Przekład: Agnieszka Szurek

Orfeo



W księgach, które uczeni ludzie
Spisali nam w niemałym trudzie
Wiele się najróżniejszych mieści
Dziwnych, cudownych opowieści.
Mówią, co cieszy nas, co boli,
Prawią o żartach i swawoli,
Lub o podstępach, zdradach szpetnych
Albo o czynach przodków świetnych.
Niektóre kończą się na kpinie
Lecz są też baśnie o elfów krainie -
Wszystko to ludzi wzrusza i bawi.
Najwyżej w pieśniach miłość się sławi.
W Brytanii opowieściom tym
Nadano wdzięczy rytm i rym
O starych dziejach ballady prawią,
Od dawna nimi ludzie się bawią,
A właśnie Brytowie słyną stąd,
Że usłyszawszy, nieważne skąd,
Ciekawą powieść, po harfy sięgają,
Składają balladę i tytuł jej dają.
Ze starych ksiąg tu na początek
Opowiem jeden krótki wątek.
Dzielni panowie, panie zacne,
O królu Orfeo balladę zacznę.


Orfeo władał ziemią żyzną,
Anglija była mu ojczyzną.
Król zacny, dworny, mężny, zbrojny,
W darach nad innych władców hojny.
Ojcem był mu król Pluto, po matce ród
Od króla Juno Orfeo wiódł.
Ci bogów dawnych nosili imiona,
Bo każdy z nich wielkich czynów dokonał.
Orfeo nad wszystko, co jest na ziemi
Najwyżej grę na harfie cenił.
W swym zamku zawsze każdego harfiarza
Szczodrze podziwem i złotem obdarzał.
Sam lubił harfę brać do ręki,
Dobywać ze strun słodkie dźwięki.
W żadnej ze świata czterech stron
Nie było nikogo, kto grałby jak on.
Każdy, kto słyszał Orfea, prawdziwie
Zamierał w cichym, bezbrzeżnym podziwie.
Zdawało mu się, że to z góry
Ozwały się anielskie chóry.


Orfeo miał w Tracjencie dwór -
Mieście, którego mocny bronił mur,
A które dziś ma nazwę nową:
Winchester. Tam w szczęściu żył z królową,
Która Heurodis na imię miała.
Próżno wśród istot z krwi i ciała
Piękniejszej szukać by kobiety.
Wielu sławiło jej zalety,
Któż jednak w pełni by wyraził
Piękno, którego błąd nie kaził?


