdy upadł bez zmysłów. Dotyczyły one głównie uczucia do Lilith i rozmaitych przypuszczeń związanych z wampirem snującym się po okolicy, wszystko zaś przenikały jeszcze opary przyjmowanego narkotyku, wciąż unoszące się w jego mózgu. Te myśli i złudzenia zrodziły w nim przekonanie, że oto wyrwał się z trumny i powstał do życia jako najmłodszy z rasy wampirów. Poczuciu nieuchronności losu, jaki go czeka, towarzyszyło jednak lekkie dotknięcie radości: wiedział bowiem, że teraz musi udać się do Lilith. Z głębokim westchnieniem wyprostował się, podniósł czarny koc, zawinął się w niego, wstał z ławy i wyszedł w pracowni w poszukiwaniu ukochanej.
   W tym czasie Teufelsbürst przyszedł nieco do siebie, przynajmniej na tyle, by uświadomić sobie, że nie zamknął drzwi pracowni i jeśli ktokolwiek do niej zajrzy, odkryje, czym to się ostatnio zajmował. Jeśliby śmierć Karla miała spowodować jakieś dochodzenie, taki fakt mógł być bardzo obciążający. Wybrał się więc, aby wszystko zabezpieczyć i znajdował się właśnie na końcu długiego korytarza, wiodącego z mieszkania do pracowni, kiedy w drzwiach ukazał się Karl i zaczął zmierzać w jego stronę. Malarz, w nieprzezwyciężonym lęku, odwrócił się i uciekł. Widmo jednak nadal uparcie szło naprzód.
   Lilith po powrocie do swego pokoju rzuciła się jak przedtem na łóżko i płakała dopóki nie zmorzył jej pełen trosk sen. Spała zatem i śniła straszne sny. Zbudziła się nagle na dźwięk jednego z tych grzmotów, które chłoszczą wysokie sfery powietrza tak jak zwykła burza chłoszcze powierzchnię morza. Leżała z otwartymi oczami i nasłuchiwała. W pewnej chwili, kiedy burza już milkła w oddali, zdawało jej się, że usłyszała, zmieszany z jej ostatnimi stłumionymi pomrukami, jakiś głos - jakby jęk. Pełna najczystszego przerażenia, odwróciła głowę tak, żeby mieć widok na pokój, nie dostrzegła jednak niczego. Znowu wszelako do jej uszu dobiegło lekkie, długie westchnienie i w tym samym momencie błyskawica rozświetliła pokój. W kącie, najdalszym od jej łóżka, dostrzegła bladą twarz - i nic więcej. Przerażenie odebrało jej głos i możność ruchu. Znów zapadła głęboka ciemność, która zdawała się wsączać aż do samego jej umysłu. Lilith czuła jednak, że twarz zwolna przemierza czarną otchłań pokoju i przysuwa się ku niej. Następna błyskawica ukazała nachylającą się nad nią upiorną twarz Karla, ze śladami świeżych łez na policzkach. Resztę jego postaci skrywała ciemność. Lilith nie zemdlała, lecz zdawało się, że przy życiu trzyma ją tylko siła strachu. Strach stał się dla niej powietrzem, którym oddychała. Leżała drżąc i wpatrując się w ten punkt w ciemnościach, gdzie, jak sądziła, ciągle musiała znajdować się twarz Karla. Kolejna błyskawica ukazała jej jednak tę twarz znacznie dalej, zwróconą ku niej przez szpary okiennic.
   Lottchen bowiem, kiedy zobaczył Lilith, doświadczył czegoś w rodzaju drugiego przebudzenia. Widok jej twarzy obudził w nim wątpliwości, czy aby na pewno jest wampirem, raczej bowiem niż kąsać ją w ramię i wysysać krew miał ochotę rzucić jej się do nóg w niemym wyznaniu miłości. W następnej chwili zdał sobie sprawę, że jego obecność musi być dla niej co najmniej niepożądana. W jednym momencie zatem znalazł się przy oknie, które, jak wiedział, otwierało się na leżący poniżej daszek nad przejściem łączącym dwie części domu. Zanim błysnęło po raz kolejny, zdążył wyjść przez okno i zamknąć za sobą okiennice.
   Osądził, że z tej części domu będzie mógł się dostać do swojego pokoju, ruszył zatem wzdłuż dachu w kierunku, który uznał za najlepszy. Mroźne zimowe powietrze stopniowo całkowicie wróciło mu zmysły i wkrótce Karl zrozumiał, co się stało i w jakim znalazł się położeniu. Mijał właśnie jakieś okno, zerknął zatem do środka, by sprawdzić, czy to aby nie jego pokój. Tak ujrzał Teufelsbürsta, dźwigającego się właśnie z omdlenia, w które wpadł, kiedy po raz pierwszy ujrzał Karla. Księżyc świecił jasno i w jego blasku malarz ujrzał, ku swemu przerażeniu, bladą twarz tuż za oknem. Pewien, że tkwiła tam ona przez cały czas, kiedy on leżał bez przytomności, osunął się znowu w głębszym jeszcze omdleniu. Lottchen widział jego upadek i zaświtała mu myśl, że okrutny malarz bierze go za to, za co on sam siebie wziął tuż po przebudzeniu z transu - to znaczy za wampira powstałego ze zwłok zmarłego Karla Wolkenlichta. Pojąwszy to, natychmiast postanowił, o ile to będzie możliwe, podtrzymywać tę złudną opinię.
   Tymczasem nieświadomie dodawał nowe kąski do zupy lęków i strachów serwowanej następnego dnia po całym mieście. Poza oczyma Teufelsbürsta śledziły go bowiem oczy starej służącej - i nie one jedne. Cóż mogło bardziej przypominać wampira ciągnącego za sobą całun niż widok biednego, na wpół zamarzniętego Karla, pełznącego po dachu? Lottchen przypomniał sobie potem, że słyszał, jak przez całą tę noc ze wszystkich stron okropnie wyły psy, lecz ten szczegół nie był nawet niezbędny, by wszystkich, którzy widzieli biednego chłopca, przekonać, że mają przed sobą widmo Johna Kuntza, które nawiedzało wszak całe miasto, a szczególnie dom sąsiadujący z mieszkaniem malarza. W nim to bowiem mieszkał szacowny radny, zanim został zdegradowany do pożałowania godnego stanu włóczęgi bez grosza przy duszy. Co zaś nadzwyczajnie przyczyniało się do wzburzenia tych, którzy słyszeli całą tę awanturę, to budzące mdłości poczucie, że wszelkie drastyczne środki, przedsięwzięte, by uwolnić miasto od upiora, spełzły absolutnie na niczym, choć przecież w innych przypadkach sprawdzały się tak dobrze. Rożne paskudne ślady pojawiające się wokół grobu, którego nawet bliskość ołtarza nie uczyniła miejscem niezakłóconego odpoczynku, sprawiły bowiem, że mieszczanie otwarli grób i znaleźli w nim ciało we wszelkich szczegółach odpowiadające wyglądowi wampira. Wyciągnęli je zatem z mogiły, z niemałym trudem ze względu na jego wręcz nienaturalny ciężar (koń, który zabił nieszczęśnika, musiał być zatem wyjątkowo silnym zwierzęciem) i, ponieważ nie dawali rady zaciągnąć go daleko, pocięli je na kawałki i, rozpaliwszy ognisko z dwustu szesnastu sporych polan, zdołali wreszcie przezwyciężyć jego trudnopalność i obrócić je w popiół. Tak w każdym razie brzmiała opowieść, która dotarła do domu malarza i w którą wielu wierzyło. Jeśli zaś takie środki nie pomogły, by zapędzić uprzykrzonego nieboszczyka do spoczynku, co jeszcze można było zrobić?
   Karl dotarł do swojego pokoju i właśnie się ubierał, kiedy uderzyła go myśl, że można by jakoś wykorzystać tę historię o niezwykłej wadze ciała starego Kuntza. W ten sposób można by podtrzymać iluzję, której uległ Teufelsbürst, choć w jakim celu należałoby to czynić, Lottchen nie miał jeszcze pojęcia. Był jednak przekonany, że jak długo nie pozostawałby w domu malarza, i tak nie poczyni żadnych postępów i że miałby większą szansę zdobycia uczucia Lilith, gdyby spotykał ją w jakichkolwiek innych okolicznościach niż w tych, w których do tej pory zawsze ją widywał - to znaczy w sferze wpływów ojca i pod czujnym spojrzeniem jego zimnych, niebieskich oczu.
   Skoro tylko się ubrał, zszedł do pracowni, po odejściu burzy pogrążonej w ciszy i napełnionej spokojnym blaskiem księżyca. W kącie poniewierały się odłamki formy, którą ukształtował był własnym ciałem i jakiś czas temu jeszcze wypełniał. Obok stały, używane przez malarza, worek z gipsem i wiadro wody.
   Lottchen zebrał wszystkie kawałki, a potem wyszedł na podwórze, gdzie kiedyś dostrzegł stertę różnych gratów i odpadków. Wybrał z ich stosu ile tylko zdołał starego żelastwa i innych metalowych rupieci. Dodał do tego kilka sporych kamieni z ogrodu. Zaniósł wszystko do pracowni i zamknął drzwi, a potem zaczął składać i naprawiać formę, napełniając ją przy tym najcięższymi rzeczami, jakie tylko mógł w niej zmieścić. Całość mocował wlewając do środka gips. Kiedy skończył i, najlepiej jak było można, zamaskował miejsca spojenia, zostawił formę do stwardnienia, pewien, że taki widok wywrze spore wrażenie zarówno na wyobraźni Teufelsbürsta jak i na jego kondycji. Usunął potem, na ile mógł, ślady własnej działalności i, ponieważ znał wszystkie wyjścia z domu, wkrótce całkowicie niepostrzeżenie zdołał wydostać się na ulicę.