Zdarzyło się, że rankiem, w maju,
Gdy kwiaty zakwitają w gaju,
Gdy liść na drzewie się rozwija,
A każde tchnienie życiu sprzyja,
Kiedy już zimny wiatr nie dmucha,
Kiedy po deszczach, zawieruchach
Nie ma już nigdzie ani śladu
Wybrała się Heurodis do sadu
Z dwoma damami, by w ogrodzie
W południe spocząć w miłym chłodzie,
Patrzeć jak kwitną kwiaty, drzewa,
Słuchać jak ptak w gałęziach śpiewa.
W cieniu więc wszystkie trzy na błoni
Usiadły tuż u stóp jabłoni
Okrytej kwiatem. Królowa miła
W głębokim śnie się pogrążyła.
Damy, co przy niej tam siedziały,
Mieszać spoczynku jej nie chciały.
Przeszło południe - wciąż wśród cienia
Leżała Heurodis bez drgnienia.
Nagle ujrzały w trwodze panie,
Jak się zbudziła z krzykiem, łkaniem,
Do krwi twarz drapie, usta kąsa,
Miota się, łamie ręce, dąsa,
Rwie szaty, że aż w strzępach zwisły,
Jak gdyby postradała zmysły.
Nie śmiały zostać przy niebodze,
Pomknęły do pałacu w trwodze,
Mówiąc każdemu, kto słuchać chciał,
Że Heurodis wpadła nagle w szał,
Krzycząc do giermków i rycerzy,
Że biec i schwytać ją należy.
Pobiegło do sadu sześćdziesiąt dam
Wraz z rycerzami. Z trudem tam
Silnymi łapią ją ramiony
I powściągają bieg szalony,
Niosą do łóżka i za ręce
Trzymają, by się nie raniła więcej,
Lecz ona miota się i rwie,
Uciekać gdzieś i biec gdzieś chce.
Orfeo nigdy takiej boleści
Nie czuł jak ta, gdy poznał wieści.
Woła dziesięciu swych rycerzy,
Do komnat żony zaraz bieży.
Ze smutkiem patrząc i żałobą
"Kochanie - pyta - co jest z tobą?
Ty, pełna wdzięku i słodyczy,
Me życie, czemu teraz krzyczysz?
Czemuś biel cudną swego ciała
Tak paznokciami rozorała?
Policzki, miast rumieńcem tryskać,
Powlokła bladość, śmierci bliska!
Twoje paluszki, śliczne, małe,
Teraz w zaschniętej krwi są całe.
Z twych pięknych oczu bije trwoga
I patrzysz na mnie jak na wroga.
Ach! Żono, zlituj się nade mną
I nie krzycz, nie płacz nadaremno!
Powiedz, co smuci cię, co boli,
Powiedz, co ulży twej niedoli?"
I oto nagle na te słowa
Uspokoiła się królowa,
Choć z oczu łza za łzą jej ciekła.
"Serce mi pęknie, mężu" - rzekła.
"Wspólnego życia ani zdrada
Ni spór nie dzielił nam, ni zwada.
Kochałam cię i ty wzajemnie
Tak samo się kochałeś we mnie.
Lecz teraz na nic prośby najłzawsze,
Musimy rozstać się na zawsze".
Rzekł król: "O, los mnie karze srogo!
Lecz dokąd pójdziesz i do kogo?
Gdziekolwiek idziesz, weź mnie z sobą,
Ty zawsze ze mną, a ja z tobą."
"Próżno tak mówisz, mężu drogi,
Posłuchaj, skąd ten wyrok srogi:
Kiedy w południe w miłym chłodzie
Leżałam śpiąc w naszym ogrodzie,
Ujrzałam, że dwóch rycerzy stoi
Tuż przy mnie, każdy w lśniącej zbroi.
<< Chodź z nami - rzekli - nie lza zwlekać,
Nasz pan i król na ciebie czeka.>>
Odrzekłam śmiało, że w tę drogę
Wybrać się nie chcę i nie mogę.
Bez słów się na to oddalili
Co koń wyskoczy, lecz po chwili
Poznałam, że król ich się zbliża sam,
Z nim stu rycerzy, mnóstwo dam,
A każdy w świetnym tym orszaku
Na śnieżnobiałym mknie rumaku.
Ludzi tak pięknych doskonale,
Jak żyję nie widziałam wcale.
Na głowie króla lśni korona,
Nie srebrna, złota, lecz zrobiona
Z wielkiego dyjamentu, który cudnie
Blask jako słońce słał w południe.
Król sięgnął ku mnie, o nic nie spytał,
Wsadził na siodło. Koń ruszył z kopyta.
Król trzymał mnie mocno przez cały czas,
Chcąc nie chcąc, jechałam z nimi wraz.
Powiódł mnie w swego dworu sale,
Pięknie wzniesione, zdobne wspaniale.
Pokazał mi rzeki, pola, lasy,
Pastwiska, łąki pełne krasy,
Zamki i wieże lśniące w słońcu
I wrócił do nas, do sadu w końcu.
Tam rzekł: << Pani, jutro bez zawodu
Musisz przyjść tutaj, do ogrodu.
Spod tej jabłoni okrytej kwiatami
Zabiorę cię i zamieszkasz z nami.
Gdybyś wahała się, przeciwiła
I tak cię porwę, gdziekolwiek byś była.
I choćby się wielu bronić cię zebrało,
Wyrwiemy cię, lub choćby w kawałkach twe ciało.
I tak, czy w drobnych strzępach, czy cała,
Pojechać z nami będziesz musiała.>>"