   Po niedługim czasie znalazł się przed domem, w którym mieszkał jego przyjaciel Höllenrachen. Znając jego żakowskie zwyczaje, Karl spodziewał się ujrzeć u niego światło. Nie zawiódł się. Zdołał przywabić go do okna i w minutę później drzwi się uchyliły.
- Ejże, Lottchen, skąd to cię przyniosło?
- Z grobu, Heinrichu, a przynajmniej z jego bliskiego sąsiedztwa.
- Chodź do środka i gadaj o wszystkim. Byliśmy pewni, że ten stary pacykarz zrobił sobie z ciebie model i zamęczył cię na śmierć.
- Być może wcale nie byliście tak daleko od prawdy. Ale daj mi kufel piwa, bo wiesz, nawet wampiry bywają spragnione.
- Wampiry! - wykrzyknął Heinrich, dając krok do tyłu i mimowolnie przybierając obronną pozę.
Karl zaśmiał się.
- No, stary, przecież moja ręka była ciepła, prawda? A wampiry wszystko mają zimne oprócz krwi.
- Głupiec ze mnie - zgodził się Heinrich. - Ale ostatnio słyszy się tyle potworności, że chyba można wybaczyć człowiekowi, jeśli odczuje lekki dreszcz na widok bladej zjawy, która o drugiej nad ranem oświadcza, że jest wampirem, i to spragnionym.
   Karl opowiedział mu całą historię, a ponieważ musiał w tym celu sam sobie uporządkować ją w głowie, dojrzał jasno, jakiej to kuracji był, nie mając o tym pojęcia, obiektem. Heinrich był pewien, że podejrzenia Karla są całkiem słuszne. Pozostawało jednak pytanie, co należy czynić dalej?
- W każdym razie - rzekł Heinrich - musimy cię na jakiś czas usunąć z pola widzenia. Powiem mojej gospodyni, że ukrywasz się przed wrogami, i może czułe serce powstrzyma jej język. Na pewno pozwoli ci zamieszkać na poddaszu, a ja postaram się dotrzymać ci towarzystwa. Wtedy będziemy mieć czas, żeby ułożyć jakiś plan działania.
   Karl przyjął tę propozycję i dziękował za nią serdecznie, wkrótce też wszystko urządzono tak, jak przedstawił to Heinrich. Jedyny wniosek jednak, do jakiego udało im się dojść, to że staremu malarzowi trzeba dać w jakiś sposób nauczkę.
   Co zaś tymczasem działo się z Lilith? Ona również nie miała wątpliwości, że widziała powstałe z grobu ciało biednego Karla i że wampir, zgodnie z zasadami, złożył jej pierwszej wizytę, ponieważ ją kochał najbardziej. Byłoby to dość straszliwe zdarzenie, jeśli wampir nie miałby nic wspólnego z osobą, którą był za życia. Lecz jeśli upiór w jakimś sensie był Karlem, ten fakt mógł wskazywać, że ludzka egzystencja nie kończy się tak drastycznie, jak uczył ją ojciec. Jeżeli miłość, chociażby trochę przypominająca miłość jej matki, nadal trwała po śmierci, nawet w połączeniu obyczajami wampira, było to w każdym razie coś, w czym można było pokładać nadzieje na przyszłość. Ponadto, chociaż upiór złożył jej wizytę, nie pozbawił jej - a przynajmniej wcale tego nie odczuła - ani kropli krwi. Nie była całkowicie pewna, czy ją ugryzł czy nie, bo znajdowała się wówczas w takim pomieszaniu myśli, że mogła wcale tego nie odczuć, wierzyła jednak, że powściągnął impulsy swej wampirzej natury i uciekł tak szybko, ponieważ bał się, że instynkt weźmie nad nim górę.
   Lilith zapadła w głęboki sen, a kiedy zbudziła się rankiem, stwierdziła, ze nigdzie na ciele nie ma trójkątnego, przypominającego znak po przystawieniu pijawki, śladu po ukąszeniu. Czy uwierzycie, że w chwilę po tym, kiedy odetchnęła z ulgą, poczuła okropną zazdrość, że Karl poszedł ugryźć kogoś innego? Większość ludzi uznałaby, że dziewczyna oszalała. Przyznacie jednak, jest znacząca różnica między odwiedzinami wampira a odwiedzinami mężczyzny, którego zaczyna się kochać, nawet jeśli bierze się go za wampira. I różnica ta nie leży w nazwie. Są to po prostu dwa całkowicie różne fakty, więc i ich skutki muszą być w każdym przypadku inne.