Gdy to posłyszał Orfeo, niczym
Nie mógł ukoić swojej goryczy:
"Wolałbym stracić, daję słowo,
Życie niż ciebie, żono, królowo!".
Pytał o radę różnych osób,
Lecz nikt na żaden plan nie wpadł ni sposób.
Nazajutrz przed południem w zbroi
Orfeo stanął u podwoi,
A za nim, zbrojni od głów do stóp,
Rycerze, dziesięć razy po stu.
Poszli, zacięci, z gotową bronią,
Czekać z królową wraz pod jabłonią.
Tam wokół niej stanęli murem
I bronić jej przysięgli chórem,
I raczej życie poświęcić za nią
Niż obcym oddać swoją panią.
A jednak nagle Heurodis bez śladu
Spomiędzy nich zniknęła z sadu
Za sprawą czarów, lecz któż wie
Dokąd zabrano ją i gdzie?
Płacz wstrząsnął każdym, szloch i ból,
Do swoich komnat odszedł król.
Na ziemię upadł tam w omdleniu.
Łkając, na zimnym legł kamieniu,
Nie znał pociechy, łzy lał obficie,
Aż niemal go odbiegło życie.
Potem zawołał zaś do siebie
Rycerzy, wiernych mu w potrzebie,
Baronów, panów - i przemawia
Tak do nich: "Oto wam zostawiam
Mojego namiestnika, żeby
O tego kraju dbał potrzeby,
Aby, cokolwiek bądź się stanie,
O mojej ziemi miał staranie.
Odkąd odeszła moja pani,
Na świecie najpiękniejsza, za nic
Nie chcę w twarz patrzyć innych kobiet.
Odejdę, w puszczy znajdę sobie
Kryjówkę. Wśród dzikiego zwierza
Do końca dni mych żyć zamierzam.
A gdy śmierć spotka mnie nareszcie,
Zwołajcie sejm i tam wybierzcie
Nowego króla. Waszej pieczy
Powierzam wszystkie moje rzeczy".
Lament się wtedy rozległ w sali
I młodzi, starzy tak płakali,
Że słów nie mogli - ani trochę -
Dobyć z ściśniętych gardeł szlochem.
By nie odchodził, swego pana
Błagali wszyscy na kolanach.
Król krótko na to im odpowie:
"Rzekłem. Tak musi być, panowie".


Orfeo oddał tron, zaszczyty,
Odszedł, w żebraczy płaszcz okryty.
Nie miał koszuli, nie miał szaty
Ani kaptura - tylko szmaty
I boso wyszedł z zamku bram,
Lecz wziął swą harfę. Całkiem sam
Udał się w drogę. Ach, mój Boże,
Czyż żałośniejszy dzień być może?
Król, co w bród złota miał i srebra
Opuszcza miasto niczym żebrak!
Tak się Orfeo odtąd błąkał
Po lasach, po zarosłych łąkach.
Nic go nie cieszy, dni rozpaczą
I samotnością mu się znaczą.
Dawniej spał w futrach i jedwabiach
Dziś zeschły mech na barłóg zgrabia.
Władał na grodach i na wieżach,
Polach i lasach pełnych zwierza,
A dziś, gdy mróz i śnieg nastanie,
Trawę i liść ma za ubranie.
Rycerze przy nim stali świetni
A damy przyklękały przed nim,
Dziś nie ma przy nim żywej duszy,
Tylko się wąż czasem w trawie ruszy.
Na stołach pełno miał mięsiwa,
Wszelkich przysmaków, wina, piwa,
Dziś długo w ziemi grzebie, szuka,
By korzonkami głód oszukać.
W lecie przynajmniej znaleźć może
Jagody i maliny w borze,
Lecz potem musi, zimową porą,
Kłączami żywić się i korą.
Wkrótce Orfeo schudł, zmizerniał,
Od mrozów zmarszczył się i sczerniał.
Mój Boże, jakież to niedole
Cierpiał lat dziesięć na tym padole!
Broda mu czarna i zmierzwiona
Twarz, pierś okryła i ramiona,
Włosy do pasa mu spadały.
Swą harfę trzymał w pniu spróchniałym.
Wyjmował ją, gdy dzień pogodę
Dał dobrą. Tę jedną miał osłodę
Swych smutnych dni, kiedy po lesie
Szeroko się dźwięk harfy niesie.
Nawet z kryjówek swych zwierz dziki
Wychodził słuchać tej muzyki
I ptaki, kiedy Orfeo zaśpiewał,
Pobliskie zapełniały drzewa.
Zwierzęta trwały tak bez drgnienia
Do ostatniego struny brzmienia,
Choć, kiedy harfę król odkładał,
Ni zwierz ni ptak przy nim nie siadał.