   Teufelsbürst tego ranka zszedł do pracowni skradając się jak morderca. Ohydna biała bryła leżała na pozór dokładnie tak samo jak ją zostawił. Co miał z nią zrobić? Nie miał śmiałości jej otworzyć. Model i forma powinny zniknąć razem. Gdzie jednak można było je schować? Jeśli prowadzono by śledztwo w sprawie śmierci Wolkenlichta i coś takiego odkryto by na terenie posiadłości malarza - czyż nie wystarczyłoby to, by posłać go na szubienicę? Zbyt ryzykowne zatem byłoby zakopać tę rzecz w ogrodzie czy ukryć w piwnicy.
   "Poza tym" - pomyślał malarz, i aż ciarki go przeszły - "w ten sposób zaprosilibyśmy do siebie wampira na stałe". W jego myśli z nową intensywnością odżyły wszystkie koszmary ubiegłej nocy. Jak to by było, gdyby odtąd codziennie po zmroku po domu snuł się zmarły Karl - to w środku, to na zewnątrz, to siedząc na schodach, to zaglądając przez okno?
   Można było zaciągnąć formę do najniżej położonej części ogrodu, dochodzącego aż do brzegów Wełtawy, i rzucić ją do rzeki, wtedy jednak, gdyby upiór nadal sprawiał kłopoty, nie dałoby się łatwo wydostać ciała, żeby je spalić. Z pewnością zaś nie mógłby dokonać tego sam malarz, bez ryzyka, że ktoś go ktoś go przy tym zajęciu podejrzy. Z drugiej strony, jeśli zjawa nie okazałaby się mimo wszystko wampirem, a zwyczajnym, szanującym się duchem, można by znieść jego obecność aż do czasu, kiedy znudziłoby mu się straszenie.
   Teufelsbürst, zdając sobie sprawę, że musi coś zrobić, zanim jego córka zejdzie na dół, postanowił w końcu przechować ciało przez pewien czas w domu, w ukrytej piwnicy. Jego obawy znacznie wzrosły, kiedy, zabrawszy się do przesuwania formy, odkrył jak wiele przybyło jej na wadze. Musiał zatem porzucić nadzieję, że widmo nie okaże się wampirem. Ledwo był w stanie ruszyć formę z miejsca, a nie miał nikogo, kogo mógłby zawołać do pomocy, poza starą służącą, pełniącą też rolę gospodyni. Poszedł do jej pokoju, obudził ją i opowiedział całą historię. Staruszka była bardzo przywiązana do swego pana, a poza tym przyzwyczaiła się do różnych okropności i nie była zbyt strachliwa, toteż natychmiast okazała pełną gotowość do pomocy. Nawet we dwójkę nie mogli jednak unieść ciężaru. Mogli tylko ciągnąć go i pchać, a taka robota szła im bardzo powoli. Nie mieli zatem czasu, żeby usunąć ślady i kiedy Lilith zeszła na dół, zobaczyła szeroką białą smugę prowadzącą od drzwi pracowni do piwnicy. Od razu pojęła, co to oznacza, lecz nie rzekła ani słowa i wydawało się, że imię Karla Wolkenlichta przepadło w zapomnieniu.
   Lecz czyż jest możliwe, żeby życie toczyło się jak zwykle w domu, gdzie każdy wiedział o trupie leżącym w piwnicy? Więcej nawet - leżącym martwo i spokojnie za dnia, lecz na wpół żywym w nocy, swoją obecnością cały dom zamieniającym w grobowiec, skradającym się jak kot w ciemnościach - być może nawet z fosforyzującymi oczami? Nic dziwnego zatem, że malarz tego dnia wcześnie opuścił pracownię i że ledwo zaczął zapadać zmierzch, cała trójka zebrała się w luksusowo urządzonym pokoju, którego obraz już zdążyłem wam zarysować.
   Teufelsbürst doświadczał całkiem nowego uczucia: wzdragał się na widok potwornych twarzy na obrazach i płody jego własnych spaczonych myśli zaczęły napełniać go odrazą. Wkrótce on i stara służąca byli w stanie czuć tylko jedno: rosnący strach przed zbliżającą się nocą, budzącą mdłości, paraliżującą zgrozę. Ta rzecz schowana na dole nie będzie leżeć spokojnie - a już na pewno nie spocznie widmo zagrzebane w piwnicach ich własnej wyobraźni. Starali się jak tylko mogli nie budzić podejrzeń Llith, która wiedziała o wszystkim, lecz milczała. Jej myśli jednak znajdowały się w dziwnym stanie podniecenia - wynikającego częściowo z całkiem dla niej nowego uczucia miłości. To zaś sprawiało jej przyjemność, która nie zepsuła się nawet w zgniłej atmosferze smutku. Uczucie dawało jej pociechę, taką, jaką może znajdować dziecko, kiedy nie ma przy sobie ojca.
   Nadszedł czas, żeby udać się do łóżek, lecz nikt nie ruszył się z miejsca. Wszyscy troje, nie zamieniwszy między sobą ani słowa, pozostali razem przez całą noc. Starsi kiwali się sennie i od czasu do czasu zapadali w drzemkę, Lilith zaś przespała się na ławie. Być może przez całą noc snuł się po domu cień śmierci, ich jednak w każdym razie nie męczył. Niczego nie słyszeli ani nie widzieli, a kiedy nadszedł świt, rozeszli się na spoczynek do swoich pokojów, zdrętwiali i otępiali do tego stopnia, że chwilowo nie byli nawet w stanie bać się. Zostali zatem każde u siebie i nic nie mąciło im spokoju.
   Kiedy jednak po kilku godzinach malarz, z powodu nocnych strachów bledszy i bardziej znużony niż zazwyczaj, podszedł do swoich sztalug, znowu czekała nań niespodzianka. Obraz, nad którym pracował, przedstawiał nowe ujęcie jego ulubionego tematu. Widniał na nim biedny Wolkenlicht, który właśnie zaczynał odzyskiwać przytomność, zaś grupa chirurgów, nie widząc oznak jego powrotu do życia, była pochłonięta wykonywaniem drobiazgowej sekcji jego członków. W otwartych drzwiach Teufelsbürst namalował przechodzącą Lilith, z twarzą ukrytą w bukiecie pachnącego groszku.
   Kiedy teraz podszedł do obrazu, ku swemu zdumieniu i przerażeniu odkrył, że twarz jednego z chirurgów zwraca się ku pacjentowi i widać na niej demoniczną radość z jego powrotu do zmysłów. Fakt ten postać najwidoczniej starała się ukryć przed innymi na obrazie. Oblicze tego księcia katów było obliczem samego Teufelsbürsta. Postać Lilith zniknęła całkowicie, a na jej miejscu stało mgliste, wampirze odbicie ciała rozciągniętego na stole. Wampir chciwe wpatrywał się w zebraną kompanię. Drżącymi rękami malarz zdjął obraz ze sztalug i odwrócił przodem do ściany.
   Oczywiście, poprawki na obrazie były dziełem Karla. Wychodząc z domu, zabrał on ze sobą klucz do małych, rzadko używanych drzwiczek. Wiedział, że póki będą one zamknięte, nikt, choćby i przez miesiąc, nie dostrzeże braku klucza. Obserwując okna, wybrał bezpieczną porę, aby wejść do środka i pracował ciężko przez całą noc domalowując zmiany. Teufelsbürst był przekonany, że są one dziełem wampira, nie ośmielił się zatem ich zmazać i zostawił obraz nietknięty.
   Następna noc minęła podobnie. W sercach kobiet, które nie wiedziały, co zaszło w pracowni, lęk zaczął przycichać. Z tym większą siłą strach drążył jednak wnętrzności Teufelsbürsta. Noc upłynęła w spokoju i stara służąca zaczęła na własną rękę snuć plany, jakby tu najlepiej pozbyć się ciała, które najwyraźniej nie zamierzało sprawiać żadnych kłopotów.
   Rankiem malarz, który z drżeniem w sercu wszedł do pracowni, odkrył, że na wszystkich obrazach została zamalowana piękna postać Lilith. Tego już nie dało się ukryć i zarówno jego córka jak i stara służąca dowiedziały się, że o ile resztę domu wampir zostawił w spokoju, o tyle pracownia zdecydowanie stała się nawiedzonym miejscem.
   Karl opowiadał wszystko o płatanych przez siebie żartach Heinrichowi, a ten błagał, aby następnej nocy mógł dotrzymać mu towarzystwa. Lottchen zgodził się, uważając, że bardzo miło będzie mieć kompanię. Zabrali zatem ze sobą kilka butelek wina i coś do jedzenia i przed północą zakradli się do pracowni. Przez pewien czas siedzieli cicho, bo zdawali sobie sprawę, że, gdyby ich ktoś zobaczył, dwa wampiry nie są tak przerażające jak jeden i wszystko mogłoby się wydać. W końcu jednak Heinrich miał tego dosyć.
- Lottchen, chodź, rozejrzymy się i poszukamy twoich zwłok. Jak myślisz, co stary z nimi zrobił?
- Chyba się domyślam. Czekaj, wyjrzę na korytarz. Dobra, chodźmy.
   Przyświecając sobie lampą, Karl zaprowadził kolegę do piwnicy. Po krótkich poszukiwaniach znaleźli gipsową formę.
- Okropnie wygląda - oświadczył Heinrich. - Ale myślę, że kropelka wina wyjdzie mu na zdrowie.
   Wyjął z kieszeni butelkę, odbił jej szyjkę i z jedną trzecią zawartości rozchlapał po całej powierzchni gipsu. Wino było czerwone, efekt był zatem dokładnie taki, o jaki chodziło.
- Jeśli złożą mu wizytę, pomyślą, że wampir znalazł sobie pożywienie zgodnie ze swoimi upodobaniami.
W kącie za formą znaleźli stare ubranie Karla.
- No, no - powiedział Heinrich. - Już my zrobimy z tego dobry użytek.
Zabrali je zatem do pracowni. Tam Höllenrachen wyciągnął manekina.