Często w południe, gdy w upały
W ciężkim powietrzu drzewa stały,
Orfeo widział, jak z orszakiem
Król elfów jechał leśnym szlakiem
Na łowy. Słyszał rogów granie
Odległe głosy, psów szczekanie
(Choć nie zabili nigdy zwierzęcia),
A gdzie znikali - nie miał pojęcia.
To znów czasami przejeżdżających
Dostrzegł rycerzy stu w zbrojach lśniących.
Sztandary mieli rozwinięte,
Zaś twarze dumne i zacięte
I mnóstwo świetnej nieśli broni,
A każdy nagi miecz miał w dłoni.
Orfeo nie znał, z jakiej przyczyny
I gdzie ciągnęły owe drużyny.
Czasem dziwniejszy widok go łudził:
Widział korowód tańczących ludzi,
Dam i rycerzy bogato ubranych,
Przemierzających leśne polany.
Tańczyli w rytm bębenków; do wtóru
Brzmiały im trąbki i śpiew trubadurów.


Raz, w piękny dzień, gdy siedział sam,
Orfeo dostrzegł sześćdziesiąt dam
Jadących konno; tak się złożyło,
Że mężczyzn wtedy przy nich nie było.
Wolna jak ptaszek i wesoła
Każda z dam niosła na ręku sokoła.
Wśród kaczek, kormoranów wokół
I czapli wkrótce każdy sokół
Upatrzył sobie ofiarę na rzeczce.
Ptactwo zerwało się nagle w ucieczce,
Lecz sokół w lot ofiarę chwytał.
"Brawo! Zabawa wyśmienita! -
Krzyknął Orfeo. - "Kiedyś sam
Lubiłem łowy. Pójdę tam
Popatrzeć z bliska" - rzekł ze śmiechem
I w stronę rzeki pobiegł z pośpiechem.
Podszedł i z bliska jedną panią
Zobaczył: długo patrzył na nią,
Uważnie, aż mógłby ręczyć głową,
Że poznał Heurodis, swoją królową,
Która też stała weń wpatrzona.
On nie rzekł nic, nie rzekła ona.
Dostrzegła nędzy, zgryzot ślady
W nim, pełnym kiedyś tak ogłady.
W jej oczach łzy się zakręciły.
Natychmiast to zauważyły
Jej towarzyszki. Porwały ją w mig
Wzięły ze sobą i orszak ich znikł.
"O! Dniu nieszczęścia i dniu biedy!
Czemu mnie śmierć nie zabrała wtedy!
Czemu" - zawołał Orfeo w rozpaczy -
"Nie umrę, skorom ją zobaczył?
Życie nad miarę mi przedłużono,
Gdy nie śmiem mówić z własną żoną
A ona ze mną" - płakał król -
"Serce rozedrze mi ten ból!
Co ma się stać, to niech się stanie,
Tam, gdzie odeszły owe panie,
Gdziekolwiek to jest - pójdę tam,
Mało o życie czy o śmierć dbam."
Narzucił płaszcz z żebraczych szmat,
Na plecy harfę wziął i w świat
Ruszył za pań orszakiem w tropy,
Depcząc kamienie skorymi stopy.
Damy stanęły przed stromą skałą
I weszły w nią. Król wkroczył śmiało
Za nimi wprost do wnętrza wzgórza -
Trzy mile w głąb tak się zanurzał
Aż cudny kraj ujrzał przed sobą w końcu,
Jasny, jak w letnim skąpany słońcu.
Nie było w nim góry ani doliny,
Tylko zielone żyzne równiny
I górujący pośród pól
Strzelisty zamek dojrzał król -
Strojny, potężny i wspaniały.
Mur go otaczał z kryształu cały,
Sto wież wznosiło swoje szczyty,
Ozdobne, lecz obronne przy tym.
Śmiało nad fosę, dostrzegł to potem,
Łuki szkarp pięły się, strojne złotem.
Nad wejściem wyrzeźbiono ptaki,
Zwierzęta i rogate znaki,
Ściany na zamku, od sal do sieni,
Wzniesiono wszystkie z drogich kamieni,
A najskromniejsza jaka tam stała
Kolumna była ze złota cała.
W całym tym kraju był zawsze dzień,
Bo kiedy spadał nań nocy cień
Klejnoty tak świeciły cudnie,
Że jasno było jak w południe.
Dziwów tych wszystkich żaden człowiek
Nie pojmie w myśli, nie rzeknie w mowie.
Orfeo był zaś przekonany,
Że widzi rajskich pałaców ściany.