- Co chcesz zrobić?
- Stracha na wróble, który utrzyma starego Diabła z dala od jego obrazów - odpowiedział Heinrich przyodziewając kukłę w ubranie Karla. Usadził ją następnie przy sztalugach tyłem do drzwi, tak żeby była pierwszą rzeczą, na którą po wejściu padnie wzrok malarza. Karl miał zamiar usunąć ją przed wyjściem, było to bowiem zbyt komiczne i nie pasowało do reszty jego przedsięwzięć. Skoro jednak z Heinrichem zabrali się do kolacji i osuszyli resztę butelek, nabrali ochoty, żeby pójść do łóżka. Zwinęli zatem manatki i wrócili do domu, a Karl zapomniał o manekinie, zostawiając go przed sztalugami, nieruchomego i pogrążonego w pracy przez całą noc.
Teufelsbürst, skoro go zobaczył, odwrócił się i uciekł, sprowadzając krzykiem na pomoc córkę. Niemal wpadł na nią i jedynym, co zdołał wykrztusić, było:
- Wampir! Wampir! Maluje!
   O wiele odważniejsza od niego, ponieważ jej sumienie było czyste, Lilith udała się do pracowni. Ona również cofnęła się o krok dostrzegłszy kukłę, lecz zarazem, sądząc, że ma przed sobą odwróconego tyłem Karla, zapragnęła spojrzeć mu w twarz. Przekradając się przy ścianie, zaczęła obchodzić go naokoło. Postać pozostawała nieruchoma. Wreszcie spojrzała jej w twarz - i w dziwny sposób wstrząsnęła nią jej odrażająca sztuczność. Potem uderzyła ją absurdalność całego widoku, a wraz z tym zaświtało przekonanie, że takie przedstawienie nie może być dziełem wampira, bo ze wszystkich stworzeń pod słońcem czy księżycem, jego najtrudniej byłoby posądzić o posiadanie poczucia humoru. Nagle zbudziła się w niej szalona nadzieja, że Karl żyje. W jednej chwili postanowiła, że całym sercem uwierzy nadziei.
   Zamknęła drzwi. Nowa nadzieja dodała jej sił. Rozebrała manekina, odstawiła go na miejsce, schowała ubranie - a wszystko to zabrało jej ledwie parę minut. Potem, zobaczywszy, że ojciec ochłonął już z najgorszego strachu, powiedziała mu, że w pracowni nie ma niczego, poza tym, co być w niej powinno i przekonała go, by sam zszedł i się o tym przekonał. Teufelsbürst istotnie nie znalazł nikogo nieproszonego, przekonał się też, że tym razem nikt nie pozwolił sobie na niestosowne figle względem jego obrazów. Pokrzepiony na duchu, zaczął sam siebie przekonywać, że zjawa była płodem jego własnego dręczonego koszmarami mózgu. Nie miał jednak nastroju do malowania. Błąkał się po całym domu, sam coraz bardziej przypominając umęczonego ducha.
   Z nadejściem nocy Lilith udała się do swego pokoju. Malarz i jego stara pomocnica nie poszli jednak za jej przykładem. W domostwie znów zaczęły wzbierać wody strachu.
   Kiedy tylko w domu zapadła cisza, Lilith cichutko prześliznęła się po schodach, zeszła do pracowni, gdzie z całą pewnością nie było wampira, i ukryła się w kącie.
   Tak porządny student jak Heinrich nie mógł często odrywać się od pracy, a zatem tym razem nie wprosił się do towarzystwa Karla. Lottchen zresztą, niepewny, jakie skutki mogło pociągnąć za sobą zostawienie stracha na wróble, zdecydowanie wolał iść sam.
   Lilith, czekając, co przyniesie noc, przypominała sobie wszystkie zdarzenia i nabrała pewności, że wszelkie sztuczki były dziełem żywego Karla, a nie wampira. Nie upłynęło więcej niż kilka chwil, a była tego zupełnie pewna. Za parawanem, gdzie się schowała, wisiał jeden z obrazów, na których przedwczorajszej nocy zamalowano jej postać. Lilith zabrała ze sobą lampę i miała zamiar ją odsłonić, kiedy tylko usłyszy podejrzane odgłosy, ale ponieważ wampir się spóźniał, dla zabicia czasu zaczęła dokładnie oglądać obraz, przy którym siedziała. Wystarczyło, że rzuciła na niego okiem, a potem pośliniła koniec palca i zaczęła ścierać czarną powłokę. To tylko potwierdziło jej podejrzenia: nie była to bowiem farba, a zmywalne czernidło. To odkrycie wprawiło ją w doskonały humor.
- Zobaczymy - rzekła do siebie - czy nie zdołam dorównać w tej grze Karlowi Wolkenlichtowi.