Orszak pań w murach wkrótce się skrył,
Orfeo śpieszył za nim co sił.
Gdy tylko do bramy zamku zapukał,
Wyszedł odźwierny i czego szuka
Spytał nie bawiąc się w ceregiele.
Orfeo odrzekł: "Jestem minstrelem,
Jeśli pozwoli twój pan łaskawie,
Swą grą na harfie go zabawię."
Odźwierny mnóstwo rygli, klamek
Odemknął, wpuścił go na zamek.
Król wszedł i zdziwił się niemało:
Pod każdą ścianą mnóstwo tu stało
Ludzi - a wyglądali tak, jakby byli
Umarli, ale przecież żyli.
Bo jedni z nich nie mieli głów
Lub rąk lub nóg, a inni znów
Z wielu na ciele ran krwawili,
Inni przy jadle się zadławili,
Inni się utopili w wodzie,
Niewiasty w bólach przy porodzie,
Niektórzy w ogniu zginęli w mękach,
A inni konno, z bronią w rękach,
Niektórzy w majakach leżeli spętani -
Czy byli martwi, czy obłąkani,
W całych szeregach tak się pokładli,
Jak gdyby cicho w drzemkę zapadli.
Każdy tak, jak go czar elfów zastał
Został zabrany do tego miasta.
Tutaj Orfeo ujrzał swą żonę
Heurodis, swe szczęście utracone,
Śpiącą pod drzewem całym w kwiatach -
Z daleka poznał ją po szatach.
A zobaczywszy wszystkie te cuda,
Do króla elfów na dwór się udał
I ujrzał widok pełen chwały:
Baldachim i tron lśniący cały.
Tam siedział elfów król z królową,
Panią piękniejszą nad wszelkie słowo,
Od szat ich wkrąg bił blask tak duży,
Że Orfeo musiał oczy przymrużyć.
Podziw go zdjął i na kolana
Upadł przed tronem elfów pana.
"O królu" - rzekł - "Jeśli rozkażesz
Swój kunszt minstrela ci pokażę."
"Doprawdy" - król na to mu odpowie -
"Doprawdy, cóż z ciebie jest za człowiek?
Przecież cię ja ni moja świta
Nie wezwaliśmy, byś tu zawitał.
To jest dopiero dziw nad dziwy:
Nikt dotąd nie był tak niecierpliwy,
Odkąd z królową nosimy korony,
Aby przyjść do nas nieproszony."
"O panie, minstrel ze mnie ubogi,
My różne odwiedzamy progi,
Szukając, kto cenić muzykę będzie,
Lecz nie przyjmują nas dobrze wszędzie."
Orfeo usiadł tuż przed tronem.
Rozbrzmiały struny słodkim tonem,
Gdy lekkim tylko muśnięciem ręki
Najlepsze z harfy dobył dźwięki,
Aż zachwyceni jego graniem
U stóp pokładli mu się dworzanie.
Król trwał w milczeniu i bez ruchu,
I z pieśni wielką radość czuł w duchu.
U jego boku elfów królowa
Także w zachwycie trwała bez słowa.
Rzekł król, kiedy muzyka ustała:
"Grajku, gra mi się spodobała,
Co chcesz w nagrodę, poproś o to,
Bogactwa dam ci, srebro, złoto,
Cokolwiek zechcesz, tylko powiedz,
Możesz polegać na mym słowie."
"Panie" - rzekł Orfeo - "jedno mi daj:
Proszę, bym mógł opuścić twój kraj
Z tą piękną panią, co śpi pod jabłonią;
To wszystko, proszę tylko o nią."
"Nie" - odparł król - "darmo się starasz,
Nie byłaby z was dobrana para
I nie dopuszczę do tej obrazy:
Ona jest czysta, piękna, bez skazy,
Ty brudny, obdarty niemal do naga.
Łączyć was byłaby to zniewaga."
"Królu" - odrzekł Orfeo z powagą -
Stokroć by gorszą było zniewagą
Gdyby wyrzekły kłamstwo twe usta
Lub obietnica twa była pusta.
O co poproszę, dać obiecałeś -
Dotrzymaj słowa, które mi dałeś."
"Cóż, skoro tak" - król mu odrzecze -
"Ujmij jej dłoń i idź, człowiecze,
I oby ci przyniosła radość!"
Orfeo życzeniu uczynił zadość,
Przykląkł i korne złożył dzięki
I dłoń Heurodis wziął do ręki.
Tą samą drogą, co przybył tu
Wywiódł ją z tego kraju co tchu.
Szli długo, liczne znosząc znoje
Aż wreszcie Orfeo ujrzał swoje
Winchester - gród, którym władał tyle lat.
Nikt tam spod nędznych nie poznał go szmat,
Lecz aby go ktoś znajomy nie zastał
Nie śmiał na razie wchodzić do miasta.
Za murem chatkę nędznie skleconą
Znalazł i tam zamieszkał z żoną
Jako wędrowny minstrel ubogi,
Który na chwilę zboczył tu z drogi.
I pytał ludzi, jak się układa
Życie w królestwie i kto nim włada
Aż pewien żebrak od początku
Rzekł mu o wszystkim bez wyjątku:
Jak elfy przed dziesięciu laty
Królową Heurodis w zaświaty
Porwały spod jabłoni w maju,
Król odszedł tułać się po kraju,
Namiestnik zaś za niego włada;
Wiele też innych rzeczy powiadał.