   W składziku za pokojem wisiała kolekcja kostiumów, w których przy różnych okazjach pozowała ojcu. Wśród nich znajdowała się obszerna biała draperia, którą łatwo dało się upiąć tak jak całun. Odrobina kredy sprawiła, że Lilith wkrótce nabrała iście upiornego wyglądu. Umieściła lampę na podłodze za parawanem, a z góry nakryła ją krzesłem, tak żeby światło nie padało na boki i zaczęła czekać na pojawienie się wampira.
   Nie musiała czekać długo. Wkrótce usłyszała, jak drzwi się uchylają. Serce biło jej mocno, nie ze strachu, że mimo wszystko zjawi się upiór, ale z nadziei, że zobaczy Karla. Ujrzeć go ponownie - to zdawało się zbyt wielką radością. Jakże będzie się starała wynagrodzić mu całą swoją poprzednią oziębłość! Ale czy jemu jeszcze na niej zależy? Może już całkiem wyleczył się z tęsknoty i nie pragnie jej twardego serca? Wyjrzała ostrożnie zza osłony. Tak, to był on, tak przystojny jak zawsze. Patrzył na to, czego dokonała na obrazie i wyraz jego twarzy wystarczył, by Lilith wiedziała, ze nadal ją kocha. Gdyby tego nie dostrzegła, nie odważyłaby się wyjść z ukrycia.
   Wziąwszy lampę do ręki, weszła na krzesło i wyjrzała znad parawanu, podświetlając swoją twarz od dołu. Lekkim szmerem zwróciła uwagę Karla. Obejrzał się, zmieszany i ujrzał zawieszoną w powietrzu twarz Lilith. Wydał zduszony okrzyk i rzucił się na kolana, wyciągając ku niej ramiona.
- Zabiłem ją! Zabiłem! - jęknął.
   Lilith zeszła z krzesła i cicho zbliżyła się do niego. Nie poruszył się. Podeszła jeszcze bliżej.
- Czyś ty jest Karl Wolkenlicht? - spytała.
Wargi mu drgnęły, lecz nie wymówił ani słowa.
- Jeśli jesteś wampirem, ja jestem duchem - zaczęła, ale pełen szczęścia śmiech nie pozwolił jej dokończyć zdania.
   Karl zerwał się na równe nogi. Śmiech Lilith przeszedł w łkanie i w następnej chwili duch znalazł się w ramionach wampira.
   Lilith nie miała pojęcia, jaką krzywdę jej ojciec wyrządził Karlowi, a on, chociaż patrząc z perspektywy czasu nie miał wątpliwości, że malarz podawał mu narkotyk, nie chciał przyczyniać jej bólu dzieląc się tym przypuszczeniem. Lilith jednak bała się gniewu i nienawiści ojca, kiedy ten przekona się, że jego lęk był bezpodstawny. Karl również obawiał się, że nie będzie mógł widywać Lilith i nie nadarzy mu się nawet okazja, aby spróbować zmiękczyć serce starego malarza i przekonać go do siebie. Lilith zaś nawet słyszeć więcej nie chciała o człowieku, który wygnał z myśli i z serca wszystkich ludzi z wyjątkiem jej jednej. W końcu razem ułożyli plan działania.
   Najpierw zeszli do piwnicy, gdzie leżała gipsowa forma. Karl zabrał ze sobą dużą siekierę używaną do rąbania drewna. Lilith zadrżała na widok powłoki poplamionej rozlanym przez Heinricha winem i niemal uwierzyła, że towarzysz jej nocnych wędrówek jest mimo wszystko wampirem, odwiedzającym teraz miejsce, gdzie w ciągu dnia spoczywa jego ciało. Karl szybko jednak rozwiał jej obawy, a parę ciosów siekiery ujawniło całkiem inną zawartość gipsowej formy niż ta, której spodziewał się Teufelsbürst. Lottchen porąbał ją na drobne kawałki i wkrótce spoczęły one - z pomocą Lilith, która koniecznie chciała pomóc w ich przenoszeniu - na dnie Wełtawy. Wraz z nimi zniknął zatem ostatni ślad istnienia gipsowej powłoki. Nim nastał poranek postać Lilith zaświtała również na nowo na wszystkich płótnach. Nie było czasu, aby przywrócić do poprzedniej postaci pierwszy obraz, na którym Lottchen domalował zmiany, tutaj bowiem były one zbyt głębokie i szczegółowe. Karl zresztą nie umiałby odtworzyć oryginalnych postaci naśladując wystarczająco wiernie styl swojego mistrza. Odstawili jednak to płótno na bok i mieli nadzieję, że upłynie wystarczająco wiele czasu nim malarz sobie o nim przypomni.
   Kiedy skończyli pracę, a Lilith, mimo zaklęć Karla, nie chciała z nim dłużej zostać, młodzieniec wziął swoje stare ubranie i poszedł do pokoju. Tam spędził resztę nocy, rankiem zaś ubrał się - i kiedy Teufelsbürst zszedł do pracowni, zobaczył swojego ucznia siedzącego i jak gdyby nigdy nic kończącego rysunek, nad którym pracował zanim popadł w omdlenie. Malarz zatrząsł się, wybałuszył oczy, przetarł powieki, doszedł do wniosku, że oto ma przed sobą kolejne z upiornych złudzeń i był na granicy całkowitego załamania ze strachu, kiedy Karl wstał i podszedł do niego z uśmiechem. Wygląd jego zdrowej, promiennej twarzy - nawet jeśli faktycznie miałaby to być twarz ducha czy goblina - co nieco uspokoił Teufelsbürsta. Przyjął wyciągniętą dłoń mechanicznie, a jego wzrok wyrażał całkowitą myślową próżnię połączoną z głupkowatym zdziwieniem.
- Byłem nieco niezdrów - powiedział Karl - więc uznałem, że najlepiej będzie, jeśli na kilka dni przeniosę się do przyjaciela. Teraz już nabrałem sił i nadrobię wszystkie zaległości.
   Usiadł i, nie zwracając uwagi na dziwne zachowanie mistrza, wrócił do pracy nad swoim rysunkiem. Teufelsbürst stał i gapił się na niego przez dłuższą chwilę, po czym odwrócił się i wyszedł z pokoju. Karl słyszał, jak pędzi po schodach na dół, do piwnicy. Po paru minutach malarz był już z powrotem. Karl spojrzał na niego ukradkiem. Teufelsbürst stał w tym samym miejscu, zdumiony jak zapewne nigdy w życiu, lecz z twarzą nie wyrażającą absolutnie niczego. W końcu podszedł do swoich sztalug i usiadł, wydawszy długie westchnienie jakby ulgi. Chociaż jednak cały dzień przesiedział przy płótnie, w ogóle nie malował, ile zaś razy Karl odważył się rzucić na niego okiem, dostrzegał, że malarz wciąż na niego patrzy. Odkrycie, że wszystkie obrazy wróciły do pierwotnego wyglądu musiało tylko potwierdzić wnioski - jakiekolwiek by one były - które Teufelsbürst wysnuł już z innych faktów. Prawdopodobnie doszedł do wniosku, że stał się igraszką w rękach jakiejś potępionej siły i przez większą część tygodnia pozostawał pod wpływem złowrogich czarów. Lilith postarała się o to, aby odpowiednio pouczyć starą służącą, która słuchała jej we wszystkim. Tak więc ponieważ żadna z kobiet nie zdradzała najmniejszych oznak zdumienia na widok tego, od czego jego mózg, jak powoli zaczynało mu się zdawać, niemal się zeszklił, malarz doszedł w końcu do wniosku, że jeśli działo się coś niedobrego, to chyba tylko z nim samym. W tym względzie zaś niewątpliwie miał rację, i to głębszą, niż przypuszczał.
   Wkrótce wszystko wróciło do zwykłego porządku. Stało się jednak jasne, że ten szczególny kierunek sztuki, który aż do teraz pasjonował malarza, przestał go w ogóle obchodzić. Widać przeżyty wstrząs dotknął głównie tej części jego istoty, która w tę działalność była najbardziej zaangażowana. Teufelsbürst siedział całymi godzinami bezczynnie, pogrążony w myślach. Kilka tygodni minęło bez żadnej zmiany i Lilith z Karlem okropnie się o niego niepokoili. Karl otaczał go ogromną troskliwością, a stary człowiek - bo teraz malarz naprawdę zaczął wyglądać staro - przyjmował jego opiekę tak samo jak opiekę córki. W końcu pewnego ranka przemówił, powoli i w zamyśleniu:
- Karlu Wolkenlichcie, chciałbym namalować twój portret.
- Będę zaszczycony - odparł Karl. - Gdzie mam usiąść do pozowania?
   W ten sposób lody milczenia i bezczynności zostały przełamane. Malarz szkicował i nanosił farbę i źródło jego sztuki raz jeszcze trysnęło i płynęło obficie. Namalował piękny portret Karla - portret bez śladu zła czy cierpienia. Kiedy tylko skończył, zaczął od razu malować Lilith, a potem zaplanował specjalnie taki obraz, na którym Lilith z Karlem znaleźliby się oboje. I w tym dziele również nie było śladu brzydoty czy tortur, ale ludzkie uczucie i nadzieja. Wówczas Lottchen poznał, że może poprosić go o rękę Lilith. Poprosił zatem i został przyjęty z uśmiechem. Długo nie odważył się jednak opowiedzieć teściowi prawdziwej historii o tym, jak to było z wampirem. Zrobił to pewnego dnia, kiedy w jednej z sal rodowego zamku Karla Teufelsbürst leżał na podłodze i ledwo było go widać spod gromadki wnucząt. Staruszek aż trząsł się ze śmiechu, a jedyną jego odpowiedzią było:
- Mój drogi chłopcze, nawet mi o tym nie wspominaj!

©Przekład: A. Szurek, 30. IX 2003




wróć do spisu tłumaczeń