Nazajutrz Orfeo, na długo zanim
Biło południe, rzekł do swej pani,
Aby czekała na niego w chacie,
A on tymczasem w żebraczej szacie
I przewiesiwszy harfę przez ramię
Szybko ku grodu pośpieszył bramie.
Oglądał się rycerz, kupiec, niewiasta
Za nim, gdy tylko wszedł do miasta.
Palcami wskazywano weń:
"Patrzcie! Sękaty jest jak pień!
Włosy ma długie, potargana
Broda mu zwisa za kolana!"
Orfeo, kiedy tak w tłumie przemykał,
Zobaczył swego namiestnika
I krzyknął za nim: "Błagam, panie,
O, miej nade mną zmiłowanie!
Jestem minstrelem, przybywam spomiędzy
Pogańskich Turków. Ratuj mnie w nędzy!"
Odparł namiestnik: "Z tego, co mam
Z ochotą szczodre dary ci dam.
Rad wszystkich grajków witam w progach,
Gdyż jest mi pamięć Orfea droga."
Wkrótce namiestnik zasiadł do stołu,
Z wielu możnymi panami pospołu.
Ucztę muzyka im uświetnia,
Grana na skrzypcach, harfach, fletniach,
Bębenkach, trąbkach. Orfeo w cieniu
Siedział i słuchał jej w milczeniu.
Dopiero gdy cisza ze wszystkich stron
Zapadła, nastroił na czysty ton
Swą harfę - i zagrał tak radośnie, śmiało,
Jak ucho ludzkie nie słyszało.
Wszystkim weselem natchnął serca.
Namiestnik wzrokiem go przewiercał,
Bo poznał harfę w jego ręce.
"Grajku" - rzekł - "Pójdź tu, powiedz więcej,
Skąd masz tę harfę? Błagam, mów,
Wyjaw mi prawdę bez zbędnych słów."
"Zaraz ci, panie, wszystko wyłuszczę:
W dalekim kraju szedłem przez puszczę,
W dolinie, gdzie leśne schodzą ostępy.
Człowieka rozerwanego w strzępy
Przez lwy i wilki znalazłem tam,
Przy nim zaś harfę - i stąd ją mam.
Dziesięć lat temu równo się składa."
Namiestnik krzyknął: "Ach, biada, biada!
To był Orfeo, mój pan, mój król!
O, czemuż przypadł mi ten ból!
Nieszczęsny, chodzić mam w żałobie
Najdroższy panie mój po tobie!
Lepszego władcy wszak świat nie znał,
A twa śmierć straszna tak, bolesna!"
- i padł bez zmysłów. Jęli go cucić,
Tłumacząc, że losu nie można odwrócić.
Na śmierć człowieka, rzekli panowie,
Nic nie poradzi drugi człowiek.
Orfeo zaś poznał, że kocha go szczerze
Namiestnik i że wytrwał w wierze
Przy prawym królu niezachwianie.
Wstał z miejsca i zakrzyknął: "Panie!
Bacz tu i nakłoń ucha! Gdyby
Dziś tutaj król Orfeo przybył,
Po tylu latach spędzonych w dziczy,
Gdzie trudów zaznał i goryczy,
Gdyby uwolnił swą dłonią własną
Z krainy elfów królową jasną,
Gdyby dotarli, w głodzie i chłodzie,
Aż na skraj miasta, na podgrodzie,
Gdyby ją w nędznej chatce zostawił,
A sam w przebraniu wśród was się zjawił
(choćby jak ja - biedak mizerny),
by sprawdzić, kto z was był jemu wierny -
Gdybym to ja nim był, na miarę
Twych cnót nagrodziłbym twą wiarę.
Więc - niech tak będzie, wszystko zdradzę:
Po królu Orfeo ty przejmiesz władzę.
Na wieść o mej śmierci gdybyś był rad
Precz wygnałbym cię i kazał iść w świat."
Wtedy dopiero wszyscy w sali
W żebraku króla Orfea poznali.
Namiestnik pojął, w czym podstęp tkwił
I, przewracając stół, co sił
Swojemu władcy do nóg padł.
Rycerze poszli za nim w ślad
I okrzyk się echem odbił od ścian:
"Niech żyje król nasz i nasz pan!"
Widząc go żywym, byli tak radzi!
Zaraz do komnat tłum go prowadzi.
Tam wykąpali go, brodę kudłatą
Ścięli, królewską go okryli szatą.
Potem procesją kolorową
Za miasto poszli po królową.
Boże mój, jakże tam grały kapele
jakże przecudnie śpiewali minstrele!
Orfeo i Heurodis bezpieczni, cali -
Z radości wszyscy ludzie płakali.
Ukoronowano też ich na nowo
Tego dnia, króla i królową.
Żyli szczęśliwie aż po zgon,
Namiestnik po nich przejął tron.
Bardowie w Brytanii ich przygody
Złożyli w rymy rzadkiej urody
I pomieścili wszystkie w balladzie,
której w tytule zwykle się kładzie
"Orfeo", imię króla, tak jak wypada.
Miłą melodię ma ta ballada
I ładne słowa - lecz kończy się teraz.
Niech nas Bóg wszystkich zawsze wspiera!


Tekst został zamieszczony przez miłośników literatury i dla miłośników literatury; z jego publikacją nie wiążą się żadne korzyści materialne. Czytaj, ciesz się lub krytykuj, ale pamiętaj, o prawie autorskim!

©Przekład: Agnieszka Szurek




wróć do spisu tłumaczeń